Zygmunt Chajzer: Syn mówi, że byłem w sekcie

Kiedyś nie było telewizorów, dziś posługujemy się zaawansowanymi smartfonami. "Jest w tym coś fascynującego" - mówi Zygmunt Chajzer. Prezenter radiowy wraz ze swoim synem Filipem napisał książkę zawierającą rodzinne wspomnienia, pokazującą świat z ich perspektyw.

Zygmunt Chajzer miał okazję, żeby trochę powspominać

Niedawno ukazała się książka autorstwa pana i pana syna Filipa pt. "Chajzerów dwóch". Na podstawie wspomnień, które są w niej zawarte, można zauważyć, że istnieje między panami różnica pokoleniowa, np. kiedyś nie było telewizorów, dziś posługujemy się smartfonami. Czy pana to przeraża?

Reklama

Zygmunt Chajzer: - Jest w tym coś fascynującego, np. możliwości relacji wydarzeń z drugiego końca świata tylko przy użyciu telefonu. Z jednej strony jest to fajne, z drugiej - ludzie w jakimś sensie tracą pracę. Pojawiają się samochody autonomiczne, czyli kierowca przestaje być potrzebny, więc może za kilka lat okaże się, że prawo jady też będzie zbędne. W moich czasach, czyli latach 70., 80., ponieważ były problemy z komunikacją, częściej się odwiedzaliśmy. Bywaliśmy u siebie ot tak po prostu, nie dzwoniło się, żeby zapytać czy jesteście w domu, tylko się szło i pukało do drzwi.

- Nawet kolejki miały swoje dobre strony - ludzie w nich nie tylko stali, ale rozmawiali, zawierali znajomości. Zresztą z takiej jednej kolejki mieliśmy w domu kota - do kolejki przyplątał się kot, który został jej ulubieńcem, a gdy kolejka się rozeszła, zwierzak został. Filip, który też stał w tej kolejce, kota przygarnął. Przywiózł go do domu, a że mieliśmy dużego psa, Łazankę, nie chciałem, żeby zwierzęta się pozagryzały, więc się nie zgodziłem. I tak przez ładnych parę tygodni kot był przede mną ukrywany. Wszyscy domownicy o nim wiedzieli, poza mną.

Czy chociażby ten fakt znaczy, że pana dzieci, w tym Filip, czuły do pana dystans?

- Chyba się nie bały, ale czuły respekt, a jak coś chciały ugrać, szły do mamy. Zresztą tak jest do tej pory, że Filip co najmniej trzy razy dziennie kontaktuje się z mamą, która ogląda wszystkie jego materiały i jest recenzentką, ale kompletnie bezkrytyczną, bo jej się wszytko podoba. Ja tam może czasami bym się do czegoś przyczepił...

Ale gdy ma pan jakąś uwagę mówi pan o tym synowi?

- W tej chwili już nie. On jest znakomitym reporterem. Ja nigdy nie byłem reporterem telewizyjnym, a on te sztukę opanował w sposób doskonały. Natomiast wcześniej, zwłaszcza gdy pracował w radiu, starałem się pilnować jego poprawności języka polskiego.

Książka jest zbiorem wspomnień. Często tak sobie wspominacie?

- Właśnie nie. Na bieżąco dzieje się tyle różnych ważnych rzeczy. Filip teraz buduje dom, więc gadamy np. o materiałach budowlanych czy o projektach. Natomiast chyba nigdy nie było okazji, żeby sobie usiąść i powspominać. Pisanie tej książki było fajną okazją do popatrzenia na siebie nawzajem, na świat obecny i miniony z innego punktu widzenia, z dwóch różnych perspektyw. Czasami zaskakiwaliśmy siebie swoimi spostrzeżeniami.

Podczas tych wspomnień dowiedzieli się panowie czegoś nowego o sobie?

- Dowiedzieliśmy się paru ciekawostek. Filip np. nie wiedział, że ja mieszkając w Berlinie Zachodnim mieszkałem w czymś na wzór takiej hipisowskiej rodziny. Filip to nazywa sektą (śmiech). Nic z tych rzeczy. To była grupa przyjaciół, która postanowiła ze sobą mieszkać, razem gospodarować, budować bliskie relacje, ale nie na gruncie rodzinnym, tylko przyjaźni.

Czy zawsze mieliście takie dobre przyjacielskie relacje ojciec-syn? Czy bywały zgrzyty, np. w okresie dojrzewania?

- Nie, z Filipem nie było problemów wychowawczych, ani okresu buntu, choć zawsze był bardzo żywiołowym dzieckiem. Rozrabiał, jak to dziecko, ale w granicach normy. Chętnie wchodził w różne sytuacje, co zresztą zostało mu chyba do dzisiaj, co udowadnia w swojej pracy. Kiedyś realizował materiał o kobiecie, która uprawia boks zawodowo. Poprosił, żeby go uderzyła. Zapytała, czy na poważnie, czy tak dla żartu. Odpowiedział, że na poważnie i tak stracił przytomność na trzy minuty. Ale to było na jego własną prośbę, bo Filip wszystko musi wypróbować na sobie. Ja jestem ostrożniejszy.

A z czym panu kojarzy się dzieciństwo?

- Ze swobodą, przestrzenią, możliwością wyżycia się. Urodziłem się na przedmieściach Warszawy, gdzie było mnóstwo zielonych terenów, drzew, łąk, które jesienią zalewały się wodą, a zimą zamarzały i można było śmigać na łyżwach. Żeby zagrać w piłkę, trzeba było zbudować bramki. Dla mnie czas wczesnego dzieciństwa to była świetna zabawa w fantastycznym miejscu.

Z Zygmuntem Chajzerem, dziennikarzem i prezenterem radiowym rozmawiała Paulina Persa.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Zygmunt Chajzer

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje