Roman Kłosowski: Generalnie jestem spełniony

​Roman Kłosowski to znakomity aktor, uwielbiany przez kolejne pokolenia Polaków za Maliniaka w "Czterdziestolatku". Artysta opowiada o tym, że zagrał wiele świetnych ról, ale największym jego życiowym szczęściem są wspaniali ludzie, których spotyka. Przyznaje też, że jego największym dramatem są postępujące problemy ze wzrokiem.

W marcu 2015 odbył się uroczysty Benefis Romana Kłosowskiego

Obchodzi pan 62-lecie pracy artystycznej. Zagra pan z tej okazji jakąś rolę?

Reklama

- Nie, bo w tym roku mam wolne, ale jest to wolne z założenia. Przy moim stanie fizycznym wiem, że zagrałbym gorzej niż grałem. Natomiast jeżdżę czasem po Polsce na spotkania związane z książką Jagody Opalińskiej "Z Kłosem przez życie".

I spotyka się pan z serdeczną reakcją publiczności.

- Tak! Choć trudny ze mnie facet, 60 lat w zawodzie zrobiło swoje. Do tej pory jestem rozpoznawalnym aktorem i muszę przyznać, że mam za sobą uśmiech ulicy, wiele życzliwych słów, komentarzy... A z książki jestem zadowolony, bo byłem szczery w tym, co mówiłem. Udało mi się pokazać moje bujne, niesforne, trudne, ale spełnione zawodowo i prywatnie życie.

Jak wspomina pan początki?

- Debiutowałem w sztuce "Szczęście Frania" Włodzimierza Perzyńskiego w teatrze w Szczecinie, gdzie dyrektorem był znakomity reżyser Emil Chaberski. Był rok 1953. Przyjechałem dość późno, bo wcześniej kręciłem pierwszy epizod z moją wielką przyjaciółką Lucyną Winnicką. Sekretarka zapowiedziała mnie tak: - Przyjechał ten ostatni, panie dyrektorze. Emil popatrzył na mnie, uśmiechnął się i mówi: - Wygląda pan nie najlepiej, ale może jakoś to będzie. No i było, bo zagrałem Frania - piękną rolę, w reżyserii nieżyjącego już Kazimierza Brodzikowskiego. Po tym spektaklu taksówkarze zaczęli wozić mnie za darmo!

A pana repertuar stawał się coraz bogatszy i ciekawszy.

- Zagrałem ważne postaci, m.in. Ryszarda III, Szwejka, Colasa Breugnon. Byłem też przez 5 lat dyrektorem Teatru Powszechnego w Łodzi. W pamięci utkwiła mi taka historia. Poszedłem na pogrzeb mojego znakomitego kolegi Tadzia Łomnickiego, który przed śmiercią miał próby do "Króla Leara". Stoję obok Jana Tomaszewicza i Bohdana Łazuki, i mówię: - Tadzio umarł podczas prób "Króla Leara", a gdybym ja umarł, to jako Ciamajda. Grałem wtedy smerfa Ciamajdę w Teatrze Syrena.

Jest pan aktorem charakterystycznym. Nie było to dla pana przeszkodą w karierze?

- Wręcz przeciwnie! Gdy wśród pięciu przystojnych mężczyzn staje mały Kłosowski, to wszystkich odstawia w kąt. Żartuję oczywiście. No cóż, moje warunki fizyczne od zawsze predestynowały mnie do ról komediowych, choć nie tylko. Grywałem też role  dramatyczne.

A Maliniaka pan lubił?

- Na swój sposób. To postać negatywna, szalenie pozytywnie odbierana przez widzów. Świetnie napisana, jak cały serial. Szczyt mojej popularności był związany właśnie z nią, jednak całe moje życie jest pasmem szczęścia. A wielkim szczęściem jest to, że przy moim trudnym charakterze spotykałem wspaniałych ludzi, którzy nie tylko mi pomogli, ale też polubili mnie.

Kto wskazał panu drogę?

- W szkole przez lenistwo borykałem się z kłopotami z nauką, zwłaszcza z matematyką. Miałem natomiast wspaniałą nauczycielkę angielskiego, pisarkę i dziennikarkę Karolinę Beylin, która napisała sztukę o szkole i obsadziła mnie w niej. Grałem matoła Jacusia.

Wtedy postanowił pan zdawać do szkoły teatralnej?

- Jako uczeń zagrałem jeszcze w Białej Podlaskiej w kilku sztukach, m.in. w "Betlejem" Rydla i "Gałązce rozmarynu" Nowakowskiego. Po premierze podszedł do mnie profesor matematyki, przetarł oczy i mówi: - Póki ja tu jestem, masz u mnie dostateczny. Niestety, zaraz potem wyjechał i mnie oblali. Po sukcesach teatralnych w Białej Podlaskiej wyjechałem do moich sióstr do Warszawy, żeby rozpocząć przygotowania do egzaminów do szkoły teatralnej. Mój wielki autorytet Aleksander Zelwerowicz, widząc mnie po raz pierwszy, stwierdził: - Głos dobry, ale nic poza tym. A gdy na egzaminie powiedziałem dwa wiersze, machnął ręką: - Niech cię cholera, graj. Za to kiedy dawał mi dyplom, usłyszałem od niego same miłe słowa.

Miał pan szczęście do ludzi. Największym pana przyjacielem była żona Krystyna, z którą poznaliście się w Szczecinie i byliście razem 58 lat.

- Krysia uczyniła moje życie szczęśliwym. Bardzo mi jej brakuje, ale nadal czuję jej obecność. Rozmawiam z nią w myślach, oglądam zdjęcia i wiem, jak by skomentowała to, co robię. W domu była szefem, planowała rozkład dnia, pracowała, gotowała obiady. Czasami się sprzeczaliśmy. Gdy wracałem z premiery, mówiła: - Gapciu (tak mnie nazywała), zrobić ci kawy? Wtedy wiedziałem, że jest niedobrze, ale jak powiedziała: - Romek, wynieś śmieci, żeby ci się w głowie nie przewróciło - to wszystko było w porządku. A pseudonim Gapcio nadała mi Lucyna Winnicka.

Zdradzi nam pan receptę na tak udane i długotrwałe małżeństwo?

- Święty nie byłem, ale nie zdarzyło mi się, żebym żonę upokorzył. I odwrotnie. Przeżyliśmy zarówno wspaniałe, jak i ciężkie chwile. To jest nasze piąte mieszkanie, wcześniej mieszkaliśmy m.in. w suterenie. Tam było o tyle dobrze, że koledzy, przychodząc na wódkę, wchodzili przez okno. Byliśmy biedni, ale szczęśliwi i zawsze mieliśmy dla siebie dużo tolerancji przy bezwzględnej szczerości.

Pana syn Tomasz urodził się w pierwszym mieszkaniu, które otrzymaliście z przydziału?

- Mieszkaliśmy wtedy z Boguszem Bilewskim na czwartym piętrze, a Tomek urodził się w szpitalu na Karowej. Pojechaliśmy we dwóch go zobaczyć. Wychodzi pielęgniarka i mówi do Bogusza: - Gratuluję, piękny chłopak, 4,20 kg. Ja na to: - To mój! A ona z niedowierzaniem: - Tak? (śmiech). Ale proszę mi wierzyć, że nie byłem aż tak brzydkim facetem. Byłem bardzo dumny z syna. Kiedy podrósł i odwiedził mnie w teatrze, charakteryzatorka popatrzyła na niego i mówi: - Panie dyrektorze, to nie jest pana syn, to bardzo ładny chłopiec (śmiech). Dziś Tomek jest inżynierem i pracuje jako informatyk.

Żałuje pan, że syn nie poszedł w pana ślady zawodowe?

- Nie. Za to moja synowa Barbara Szcześniak jest bardzo dobrą łódzką aktorką.

Jak sobie pan radzi w pojedynkę?

- Całkiem dobrze. Mam mieszkanie i rodzinę, która mieszka w Łodzi i czasem o mnie myśli. Wnuk Janek jest sędzią, wnuczka Kasia pracuje w poligrafii. Doczekałem się również prawnuka Michała, a teraz chciałbym mieć drugiego. Mam też wspaniałych przyjaciół - Teresę Lipowską, Jana Tomaszewicza, Ninkę Traczykównę. Po śmierci żony postanowiłem zostać sam. Uważam, że słusznie. Tak się szczęśliwie złożyło, że moja sąsiadka, pani Ala, która mieszka nade mną z mężem, chętnie się mną opiekuje. Jej pomoc jest wspaniała. Nigdzie nie mogłoby być mi w tej chwili lepiej.

A jak spędza pan wolny czas?

- Chodzę na spacerki, oglądam telewizję, słucham radia. Spacery zresztą skróciłem... Często odwiedzają mnie przyjaciele, co mnie bardzo cieszy. Najbardziej jednak dokucza mi słaby wzrok, bo nie mogę czytać. A jak sama pani widzi, kiedyś miałem pokaźną bibliotekę. Bardzo denerwuje mnie, że ten czas tak leci. Jak się ma 86 lat, to się gorzej chodzi, no i jeszcze ta bezrobotność wynikająca z wieku. Odpoczynek mnie męczy i nudzi, a właściwie bardziej nudzi niż męczy. Generalnie jednak jestem spełniony. W pobliżu mam wnuczkę Kasię, mieszka w Kobyłce. Niedawno był u mnie syn i wnuk, a teraz pewnie spotkamy się z okazji świąt Bożego Narodzenia, które co roku spędzamy u mnie i w Łodzi.

Rozmawiała Dorota Czerwińska
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Roman Kłosowski ur. 14 lutego 1929 r. w Białej Podlaskiej. Absolwent PWST w Warszawie (wydział aktorski i reżyserski). Na ekranie i w teatrze debiutował w 1953 r. Od 1955 r. grał w Teatrze Dramatycznym, a od 1981 w Teatrze Syrena. Żoną aktora przez 58 lat była Krystyna Kłosowska (zm. 2013). Ma syna Tomasza, inżyniera i informatyka.

Dowiedz się więcej na temat: Roman Kłosowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje