Przemysław Bluszcz: Tu trzeba szczęścia

Aktor charakterystyczny, obsadzany głównie w rolach złoczyńców, potrafi w sekundę zaczarować widza intensywnym spojrzeniem. Znany m.in. z seriali "Ratownicy" i "Mrok". Ma fantastyczną passę: oglądamy go w "Belfrze" i "Pakcie", a wkrótce zobaczymy w dramacie "Konwój".

Aż tak źle mu z oczu patrzy? "Na to wygląda, choć nie rozumiem czemu" - przekonuje Przemysław Bluszcz

Gestapowiec-sadysta, skorumpowany policjant, schizofrenik-podpalacz, bandzior, sutener, oszust, kat - tak pana widzą i tak obsadzają, co czyni pana niejako dyżurnym "czarnym charakterem" polskiego kina. Naprawdę aż tak źle panu z oczu patrzy?

Reklama

Przemysław Bluszcz: - Na to wygląda, choć nie rozumiem czemu. Mam nadzieję, że jestem, a przynajmniej bywam, dobrym człowiekiem. (śmiech)

Niełatwo w to uwierzyć tym, którzy pamiętają pana jako Rappkego z "Czasu honoru". Nienawidziła go cała Polska!

- Czuło się to. Wokół niechętne spojrzenia, złowrogie pomruki. Wsiadłem raz do taksówki, kierowca spojrzał kątem oka, potem długo milczał, wyraźnie coś w sobie dusił, w końcu nie wytrzymał, odwrócił się i syknął: "Jak ja pana nienawidzę!".

Rola Rafała w "M jak miłość" również nie przysporzyła panu sympatyków.

- Zdecydowanie. "Pan czegoś nie podpali?" - pytają mnie czasem, pół żartem, odkąd mój bohater dopuścił się rzeczy niewybaczalnej, spalił bastion najpopularniejszej rodziny polskiego serialu, dom Mostowiaków w Grabinie! W czasie, kiedy było to w emisji, wyczuwałem tuż obok nienaturalne drganie powietrza, dziwną siatkę spojrzeń - w sklepie spożywczym, na ulicy, w tramwaju. W banku urzędniczka przyznała, że się mnie boi. Ot, taki los...

Wróci pan do "M jak miłość"?

- Pojęcia nie mam. Mój bohater zrobił już tyle złego, ile można było zrobić, teraz siedzi w psychiatryku. W każdym razie czekam w blokach startowych, gotów czynić nowe bezeceństwa. (śmiech)

W ostatnim czasie zagrał pan też kata, i to dwukrotnie!

- Tak. W filmie "Czerwony pająk" reżyser Marcin Koszałka nie kombinował za bardzo i po prostu zwrócił się do mnie. (śmiech) Podobnym tropem poszła Agata Duda-Gracz, twórczyni spektaklu "Mary Stuart" (w roli tytułowej Agata Kulesza) w warszawskim Teatrze Ateneum. W tym przypadku jest to dla mnie także test na wytrzymałość - kat stoi w miejscu przez równe dwie godziny, dosłownie bez ruchu, po czym... czyni swą powinność. Zapraszam serdecznie.

Znamy pana z seriali i filmów, ale to teatr jest pańskim środowiskiem naturalnym. W Syrenie miał pan wystąpić w "Frankensteinie" Bogusława Lindy. Mając na uwadze pana specjalizację, strach pomyśleć, co by to była za rola.

- I tu zdziwienie - pozytywna! Tak właśnie, na przekór stereotypowi, chciał mnie obsadzić Boguś. Niestety, terminy nie pozwoliły.

Ominęła pana okazja pracy pod okiem takiego reżysera!

- To też, zwłaszcza że znamy się z "Paradoksu". Poza tym graliśmy razem w "Ratownikach" Marcina Wrony - bardzo interesującym serialu, który niestety po pierwszym sezonie zniknął.

Sądząc po ilości nowych produkcji, jest pan jednym z najbardziej rozchwytywanych aktorów w kraju!

- Bez przesady. Ale faktycznie, trochę się tego uzbierało. Dołączyłem do serialu "Pakt" Leszka Dawida, gdzie gram wicepremiera. Postać jest wzorowana na autentycznej postaci, w dodatku niejednoznaczna, co lubię. Z kolei Canal+ emituje "Belfra" Łukasza Palkowskiego, gdzie wcielam się w ojca jednego z głównych bohaterów. Jestem tajemniczym leśniczym Jackiem Dąbrową. Na chwilę wskoczyłem do "Komisarza Aleksa" (TVP 1), gdzie już raz wystąpiłem jako seryjny morderca (jakżeby inaczej!).

- A jeśli chodzi o filmy, to mamy "Konwój" Macieja Żaka. Dostałem rolę w doborowym towarzystwie: w obsadzie Janusz Gajos i Robert Więckiewicz. Specjalnie zrobiłem prawo jazdy. Mój bohater, sierżant służby więziennej Berg, spędza czas głównie za kółkiem. Jest też "Szczęście świata" - wrażliwy, mądry film i kolejna okazja do współpracy z Michałem Rosą, który tym razem powierzył mi raczej pozytywną rolę, pilnując jednak bacznie mego przenikliwego, jak się wyraził, spojrzenia. Jest wreszcie komedia obyczajowa "Przyjaźń" Filipa Zylbera i epizod we "Wszystko gra" Agnieszki Glińskiej, gdzie mogłem zrealizować, choć po części, marzenie o piłce nożnej.

- Jako chłopak chciałem po prostu grać, ale się nie udało. Koło trzydziestki doszedłem do wniosku, że w takim razie mógłbym sędziować - też nie wypaliło. Za to teraz, przed pięćdziesiątką, zostałem piłkarskim trenerem, co prawda w filmie, ale zawsze! Wszystkie te pozycje mają premierę na przełomie roku. Wypadałoby jeszcze wspomnieć o obrazie dokumentalno- fabularyzowanym, "Jan Mazurkiewicz ps. "Radosław" w reż. Małgorzaty Bramy, gdzie główną rolę zagrał Ireneusz Czop. Ja wcielam się w "Montera", czyli pułkownika Antoniego Chruściela, postać historyczną, ale wcale nie sympatyczną - czyli u mnie standard. (śmiech)

Co dalej? Ma pan jakieś nowe propozycje, pomysły?

- Pomysłów ci u nas dostatek. (śmiech) Przymierzamy się z żoną do realizacji długo przygotowywanego filmu "Wszystkie zwierzęta, które są z tobą", na podstawie opowiadań serbskiej pisarki Boby Blagojević. Będzie to koprodukcja polsko-serbsko-norweska, dotycząca tematu męskiej przemocy. Reżyseruje Ania, jedną z głównych ról gram ja.

Żona to panu zrobiła?!

- Jakoś jej dziwnie pasowałem. (śmiech) Pracujemy też nad projektem muzycznym. Trochę sobie z Anią pośpiewamy.

Rośnie państwu dwóch synów. Mają zainteresowania artystyczne?

- Obaj są wrażliwi i poszukujący, starszy ma swoją ścieżkę. Interesuje go deskorolka, graffiti, namiętnie ogląda filmy. To indywidualista. Natomiast młodszego bawi występowanie, ma w tym kierunku inklinacje. Cechuje go niezwykłe, oryginalne poczucie humoru. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Obserwuję młodych ludzi, którzy aspirują do aktorstwa, a mam ku temu sposobność jako wykładowca w szkole Romy Gąsiorowskiej, ActoRstudio. Mój przedmiot nazywa się projektowanie czasu i przestrzeni postaci. Widzę, jak wielu z nich marzy o aktorskiej karierze. Zawód to jednak tak piękny, jak i trudny. Trzeba talentu, ciężkiej pracy, ale przede wszystkim szczęścia do ludzi i projektów. - Jest parę innych zawodów na "A" - zwykła mawiać moja pani profesor. Powtarzam to studentom, ale chyba nie chcą traktować tych słów serio.

O mały włos, a zostałby pan weterynarzem.

- Zwłaszcza że profesję tę uprawia mój ojciec, a ja, jako najstarszy z rodzeństwa - mam młodszego brata i siostrę - często mu pomagałem. Potrafiłem więc chwycić byka za rogi, przytulić do serca psa, wziąć na kolana kota... Ale jednak tak się nie złożyło, żebym poszedł w jego ślady.

Rozmawiała Jolanta Majewska.

Dowiedz się więcej na temat: Przemysław Bluszcz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje