Wojciech Mecwaldowski: Nie chcę, żeby ktoś brał mnie za celebrytę

Wojciech Mecwaldowski /Kamil Piklikiewicz/DDTVN /East News

Woli jeść chińskie zupki, niż przyjąć nieciekawą rolę. Zdarza mu się też grać za darmo. I wciąż z radością idzie do pracy.

Reklama

Spotykamy się na planie. Ma pan jakieś rytuały czy zwyczaje, które praktykuje przed graniem?

Wojciech Mecwaldowski: - Więcej rytuałów mam w życiu, w pracy staram się wyczyścić umysł i myśleć tylko postacią, którą mam być. A w ogóle jestem Adasiem Miauczyńskim, tylko raczej w domu - mam swoje rytuały przed wyjściem, z wyjazdami, z pakowaniem się. Męczące to, ale jak człowiek pogodzi się z tym, jaki jest, i przestanie sobie wmawiać, że się sobie nie podoba, to jest łatwiej.

Dołącza pan do obsady "Przyjaciółek" - kogo pan zagra?

- Będę kochankiem nowej przyjaciółki przyjaciółek, Wiki. Gra ją Roma Gąsiorowska, z czego się bardzo cieszę, bo to nasze pierwsze spotkanie w pracy, a bardzo sobie cenię jej talent. Kuba to człowiek, który jest w stanie zrobić wszystko, żeby kobieta była zadowolona.

Dwie kobiety, z tego, co wiem...

- No właśnie, ale ja nie wiem, ile mogę zdradzić, więc powiem tylko, że Kuba robi wszystko, by Wiki była szczęśliwa. I inne kobiety też.

Co, oprócz aspektu finansowego, zachęciło pana do tego, żeby zagrać tę rolę?

- Nigdy nie traktowałem tego zawodu jedynie jako źródła utrzymania - gdyby tak było, pewnie bym jeszcze tańczył, śpiewał i inne rzeczy robił, bo w tego typu programach można zarobić niezłe pieniądze. Po prostu robię to, co mnie interesuje, nie muszę przyjmować każdej roli.

Bo ma pan z czego wybierać.

- Nie, to nie jest tak. Miałem różne okresy w życiu i naprawdę wolę jeść zupki chiński, i być zadowolonym, niż krewetki i mieć stan przedzawałowy. Nigdy nie prowadziłem imprez, nawet jak mi było bardzo źle, wolałem to przeczekać. Nie jest tak, że potępiam takie zajęcia, tylko po prostu tego nie umiem, więc się za to nie biorę. Ale jeśli widzę, że coś jest ciekawe, albo mam zagrać z kimś ciekawym, to się angażuję. Wolę się rozwijać zawodowo, niż siedzieć w domu i patrzeć w ścianę. Choć to też jest ciekawe. Nie przyjmuję wszystkiego, bo część proponowanych mi rzeczy jest tak pusta, że nie miałbym co tam grać. Nie rozwijałbym się. No i nie będę grał w czymś, czego nie czuję.

To co pan będzie robił?

- Zawsze sobie człowiek jakoś da radę, jeżeli jest w miarę rozgarnięty. A ja nie uważam siebie za kogoś nieogarniętego.

A z kim chciałby pan jeszcze zagrać?

- Jest wielu takich aktorów, ale nie chcę wymieniać po nazwisku, jeszcze ktoś się obrazi, że go nie wymieniłem. Nie mam mistrzów, wydaje mi się, że lepiej starać się być lepszym niż mistrz, niż ograniczać się do wielbienia mistrza. Tego mnie uczono w szkole, że my mamy być lepsi od naszych nauczycieli. Nie uważam, że jestem od kogoś gorszy, cały czas się uczę i to jest dla mnie najważniejsze.

Jakie warunki muszą zostać spełnione, żeby wszedł pan w jakąś produkcję?


- Przede wszystkim muszę poczuć, że chcę to robić, produkcja i reżyser muszą wiedzieć, czego chcą i jak to zrobić. Wiele razy się zdarzało, że nie grałem za swoje stawki, tylko za darmo, ku chwale ojczyzny, traktowałem to jako frajdę. Ja w ogóle mam wielkie szczęście, że wstaję rano i jestem zadowolony, że idę do pracy.

Reklama

Czyli marzenie z dzieciństwa się spełniło.

- Tak, o tym, że będę aktorem, wiedziałem już w wieku 5 lat. Kocham ten zawód, choć on się mocno zmienił. Pamiętam czasy, kiedy po zdjęciach cała ekipa się zbierała, byliśmy jak rodzina, a teraz każdy robi swoje sceny i ucieka do domu. Wydaje mi się, że wtedy był większy szacunek do pracy, nie było tyle celebryctwa. Nie chcę, żeby ktoś brał mnie za celebrytę. Nie celebruję publicznie swojego życia. Zawsze bawiło mnie to, jak mówili, że muszę bywać, chodzić na imprezy, pokazywać się, żeby mnie zapamiętano, bo wtedy będę dostawać role. Przez 17 lat nigdzie się nie pchałem, a pracuję cały czas. I cieszę się, że dzisiaj jestem oceniany za swoją pracę, a nie za to, gdzie bywam.

Od początku kariery był pan taki radykalny?

- Tak. Pamiętam, jak koleżanki i koledzy mówili, że jestem idiotą, bo rezygnuję z etatu w teatrze, a ja chciałem się rozwijać na wielu płaszczyznach, przede wszystkim samemu decydować, przy czym pracuję, a nie, żeby ktoś za mnie decydował.

To prawda, że czasem na początku i na końcu zdjęć przeprasza pan ekipę za to, że będzie się źle zachowywał.

- Czasem mam wymagające role. Tak było z "Dziewczyną z szafy" - grałem osobę z autyzmem. Przeprosiłem ekipę, że nie będę się odzywał  nie będzie ze mną prawie żadnego kontaktu przez okres zdjęć. Gdy grałem nerwowych ludzi, też przepraszałem, że może będę wybuchowy, bo czasem rola przenosi się na życie. Przynajmniej jestem szczery i przepraszam. Aktorstwo polega na tym, że mam być jak najbliżej postaci, którą gram. Jeśli nikogo nie ranię, to mam prawo zachowywać się tak, jak chcę.

Zdarzyło się panu zrobić aferę na planie?

- Wiele razy zdarzały się różne rzeczy. Raczej nie robię afer, a na pewno bez powodu. Staram się szanować wszystkich, choć wiadomo, różnie to wychodzi, kiedy nie jest się sobą na planie. Ważne, żeby nie mieć pretensji do siebie i do innych. Jakoś z wiekiem staram się być spokojniejszy, bo wtedy mam więcej siły na to, co chcę robić. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze łatwiej powiedzieć niż zrobić. Ja też nie jestem idealny i ciężko mi wprowadzić niektóre rzeczy w życie. Ale tak naprawdę wszystko jest bardzo proste, od nas zależy, jak tą prostotę postrzegamy. Często ludzie narzekają, że czas szybko biegnie. Przecież czas jest dokładnie taki sam jak 100 lat temu, zegarki chodzą tak samo, to my zapieprzamy, a zwalamy winę na czas. No, niefajnie.

A fajnie było wrócić na plan "Drugiej szansy"?

- Tak, bardzo fajnie. Grzesiek nadal próbuje wychowywać swojego synka, który jest dla niego całym światem.

Tworzycie świetny duet.

- Bardzo kocham dzieci, uwielbiam z nimi rozmawiać i słuchać, co mają do powiedzenia, a ten mały jest wspaniały! Ostatnio dostał propozycję występu w reklamie, przyjechał na plan, dowiedział się, że nie będzie wujka Mecka, więc powiedział, że beze mnie nie będzie grał. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej - chłopak miał zarobić pieniądze. Będę musiał chyba z nim jeździć...

Ewa Gassen-Piekarska

Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Mecwaldowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje