Ula Chincz: Nie jestem perfekcyjna

Ula Chincz zdradza, jakie zasady panują w jej domu. Opowiada też o nietypowych sytuacjach w programie "Misja ratunkowa" i marzeniu, by wystąpić na festiwalu w San Remo.

"Wielu niezwykłych rozmówców przede mną, a przede wszystkim wiele ciekawych historii" – mówi Ula Chincz

Urszula Chincz ukończyła Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Dwa lata z Tomkiem Kammelem prowadziła "Pytanie na śniadanie", a w 2014 roku przeniosła się do TVN, gdzie czasem prowadzi poranki, rozmawia z ciekawymi ludźmi, rozdaje domy marzeń, robi porządek w szafach zwykłych Polaków, a gwiazdom zagląda we wszystkie kuchenne zakamarki.

Co lubiła pani w pracy nad "Misją ratunkową"?

Reklama

- Sprzątanie nie jest postrzegane jako atrakcyjne zajęcie i chyba niewiele osób chce się tym zajmować. Niesłusznie! Dom to nasze miejsce na ziemi, gdzie odpoczywamy, jemy, spędzamy czas z najbliższymi. Nasza przestrzeń, która często jest zaniedbana. A wystarczy odrobina organizacji i zabałaganiony dom może się zmienić nie do poznania. Największą przyjemność sprawiało mi pokazywanie, że z pomocą kilku małych zmian przestrzeń staje się przyjazna, funkcjonalna, a dom uporządkowany.

Pewnie widziała pani niejedno w domach Polaków. Były ekstremalne przypadki, z którymi ekipa musiała się zmierzyć?

- Ale ten program nie ma na celu wytykania palcami hardkorowych przypadków (śmiech). Wręcz przeciwnie, staram się mówić o rzeczach, które dotyczą wielu domów, tak, by widzowie mogli te rady zastosować w swojej przestrzeni. Dlatego zajmujemy się dobrą organizacją kuchni, by wszystko było pod ręką; przechowywaniem, organizacją domowego biura, biblioteczki, szafy czy dziecięcego pokoju. No i zwierzakami, które wszędzie zostawiają swoją sierść. Pokazujemy, jak niskim kosztem i niedużym nakładem czasu samodzielnie odmienić wnętrze - czasem przemalowanie mebla czy dodanie kilku kolorowych elementów zupełnie odmienia jego charakter. Jeśli cokolwiek mnie drażniło, to błędy niektórych projektantów kuchni i szaf wnękowych... Często ich pomysły może i wyglądają dobrze, ale są niepraktyczne. A źle zaplanowane wnętrze, niedopasowanie do realiów rodziny, która w nim mieszka, to narastający bałagan.

Porządkowała pani zewnętrzne otoczenie bohaterów, czy wpływała także na ich życie?

- Wierzę w to, że dom jest do pewnego stopnia odzwierciedleniem naszej osobowości oraz stylu życia, jaki prowadzimy. Często uporządkowanie domu wpływa na wprowadzenie porządku w życiu. Sprzątanie, pozbywanie się niepotrzebnych przedmiotów to okazja do przemyśleń. Ale nie przesadzałabym z filozofią. Często domy moich bohaterów były trochę zabałaganione, bo ktoś zamiast sprzątać, woli spędzać czas z dziećmi albo poświęcać go na rozwój zainteresowań, co w pełni rozumiem. Moim zadaniem było pokazanie, że dbanie o dom wcale nie musi być czasochłonne, uciążliwe czy męczące. Kilka prostych trików, dobre planowanie, trochę pomocy ze strony domowników i okazuje się, że "nie takie sprzątanie straszne, jak je malują". Kiedy już raz zrobi się porządek, łatwiej go utrzymać. I okazuje się, że osoby, które porządkowania unikały jak ognia, nagle odnajdują w tym przyjemność. Jedna z bohaterek, która w niewielkim pokoju miała mnóstwo niepotrzebnych rzeczy, zorganizowała imprezę, na której z przyjaciółmi segregowali rzeczy, opowiadając sobie przy okazji różne historie z nimi związane.

Proszę się przyznać, kto sprząta w domu Uli?

- Codziennie u siebie sprzątam! Wykonuję mnóstwo czynności, by wokół było czysto i przyjemnie. Wszyscy - ja, mój mąż i syn - sumiennie wykonujemy prace domowe, by nasz dom zawsze wyglądał przyzwoicie. Kiedy pojawiają się niezapowiedziani goście, nie biegamy w panice, próbując ukryć sterty ubrań, suszarkę z praniem, czy zlew pełen brudnych naczyń. W większych pracach wspomaga nas zaprzyjaźniona pani Luba. Lubię się dzielić obowiązkami, a myślenie "jeśli coś ma być zrobione dobrze, zrób to sam" jest mi obce. Perfekcjonizm w sprzątaniu to nie moja bajka, bo dom ma być przede wszystkim miejscem do wygodnego życia. Wolę, kiedy Rysio zapakuje zmywarkę, nawet jeśli zrobi to mniej optymalnie niż ja. Ciągłe poprawianie męża czy dzieci przez panią domu, która wie wszystko lepiej, prowadzi do tego, że każdy prędzej czy później zniechęci się do prac domowych.

Zasada 10 zł za przekleństwo nadal u państwa obowiązuje?

- Tak. Ale najwięcej płacą nasi goście. Oczywiście pytamy, czy zgadzają się tę zasadę stosować. Druga zasada dotyczy jedzenia: nie musisz zjeść, ale musisz spróbować. Chodzi o to, by zachęcać dzieci do próbowania nowych smaków, ale nie zmuszać do jedzenia. Trzecia: każdy sprząta po sobie (składanie wypranych ubrań, pranie do kosza, naczynia do zmywarki). Ostatnia dotyczy dzielenia się obowiązkami - pomagamy sobie wzajemnie - ja Rysiowi ogarnąć pokój, a on mi rozwiesić pranie. Obowiązki domowe nie są wyłącznie na mojej głowie. A poza tym życie w naszym domu układa się harmonijnie, bez specjalnego kodeksu.

Po kim ma pani umiłowanie do pedantyzmu?

- Nie jestem perfekcyjna. Mój dom nie przeszedłby słynnego testu białej rękawiczki (śmiech). Jak większość ludzi, nie przepadam za sprzątaniem. Raczej szukam sposobów na to, by zrobić to szybciej, efektywniej i z przyjemnością, czyli sprytnie. I to jest chyba klucz do sukcesu Uli Pedantuli: porządki na luzie, bez przesady, ale skutecznie. Koniec z porządkami!

W pracy miała pani okazję rozmawiać z wieloma osobami. Które spotkanie ceni pani najbardziej?

- Tych wyjątkowych spotkań było wiele. I niekoniecznie z wielkimi gwiazdami, bo na zawodowej drodze spotkałam osoby, które nie są znane, a robią w życiu niezwykłe rzeczy. Ale największe wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z Jamiem Olivierem, bo jest połączeniem obu tych światów. Jest cenionym kucharzem, od lat walczy o zdrowsze posiłki w szkołach i poprawę jakości jedzenia. To także mąż, ojciec i przesympatyczny facet. Mimo sukcesu, jaki odniósł, jest przystępny, otwarty i skromny. Opowiadał, że rano idzie do pracy, potem wraca do żony oraz dzieci i na niewiele więcej ma czas, dlatego stroni od celebryckiego świata i czerwonych dywanów. Zwykły, niezwykły człowiek.

Zdradzi pani swoje największe marzenia?

- Są raczej okołozawodowe. Chciałabym kiedyś zagrać epizod w polskiej komedii i choć raz stanąć na scenie festiwalu w San Remo (śmiech).

A co robi Ula Chincz, gdy nie pracuje?

- Wtedy zazwyczaj także pracuję - nad blogiem, kanałem na YouTube. Najbardziej lubię odpoczywać nic nie robiąc, ale jestem w tym beznadziejna. Kiedy mam wolny dzień i wreszcie ułożę się wygodnie na leżaku w ogrodzie, to zaraz zobaczę grządkę, która wymaga pielenia i zamiast się opalać, biorę się do roboty. Albo siadam z książką na kanapie i przeczytam coś, co mnie zainspiruje, zaraz zabieram się za realizację. Tak już mam - nie umiem usiedzieć w miejscu. Prawdziwy odpoczynek to wakacje w ukochanych Włoszech. Tylko tam potrafię uprawiać dolce far niente, czyli słodkie lenistwo. Tam staję się w tej dziedzinie mistrzynią.

Rozmawiała Małgorzata Pyrko

Dowiedz się więcej na temat: Ula Chincz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje