Ukradłam beret z planu

Gra główną kobiecą rolę w filmie "Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł", ale nie dostrzeżemy jej na plakacie filmu. - Nie jestem chyba medialna - mówi Marta Honzatko, którą krakowska publiczność zna ze scenicznego wcielenia; artystka związana jest bowiem z kabaretem Loch Camelot, wcześniej występowała w Piwnicy Pod Baranami.

O tym, że wcale nie jest kinową debiutantką, o kradzieży beretu z planu "Czarnego czwartku" oraz "małym sukcesie", jakim było wkręcenie swojego męża do filmu Antoniego Krauzego w Cafe Camelot z Martą Honzatko rozmawiał Tomasz Bielenia.

Reklama

Wszyscy mówią, że rola w "Czarnym czwartku" to twój kinowy debiut, ale ty już przecież zadebiutowałaś w kinie. W 2004 roku wystąpiłaś w offowym filmie "Katatonia".

- Byłam wtedy inną osobą. Gdybym 7 lat temu dostała propozycję występu w takim filmie jak "Czarny czwartek", to chyba nie podołałabym.

- Wtedy, przy "Katatoni", bardzo poważnie to jednak traktowałam, walczyłam o tę rolę, chciałam grać, potwornie mi zależało. Jest jednak różnica między twórczością offową a kinem z prawdziwego zdarzenia. Inny rodzaj pracy. Inny rodzaj poświęcenia. Niemniej jednak był to mój debiut.

Film dostał nagrody, aktorów, którzy w nim grali, można dziś spotkać na deskach teatrów bądź w rozmaitych produkcjach telewizyjnych. Ty pojawiłaś się raptem w paru serialowych epizodach.

Dlaczego nie chciałaś zostać aktorką?

- Ale ja cały czas śpiewałam, zajmuje się swoim projektem muzycznym. A jeśli chodzi o kino... Nie chcieli mnie, to nie grałam... Myślisz, że nie próbowałam? Jasne, że próbowałam. Jeździło się na wszystkie castingi, na które się tylko dało. Tak czasami jest. Ale cały czas śpiewałam, robiłam swoje, nie było tak, że siedziałam z założonymi rękami. Teraz nagle pojawił się film, o którym jest głośno... Hmm, może sobie o mnie przypomną...

Nie było tak, że w którymś momencie chciałaś sobie dać spokój z aktorstwem?

- Nigdy! Oczywiście zawsze przychodzą takie momenty, że człowiek ma chwile zwątpienia. Jak się dużo nie gra, to się zastanawia... Ale ja zawsze miałam to swoje śpiewanie. Zawsze mogłam tu przyjść, do Camelotu, i wystąpić. Ale było różnie... Kombinowało się... Przez kilka lat grałam w objazdowych teatrach dla szkół. Robiło się to głównie po to, żeby przetrwać, ale jakaś styczność ze sceną dzięki temu była. Poza tym to był bardzo dobry spektakl, "Ferdydurke" dla starszych klas liceum, żadna tam typowa profilaktyka dla młodzieży szkolnej. Nie mam się czego wstydzić. No ale ileż można grać spektakle o tak nienormalnych porach jak 9 rano?

Dobrze, mija kilka lat i pojawia się propozycja od Antoniego Krauze. Rozumiem, że kontakt był przez Piwnicę Pod Baranami?

- Tak, miałam trzyletni epizod z Piwnicą Pod Baranami i rzeczywiście tam mnie Antoni znalazł. Jego córka, która często współpracuje z nim przy ustalaniu obsady filmów, dała mu cynk, że jest taka osoba, która idealnie pasowałaby do roli Stefanii Drywy. Wysłała mu zdjęcia, bardzo mu się spodobałam, przyjechał do Krakowa.

Widziałaś wcześniej jakiś film Antoniego Krauze?

- Żebym teraz nie palnęła...! "Party przy świecach"?

Antoni Krazue!

- Właśnie, to widziałam już wcześniej. Znałam też dokument o Piwnicy Pod Baranami, który kiedyś nakręcił Antoni, ale nie wiedziałam wtedy, że to jego film. Wstyd się przyznać, ale tak było...

Ale ostatni film fabularny Antoni Krauze nakręcił 16 lat temu, jesteś usprawiedliwiona. Czy dobrze rozumiem, że rolę w "Czarnym czwartku" dostałaś bez żadnego castingu?

- Też byłam zaskoczona, ale tak właśnie było. Wnioskuję, że spotkanie i rozmowa ze mną była dla Antoniego wystarczająca, żeby podjąć decyzję, że się nadaję. Mój sposób bycia, energia, to, że jestem fizycznie podobna do pani Stefanii Drywy widocznie przekonały reżysera. A dyplom szkoły teatralnej był dla Antoniego wystarczającym dowodem, że pewne rzeczy na planie będę w stanie wykonać. Poza tym widział mnie też tu na scenie w Camelocie, więc wiedział, co sobą prezentuję.

Rozmawialiście o grudniu 70.?

- Tak. Nie było jakiejś ognistej, politycznej dyskusji na ten temat, ale Antoni spytał się mnie, czy ja w ogóle wiem, o czym ma być ten film. Dla niego było ważne nie tylko to, jak ja wyglądam, co sobą prezentuję, ale też to, czy mam świadomość wydarzeń, o których opowiadał będzie film. Wiedziałam.

Wcielasz się w "Czarnym czwartku", było nie było, w postać historyczną. Twoja bohaterka Stefania Drywa to kobieta z krwi i kości. Były jakieś próby konfrontacji z pierwowzorem twojej postaci w ramach przygotowań do tej roli?

- Tak, widziałam się z nią jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Potem, już w trakcie kręcenia filmu, spotykałam się nią jeszcze kilka razy w Gdyni. Nie pojawiała się bezpośrednio na planie filmowym, ale spotykałyśmy się po dniu zdjęciowym po to, żebym mogła ją trochę poznać jako osobę oraz żeby opowiedziała mi trochę o tamtych wydarzeniach i swoich odczuciach. Bardzo szczegółowo relacjonowała mi "jak to było". Doskonale wszystko pamiętała, zachowując równocześnie wielki dystans do tamtych wydarzeń. Nie podchodziła do tego zbyt emocjonalnie. Było to dla mnie niezwykle ważne jako dla aktorki, obserwowanie jej... Moja rola ograniczała się jednak wyłącznie do słuchania. Ona miała tyle do opowiedzenia, tak barwnie opowiadała, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko nie przeszkadzać jej. To było jak oglądanie jakiegoś filmu dokumentalnego.

Antoni Krauze powiedział o "Czarnym czwartku", że w tym filmie dominują różne odcienie szarości. Szarość jest dla ludzi twojego pokolenia właśnie kolorem tamtych czasów. Twoja bohaterka też jest zwykłą, szarą kobietą. Innymi słowy, nie wyglądasz w tym filmie przesadnie atrakcyjnie.

- Pierwsze próby kostiumowe były straszne... Wiadomo, kobieta... Popatrzyłam na te ciuchy i mówię: "Niee, załóżcie mi inny beret". Ale jak się przeglądnęłam w lustrze, to poczułam się tak zwyczajnie. Weszłam w tę scenografię i poczułam się częścią tego świata.

- I nagle dobrze się odnalazłam w tych ciuchach, może dlatego że bardzo polubiłam tę postać. Lubiłam ten okropny beret i obrzydliwe buty, w których grałam. Dziewczyny ubierały mnie okropnie, naprawdę okropnie. Ale sprawiało mi to ogromną radość. Ukradłam nawet z planu beret, w którym wystąpiłam. Powiedziałam, że nie ma takiej możliwości, żebym go oddała, niech się jakoś tłumaczą.

Jak przypominam sobie Antoniego Krauzego z różnych festiwalowych pokazów, to widzę go zawsze z papierosem. Dalej pali?

- Tak.

Bo ty jesteś w grupie "Papierosy są do dupy" na Facebooku.

- No tak. Ale Antoni zawsze wychodzi na zewnątrz.

W czasach kiedy rozgrywa się akcja "Czarnego czwartku" nikt nie wychodził, prawda?

Tak sobie myślałam, żeby tego filmu nie ocenzurowali. Wszyscy tam przecież tyle jarają, że to jakiś obłęd. Opary dymu!

