Ryszard Kotys: Widzowie wciąż będą mogli mnie oglądać

Ryszard Kotys /Wojciech Stróżyk /Reporter

Kojarzony jest z rolą Paździocha, który uprzykrza życie sąsiadom w "Świecie według Kiepskich". Jednak większość swojej kariery poświęcił scenie. Mimo dojrzałego wieku, ma się świetnie - wciąż gra w serialu i wspiera żonę, też aktorkę, w jej teatralnych przedsięwzięciach.

Reklama

Spekulowano, że odchodzi pan z "Kiepskich", ale chyba nigdzie się pan nie wybiera?

Ryszard Kotys: - Bynajmniej! Pojawiły się takie plotki ze względu na moją chorobę. Przez jakiś czas nie brałem udziału w zdjęciach, bo po prostu forma mi na to nie pozwalała, ale już wszystko u mnie w porządku i widzowie wciąż będą mogli mnie oglądać.

Szkołę teatralną kończył pan w Krakowie, debiutował zaś w teatrze w Kielcach - jak się pan tam znalazł?

- Kielce to moje rodzinne miasto, więc wróciłem tam po prostu w sposób naturalny. Zresztą moja praca w tamtejszym teatrze trwała krótko, bo jedynie półtora roku. Później wyjechałem na Wybrzeże, a z kolei stamtąd z dużą grupą kolegów przenieśliśmy się do teatru w Nowej Hucie.

Był też teatr w Tarnowie, Opolu - trochę się pan najeździł!


- Tak, choć myślę, że jak na aktora, to i tak niewiele. Najdłużej pracowałem w Łodzi, lubiłem to miasto i zagrzałem tam miejsce. Tam też zresztą zakończyłem moją przygodę z teatrem i poszedłem na emeryturę. Jednym z powodów byli właśnie "Kiepscy" - musiałem często opuszczać plan, aby uczestniczyć w próbach.

Czyli sentyment do Wrocławia okazał się silniejszy?

- Tak, przyznaję, że Wrocław jest mi wyjątkowo bliski i lubię pracę tutaj. Spędziłem tu w sumie prawie 20 lat mojego dorosłego życia, więc to miasto pamiętam najlepiej.

Podróżował pan ze spektaklami nie tylko po Polsce, ale również za granicą. Udało się panu zwiedzić kawałek świata?

- Faktycznie, dużo podróżowałem z teatrami, co na tamte czasy było czymś naprawdę niebywałym. Najbardziej pamiętam pobyt we Włoszech, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez ambasadę. Zjeździliśmy wówczas całe północne Włochy, a występowaliśmy w Wenecji. Były to tylko dwa przedstawienia, a pozostałe dwa tygodnie zwiedzaliśmy ten piękny kraj. To było w latach 50., więc w polskich realiach można było marzyć co najwyżej o wczasach w Bułgarii. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo zazdrościli mi koledzy... Ponadto występowałem też w Paryżu, podczas słynnego Teatru Narodów, czyli międzynarodowego festiwalu teatralnego organizowanego tam od 1957 r. Grałem też w Leningradzie, Moskwie.

W Moskwie nawet miał pan szansę się zadomowić.

- Zostałem zaproszony przez tamtejszego reżysera, aby grać w Teatrze Moskiewskim. Jednak finalnie do tego nie doszło. Zmieniła się dyrekcja i sprawa się rozeszła. Byłoby to cenne doświadczenie, ale widocznie tak miało być. Tak czy owak, jestem ogromnie przywiązany do Polski i cieszę się, że to tutaj przyszło mi pracować i żyć.

Na przestrzeni lat udało się panu również zdobyć wiele aktorskich nagród. Czym one są dla pana?

- Powiedziałbym raczej, że to po prostu efekt uboczny mojej pracy. Nie znaczy to jednak, że nagrody należy lekceważyć - to z pewnością rzeczy, które się pamięta, zwłaszcza jeśli pojawiły się przy jakichś nagłośnionych projektach, ale nie są dla mnie przesadnie ważne. Mam nawet wrażenie, że sprawiają one dużo więcej radości moim bliskim, niż mnie samemu.

Pana żona, Kamila Sammler, też jest aktorką. Łatwo się żyje parze artystów?

- Moja żona akurat nie miała specjalnie szczęścia do teatru i w pewnym momencie nawet się trochę z tego wycofała. Przez parę lat współpracowała z firmą, która pomagała Polakom znaleźć pracę w Anglii, a nawet w Emiratach Arabskich. Teraz jednak ponownie wróciła do teatru, tyle że w innej roli. Niedawno miała własną premierę w Teatrze Jaracza w Łodzi, więc najpewniej zostanie reżyserką.

Reklama

Premiera się udała?

- Oczywiście! Została świetnie przyjęta. Być może też dlatego, że moja żona łączy teatr z fotografią, od lat jest członkiem ZPAF-u, to coś, co daje sporo nowych możliwości. A sama sztuka jest nieco festiwalowa i skierowana do specyficznej publiczności, ale niewątpliwie interesująca i myślę, że będzie cieszyć się powodzeniem. Zapraszam więc do Łodzi na monodram "Cień".

Czy pańscy synowie też mieli ciągoty aktorskie?

- Mój starszy syn jest marynarzem - kapitanem żeglugi wielkiej. Młodszy zaś siedzi nieco bardziej "w temacie". Od zawsze z żoną chroniliśmy go przed teatrem. Dziś trochę tego żałujemy, bo i tak poszedł w tę stronę - zajmuje się realizacją, na razie w filmie.

Aktorzy zawsze powtarzają, że będą chronić swoje dzieci przed tym zawodem. Dlaczego?

- Po pierwsze, jest to ciężka praca, a po drugie - i być może najważniejsze - nieudane wejście w aktorstwo to dla człowieka ogromna tragedia. Nie można przecież przewidzieć, jak potoczy się nasze życie zawodowe, a akurat w tej profesji, jeśli coś się nie uda, to skutki są dużo dotkliwsze niż w innym zawodach. Człowiek staje się krytyczny, przestaje odczuwać satysfakcję, często popada w depresję. Jeśli nie gra się dużych ról, odczuwa się wieczny niedosyt, który potrafi być bardzo wyniszczający.

Pan za to ma na koncie niezliczoną ilość ról teatralnych. Które z nich szczególnie pan wspomina?

- Na pewno ważna była dla mnie rola w "Świętoszku" Moliera w reżyserii Krystyny Skuszanki w Teatrze Ludowym w Krakowie oraz "Sen srebrny Salomei", czyli spektakl, który grałem w dwóch teatrach - we Wrocławiu i w Krakowie. Mimo upływu kilkudziesięciu lat, dobrze pamiętam te role. W ogóle w teatrze grałem dużo wielkich ról, w przeciwieństwie do filmu, gdzie od zawsze jestem "epizodziarzem". Choć zdarzyło mi się zagrać kilka świetnych epizodów, np. u Agnieszki Holland w "Niedzielnych dzieciach", czy u Edwarda Żebrowskiego w "Szpitalu przemienienia".

Ale zaczął pan znakomicie!

- Tak, bo u Wajdy! Zagrałem w jego "Pokoleniu" z 1954 r. Mimo to okazało się, że dużo bardziej przywiązany jestem do teatru. Epizodów filmowych miałem ok. 170. To naprawdę imponująca liczba, ale moje serce i tak zawsze było w teatrze.

Jednak to właśnie dzięki epizodom i rolom w serialach jest pan rozpoznawalny. Zdarza się panu wyjść na ulicę niezauważonym?

- Nie bardzo... Wszyscy chcą ze mną rozmawiać, dlatego na co dzień staram się nie pokazywać. Jestem domatorem, a moja rozpoznawalność wcale mnie nie cieszy, jedynie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu. Po prostu zawodowo spotykam się z publicznością telewizyjną lub teatralną, a prywatnie jestem zupełnie inną osobą. Ludzie czasem nie potrafią rozdzielić mnie od postaci, którą gram i to bywa męczące. Ale pogodziłem się już z tym po tylu latach i dziś pozostaje mi jedynie cieszyć się, że moja rola w "Kiepskich" wciąż się rozwija i daje tyle możliwości. Nieczęsto się bowiem zdarza, że jedna postać może być tak różna i mieć tyle złożonych osobowości. Przyznaję, podoba mi się to.

Bardziej lubi pan grać role komediowe?

- Lubię i rozumiem komedię, ale jednocześnie myślę, że aktor powinien grać różne role. Wtedy jest także świetnym obserwatorem samego siebie. Nie można być, jak to mówią - "aktorem jednej roli", bo to nie rozwija nas jako zawodowców i nie dostarcza ludziom emocji.

A pana łatwo jest rozbawić?

- Uważam, że widza w ogóle jest trudniej rozbawić niż wzruszyć, ja nie jestem w tym wypadku wyjątkiem. Ważne, że mnie się udaje bawić ludzi. Chcę nadal to robić, bo jedynie w serialu mam okazję wcielić się w taką rolę. A te wszystkie etykiety przyklejone do mnie przez moją rolę w "Kiepskich" nijak się mają do mnie prywatnie.

Paulina Masłowska





Dowiedz się więcej na temat: Ryszard Kotys

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje