"Sheep in the Box": Hirokazu Kore-era znowu opowiada o rodzinie, ale tym razem rozczarowuje
Mało który reżyser z taką czułością, elegancją i delikatnością potrafi opowiadać o rodzinie - jej bolączkach i radościach. Kore-eda udowadniał to w kolejnych filmach, na czele z "Jak ojciec i syn", "Naszą młodszą siostrą" czy "Złodziejaszkami", które w 2018 roku przyniosły mu Złotą Palmę na festiwalu w Cannes. Pozornie zwykłe, oparte na obserwacji dramaty rodzinne, miały w sobie jakiś element magii i przekonywały, że w prosty sposób można opowiadać piękne, przejmujące historie. I mimo, że poniekąd wciąż opowiada tę samą historię, trudno było oprzeć się jej czarowi.
U podstaw "Sheep in the Box" ponownie stoi rodzina, choć Kore-eda sięga po nowy trop związany z elementami sci-fi. Akcja jego filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, gdzie paczki kurierskie dostarczane są przez drony, a AI ingeruje już niemal we wszystkie obszary życia. Także w ten związany z bardzo intymnym doświadczeniem, jakim jest żałoba.
Obserwujemy bowiem młode małżeństwo - Otone i Kensuke, które nie może się pozbierać po tragicznej śmierci ich ukochanego synka Kakeru. I na to jednak nowe technologie znajdują sposób. Jest nim odpowiednio zaprogramowany humanoid, bliźniaczo podobny do człowieka i mający być jego substytutem. Mimo pewnych moralnych oporów ze strony mężczyzny, u kobiety, kiedy tylko widzi małego "chłopca" przypominającego jej synka, wracają macierzyńskie instynkty. Do domu pary głównych bohaterów trafia zatem rówieśnik ich zmarłego Kakeru, który co prawda traktuje ich jak rodziców, ale na karku ma włącznik, na ręce wyświetla mu się poziom baterii, a do niego dołączona jest stacja ładująca.
Film naszych czasów ocierający się momentami o banał
Punkt wyjścia jest co najmniej intrygujący. Mimo, że akcja "Sheep in ten Box" rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, śmiało możemy powiedzieć, że to film naszych czasów. Bo przecież obecnie uczymy się żyć ze sztuczną inteligencją, zastanawiając się w czym realnie nam pomoże, a na jakich polach może stanowić zagrożenie, chociażby uniezależniając się od nas. Kore-eda opowiada o tej cienkiej granicy, choć w sposób jednowymiarowy, ocierający się momentami o banał, co do tego reżysera jest w ogóle niepodobne. W tym studium żałoby, w założeniu eksplorującym wiele różnych emocji, to właśnie ich brakuje najbardziej. Widać to chociażby w tym, jak skonstruowani są główni bohaterowie, w których role wcielają się Haruka Ayase i Daigo Yamamoto.
W filmach Hirokazu Kore-edy paradoksalnie zawsze dużo działo się w momentach ciszy. One budowały atmosferę, wiele mówiły o emocjach, jakie targają bohaterami, pozwalały na chwilę refleksji. W "Sheep in the Box" jest jej mało, a zastąpiona zostaje przez przesadne dialogi, które spłaszczają tę historię o granicach człowieczeństwa. Co prawda bardzo ładną w obrazku, ale pozbawioną znaku firmowego japońskiego reżysera, czyli emocjonalnej głębi. Pozostaje liczyć na to, że Kore-eda zrobił krok wstecz tylko po to, by zaraz zrobić dwa do przodu.
Kuba Armata, Cannes
6/10
"Sheep in ten Box", reż. Hirokazu Kore-eda. Japonia 2026.