Nie boisz się tego, że ten film, poprzez patronat Prezydenta RP, wsparcie IPN-u, specjalny pokaz dla parlamentarzystów, stanie się bardziej wydarzeniem politycznym, niż kinematograficznym?

- Wydaje mi się, że to jest dlatego, że "Czarny czwartek" mówi o sprawach, o których się nigdy głośno nie powiedziało. To jest przecież pierwszy film, który powstał o 1970 roku. A sam film, w moim odczuciu, jest dokumentem. Wszystko jest w nim dokładnie tak, jak było. To nie tylko lekcja historii, ale też świetne kino. Mam nadzieję, że nie zginie on w tym historyczno-patriotycznym krzyku. Stąd pewnie pomysł, żeby piosenkę o Janku Wiśniewskim wykonywał Kazik Staszewski. To próba dotarcia do młodszej widowni. To o wiele skuteczniej przyciągnie do kin młodych ludzi, niż miałby ich odstraszyć patronat IPN-u.

Jeśli mówimy o promocji "Czarnego czwartku"... Ciężko cię gdziekolwiek wypatrzeć.

- W ogóle mnie nie ma praktycznie. Nie jestem chyba medialna... Żartuję sobie, że teraz muszę się trochę podpromować: albo sesja w "Playboyu", albo wizyta u Kuby Wojewódzkiego... Ale wiesz kto jest?

Wiem!

- To jest mój mały sukces! Chciałam jeszcze wkręcić mojego syna Tobiasza, ale niestety jest za mały.

A jak udało ci się wkręcić męża na plakat filmu?

- Na plakat? Najpierw musiałam go wkręcić na plan! Kiedy pierwszego dnia przyjechałam na zdjęcia do Gdyni, byłam świetnie przygotowana. Znałam scenariusz, wiedziałam jakie postaci są w filmie. Antoni poprosił mnie więc, żeby usiadła z nim i pomogła mu wybrać różnych aktorów do epizodycznych ról. Kiedy doszło do "mężczyzny rozdzierającego koszulę"... Przypomniałam sobie jak czytałam scenariusz i pojawiła się ta postać, to pomyślałam: "Boże, gdyby mój mąż to zagrał!".

- Szukają więc aktora, który mógłby to zagrać, przeglądają jakieś zdjęcia, nie ma! Nikt im nie pasuje! Więc wtedy moja kolej: "A może mógłby to być Maciej Półtorak?". Patrzą się na mnie i pytają: "A kto to jest Maciej Półtorak"? "Mój mąż". Szybko wzięłam laptopa, weszłam na stronę teatru w Częstochowie, gdzie gra mój mąż, zobaczyli jak wygląda i stwierdzili, że się nadaje. Antoni wpisał go na kartkę, a jak Antoni wpisał na kartkę, to znaczyło, że klamka zapadła. Wiedząc o tym, że mój mąż jest potwornie zdolnym aktorem, ani przez chwilę nie martwiłam się, że mógłby dać jakąś plamę. I rzeczywiście, tak zagrał, że aż na plakacie wylądował! Śmiejesz się? Lepiej żeby to był mąż, niż - cholera jasna - jakiś obcy facet!

Muszę się jeszcze zapytać o piosenkę o Janku Wiśniewskim. Pewnie korciło cię, żeby samej to zaśpiewać.

- Jak usłyszałam wersję Kazika, to już mi się odechciało. Absolutnie genialne wykonanie! Ale oczywiście chciałam spróbować, w związku z tym że sama też śpiewam. Próbowałam namówić produkcję, że może wykonam jakiś utwór na płycie, ale niestety było już za późno i nic z tego nie wyszło. Póki co zapraszam jutro na koncert do Piwnicy Pod Baranami.


Nie będzie kolejnych filmów?

- "Czarny czwartek" nie jest komercyjną produkcją. To nie jest komedia romantyczna, jak zauważyłeś - nie ma mnie na afiszu. Światła nie są skierowane na moją osobę. Nie wiem jak to się dalej potoczy. Liczę na to, że dostrzeże mnie kolejny reżyser i zaproponuje mi jakąś ciekawą filmową rolę. Na tym mi najbardziej zależy. Kolejny plan, kolejny film. Złapałam bakcyla.

Dziękuję za rozmowę.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje