Urszula Chincz: Sprosta każdemu wyzwaniu

Jako reporterka Urszula Chincz skakała ze spadochronem, wspinała się po maszcie. I to mimo wielu lęków!

Kariera? Dla dziennikarki zdecydowanie ważniejsza jest jej rodzina

Czym różnią się uczestnicy tej edycji pokazywanego na antenie TVN "Wymarzonego domu" od swoich poprzedników?

Reklama

Urszula Chincz: - Wszystkim. Mamy wyjątkowo zgraną ekipę. W zeszłym roku niesnaski pojawiły się już w pierwszym tygodniu - grupa była nastawiona nawet nie na rywalizację, a na konflikt. Teraz harmonia jest aż zadziwiająca. Do tego stopnia, że w czasie pierwszej kolacji eliminacyjnej pojawiły się łzy i to u więcej niż jednej pary. Dla nich to była ciężka decyzja, bo gdyby mogli, to nikogo by nie eliminowali, a pracowali razem do końca i wylosowali ten dom. Pierwsze pęknięcia zaczynają wychodzić, ale to jest nieporównywalne z poprzednią edycją. Co do samych par, to są one równie różnorodne jak rok temu, ale teraz z każdą znajdujemy coś wspólnego, z każdą możemy się w jakiś sposób identyfikować, każda ma w sobie coś fajnego. Nie ma pary, o której od razu powiemy, że z nimi nie chcemy mieć nic wspólnego.

Kto może wygrać taki program?

- Na pewno musi to być ktoś, kto zdobędzie sympatię widzów, bo w finale to oni decydują. Pracują przez wiele tygodni na to, by widzowie na nich zagłosowali. O sympatię oglądających, zawalczyć można jedynie pokazywaniem swojego prawdziwego oblicza, bo gdy się jest w takim programie, grać da się przez tydzień, ale nie dłużej. Finał pierwszej edycji ładnie to pokazał. Ktoś, kto szedł jak burza, eliminował wszystkich, poległ w finale, bo widzowie powiedzieli: kochani, nie tymi metodami.

Do finału jednak droga daleka...

- Trzeba więc eliminować mocniejszych od siebie czy takich, którzy są zagrożeniem. To nie jest łatwe. Trzeba też starać się nie zasłużyć na nominację. Warto szukać sojuszników, zabiegać o sympatię pozostałych uczestników, nie iść na żadne wojny, bo to na dłuższą metę do niczego nie prowadzi. No i trzeba ciężko pracować, bo każdy, kto się na tej budowie obija, zaraz zostanie zauważony.

Nagroda w poprzedniej edycji była bardzo cenna, ale teraz udało się wam to przebić! Wygrana jest jedną z najwyższych w historii telewizji - dom jest wart 2,5 mln złotych!

- Dom jest podobnej wielkości, podobnie urządzony, ale ma znacznie lepszą lokalizację. Dzielnica Wilanów to teraz chyba najbardziej prestiżowa dzielnica Warszawy.

Aż zazdroszczę zwycięzcy...

- To prawda, jest czego zazdrościć, ale trzeba pamiętać, że uczestnicy podejmują duże wyrzeczenia. Są pary, które zostawiły w domu dzieci w różnym wieku. Proszę pamiętać, że uczestnicy nie mają dostępu do telefonu. Mają jedynie kontakt interwencyjny przez naszą redakcje.

À propos domu. Podobno w pani domu obowiązują dwie zasady można nie jeść, ale trzeba próbować, i 10 zł za przekleństwo.

- To jest prawda. Ja byłam niejadkiem, a zależało mi, żeby mój syn był "jadkiem". Mamy więc zasadę, że próbować trzeba. To działa. Mój syn jest otwarty na nowe smaki i dzięki temu jest dzieckiem, które z przyjemnością je np. brukselkę. Bo spróbował i okazało się, że to nie jest takie złe. Co do przeklinania, to nie będę ukrywać, że to się czasem zdarza, głównie kiedy są u mnie znajomi z pracy i rozmawiamy o pracy. Przy produkcjach telewizyjnych klnie się dosyć gęsto ze względu na trudne i stresujące warunki pracy. U nas jest za to kara. Gdy przychodzą moi koledzy z pracy, syn wyjmuje skarbonkę na wierzch i często dostaje stówę górką, żeby odpuścił na parę minut. Wielu moich znajomych nie ma własnych dzieci i dlatego nie pilnują się. Bo ten, kto ma dziecko, hamuje się w pewnym momencie i wprowadza autocenzurę swoich wypowiedzi.

Sama pani urządzała dom?

- Nie było dużo do urządzania. To nie jest żaden pałac, tylko prosta chata we wsi. Parę podróży do IKEI i dom był gotowy. Nie ma w moim domu niczego, co byłoby cenne, co najwyżej rzeczy mające wartość ze względów sentymentalnych, a na pewno nie dlatego, że to jest dizajnerska sofa za 10 tysięcy. Mnie się nie podoba, kiedy w mieszkaniu jest tak, że widać, że przed pięcioma dniami wyszedł z niego architekt wnętrz, nie jestem fanką rozwiązań na zawsze. Lubię, kiedy dom jest zmienny. U mnie wystrój często zmienia się, nawet zgodnie z porami roku, bo największa kanapa zimą stoi przed kominkiem, w którym palimy, a latem bliżej okna, bo wtedy mamy fajny widok na ogród.

Prowadzi pani blog "Ula Pedantula", w którym podpowiada czytelnikom, a to jak usunąć plamę, a to jak zapakować prezent. Skąd bierze pani pomysły?

- Kiedyś brałam z głowy i z własnych doświadczeń, ale teraz coraz częściej dostaję zamówienia od czytelników: prosimy o parę słów o pralce, o lodówce... Zrobiłam pierwszy odcinek o zmywarce, to pojawiło się zapotrzebowanie na kolejne. Teraz mam nadmiar pomysłów, a niedomiar czasu, żeby je zrealizować. Cieszy mnie, że jest taki odzew i mogę odpowiadać na to, czego sobie życzą widzowie i czytelnicy. Teraz jest sezon ślubów i choć ja po swoim ślubie jestem już 11 lat, to okazuje się, że to, co mam do powiedzenia na ten temat, jest dla kogoś ciekawe. Ostatnio najpopularniejszy wpis był o tym, jak ładnie zapakować pieniądze, które dajemy w prezencie. Okazało się, że to niektórych zainspirowało. Ktoś mi napisał, że spodobało mu się, żeby włożyć banknoty do słoika ze słodyczami, ale sam proponuje, żeby zamiast cukierków włożyć lampki na baterie. Super!

W tym momencie warto przypomnieć, że Ula Chincz to nie tylko miła pani, która udziela pożytecznych i fajnych rad, ale i szalejąca reporterka. W "Dzień Dobry TVN" robi pani czasem rzeczy, od których włos się jeży na głowie. Co było najtrudniejsze?

- Myślę, że materiał o skokach spadochronowych. Pierwszego dnia nie ja skakałam, ale mój znajomy. Był to za to skok z balonu. Dla mnie już samo wejście do balonu oznaczało dwie nieprzespane noce. Byłam przerażona. Gdy ten chłopak wyskoczył, to ja nie wiedziałam, czego się łapać, bo, proszę mi wierzyć, to jest potworne wrażenie, gdy się widzi, że facet wypada z balonu, leci minutę, nie otwiera spadochronu, a ja już ledwo go widzę. A na drugi dzień ja skakałam. Oczywiście w tandemie, bezpiecznie, ale ja się boję latać...

Ma pani lęk wysokości?

- Wysokości, przestrzeni, wszystkiego! Najcudowniejsze było to, że kiedy już byłam na górze, to mojemu mózgowi nie przychodziło do głowy, że skoczę. Mózg mówił - przecież tego nie zrobisz. Koledzy wyskoczyli ze mną w takiej pozycji, że zrobiliśmy fikołka i ja nagle lecę i widzę samolot od spodu i myślę, że to chyba niedobrze. To były ułamki sekundy, ale dla mnie były one rozwleczone. Nigdy w życiu nie przeżyłam czegoś takiego.

A co pani czuła, zbliżając się do ziemi?

- To już było przyjemne, spadochron się otworzył, wytracaliśmy prędkość. To takie odczucie, jakby człowiek był pijany, wszystko było tak irracjonalne. Na dole czekał mój synek, który nie chciał, żebym skakała. Cieszę się, że mogłam mu pokazać, że gdy człowiek przekroczy te swoje bariery, to wychodzi z tego coś dobrego.

Była też przygoda na morzu.

- To było moje drugie graniczne przeżycie. Z żeglarzem oceanicznym Zbyszkiem Gutkowskim wypłynęliśmy na 24 godziny na Bałtyk. Nigdy wcześniej nie byłam na morzu, nie wiedziałam, czy mam chorobę morską, jak ja to zniosę. Gdy wypływaliśmy z portu, kolega musiał zamontować na maszcie na wysokości 15 metrów kamerę GoPro, żebyśmy mieli ładne zdjęcia. Patrzyłam na to i myślałam: co za wariat, gdzie on wchodzi? Ja sama bałam się potwornie. A potem koledzy podkręcili Gutka, żeby spróbował mnie przestraszyć. Miały być z tego fajne zdjęcia. Gutek, zgodnie z dyspozycjami, położył łódkę na boku, a ja zaczęłam skakać po pokładzie, trzymając się dwoma rękoma i krzyczałam: ale super, ale super. Jak wariatka. Bo w czasie takich zadań odkrywa się, że coś, czego człowiek się bał, okazuje się fajne. A wie pani, jaka jest najdziwniejsza pointa tej historii na morzu? Kiedy po 24 godzinach wracaliśmy do portu, to kto zdejmował kamerę GoPro z masztu?

Pani?

- Tak! Okazało się, że przez jedną dobę przeszłam niewiarygodną metamorfozę. To cudowne, że mam szansę robienia takich fantastycznych rzeczy.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Urszula Chincz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje