Zbigniew Zamachowski: Miałem nikczemną dykcję

Zbigniewa Zamachowskiego możemy usłyszeć w audiobookowej adaptacji książki "Mitologia nordycka" Neila Gaimana. Czytając ją, aktor wrócił wspomnieniami do swojej wycieczki po północy Norwegii. Jak podkreśla, jest urzeczony skandynawską przyrodą.

Mając 12 lat, zaliczyłem bardzo bliskie spotkanie ze słupem betonowym. Wypadek skutkował poważnymi zmianami w moim uzębieniu, co przełożyło się na dosyć dużą wadę wymowy - wspomina aktor

Czy miał pan okazję podróżować po Skandynawii?

Reklama

Zbigniew Zamachowski: - Podróżować to może za duże słowo, ale byłem wiele razy w Szwecji i Norwegii. Mam z tych wyjazdów bardzo miłe wspomnienia. W Norwegii robiłem nawet film - "Kiedy noce są długie". Spędziłem tam ponad miesiąc, mogłem więc trochę poznać i ludzi i kraj. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie północ Norwegii w okresie jesiennym. Wiele lat temu z Teatrem Studio pojechaliśmy do Oslo z "Peer Gyntem" na festiwal ibsenowski. Zorganizowano dla nas wycieczkę na daleką północ. Czytając teraz mitologię, na myśl przychodziły mi obrazy tamtejszej przyrody. Bo przecież oprócz bogów, olbrzymów i innych stworów, niezwykłą rolę w opowieściach odgrywają opisy przyrody. Nie ma co się dziwić, skandynawska przyroda jest nieprawdopodobna. Mój kolejny cel to zobaczyć Islandię.

Czy w losy nordyckich bogów - Odyna czy Thora, wgłębiał się pan z nutą ekscytacji?

- Na to przyjdzie pora, kiedy będę czytać "Mitologię nordycką" nie w ramach pracy, ale w wolnym czasie. To jest tak, że czytanie na głos wymaga pewnych zabiegów, które czasami trochę przeszkadzają w smakowaniu treści. Raczej skupiam się na tym, żeby ktoś, kto będzie słuchał potem mojego głosu, zrozumiał treść książki, bo to nie zawsze jest takie oczywiste. Można tak przeczytać, że odbiorca będzie mieć w głowie mętlik. Po drugie, zależy mi, aby utwór miał odpowiednią melodykę. Oczywiście wiem, o czym czytam i wcześniej zaglądam do książki, ale nie wiele ma to wspólnego z takim czytaniem na kanapie.

Czy w dzieciństwie w jakikolwiek sposób miał pan styczność z mitologią nordycką?

- Muszę się przyznać, że nie. Mitologia docierała do mnie, owszem, ale starożytnej Grecji. Wychowałem się na Parandowskim. Wiedza na temat bogów olimpijskich przydawała się, gdy moja mama rozwiązywała krzyżówki (uśmiech). Natomiast jeśli chodzi o literaturę i mitologię nordycką, to odkryłem ją dopiero czytając Tolkiena w czasach studenckich. Myślę, że Tolkien całymi garściami czerpał z mitologii nordyckiej i na niej oparł wszystkie swoje opowieści.

A po jakie książki sięga pan teraz najczęściej?

- Najbardziej zajmuje mnie beletrystyka. Mam swoją ulubioną książkę, "Sto lat samotności" Marqueza i nie potrafię znaleźć dla niej alternatywy. Co jakiś czas wracam do tej powieści. Niestety mój egzemplarz "Stu lat samotności" gdzieś zaginął. Mógłbym kupić nowe wydanie, ale zależy mi na konkretnej wersji, tłumaczonej przez Carlosa Marrodana. Aktualnie czytam książkę Kazimierza Kutza "Fizymatenta" z jego felietonami z katowickiego dodatku "Gazety Wyborczej". Są wyśmienite.

Ponieważ impulsem dla naszej rozmowy jest audiobook "Mitologia nordycka", przede wszystkim musimy odnieść się do czytania książek na głos. Jak wyglądają pana przygotowania do sesji nagraniowej audiobooka?

- Wstaję rano. Myję zęby. Zjadam śniadanie. Na tyle obfite, żeby potem nie burczało mi w brzuchu. To wcale nie żart. Wielokrotnie zdarzało się, że odgłosy płynące z brzucha aktora zakłócały nagranie (uśmiech). Przed nagraniem czytam fragmenty tekstu. Próbuję uchwycić sens utworu, jego nastrój, wybadać tempo narracji, dowiedzieć się, jakie są postaci. Tę elementarną wiedzę muszę mieć, zanim wejdę do studia. Po tylu latach czytania różnych książek, myślę, że nabrałem pewnej wprawy i nie potrzebuję długich przygotowań.

Czy każdego bohatera wyposaża pan w charakterystyczny głos?

- W szkole filmowej uczono mnie, że nie należy zbyt mocno postaciować bohaterów, bo to niekorzystnie wpływa na odbiorcę. Ten powinien mieć, czytając książkę, szansę na to, żeby wyobrazić sobie postać. Nie powinienem mu narzucać zbytnio własnej interpretacji. Natomiast lekka sugestia, choćby po to, żeby odróżnić postaci rozmawiające ze sobą, jest potrzebna.

Czy robi pan notatki na marginesach książek, które pan czyta, zakreśla pan pewne słowa w tekście?

- Już od dawna nie czytamy z kartek (uśmiech). Mamy tablety, które są niezwykle wygodne. Możemy przesuwać palcem kolejne strony. Zniknął problem szeleszczących kartek. A jeśli popełnię jakiś błąd, to po prostu cofamy nagranie i powtarzam dane zdanie.

Czy zawsze miał pan tak fantastyczną dykcję i emisję głosu?

- Otóż nie zawsze. Z powodu absolutnie niefantastycznej dykcji zostałem odrzucony, nawet nie na egzaminach, ale na konsultacjach do Akademii Teatralnej w Warszawie, w której teraz nauczam. Miałem nikczemną dykcję, co zresztą można sprawdzić, oglądając różne materiały na YouTube'ie, czy słuchając mojej płyty, którą wydało Polskie Radio - znajduje się na niej wiele archiwalnych nagrań. Na przykład utwór "Kołysanka" jest przykładem na to, jak uroczo sepleniłem. Do "filmówki" dostałem się jako przedostatni, z warunkiem, że przez rok muszę poprawić wadę, bo jeśli tak się nie stanie, zostanę skreślony z listy studentów. Niczym król Jerzy VI w "Jak zostać królem" musiałem robić ćwiczenia z korkiem od wina, szklanymi kulkami, itd.

Czy pana problemy z artykulacją były związane z wypadkiem, który przydarzył się panu w dzieciństwie?

- Tak. Mając chyba 12 lat, zaliczyłem bardzo bliskie spotkanie ze słupem betonowym. Pędziłem na rowerze, gdy kolega kopnął w moim kierunku piłkę. Reszty można się domyślić... Wypadek skutkował poważnymi zmianami w moim uzębieniu, co przełożyło się na dosyć dużą wadę wymowy.

Czy dba pan o swój głos w jakiś szczególny sposób?

- Nie połykam środków farmakologicznych, ani nie mam zestawu ulubionych jedwabnych szalików, żeby otoczyć gardło należytą opieką (uśmiech). Natura dała mi określony głos i z biegiem lat nauczyłem się nim posługiwać. Znam parę sposobów, jak używać tego głosu, żeby go sobie nie zniszczyć. Niedawno w dzień nagrywałem audiobooka, a wieczorem występowałem na dużej scenie Teatru Narodowego w potężnym spektaklu "Matka Courage i jej dzieci". Jak pan słyszy, mimo takich obciążeń, nie straciłem głosu. Dzięki Bogu, zdrowie mi dopisuje. Nie palę już od 10 lat, a paliłem jak smok i to przez wiele lat.

Rozmawiał Andrzej Grabarczuk (PAP Life).

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Zamachowski Zbigniew

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje