Piotr Stramowski: Wiem, dokąd idę

Grał mniejsze lub większe epizody w serialach, aż spotkał Patryka Vegę, który powierzył mu główną rolę w swoim nowym "Pitbullu". Tą decyzją reżyser zmienił nie tylko wygląd Piotra Stramowskiego, ale i życie zawodowe.

Urodzony w Warszawie aktor 17 września będzie obchodził dopiero 29. urodziny

Zacznijmy od nowego serialu "Na noże", który jesienią zobaczymy w TVN. Zagrasz negatywną postać...

Reklama

Piotr Stramowski: - Tak, choć ja zawsze bronię granych przez siebie bohaterów. To moja słabość. Darek jest na pewno nieprzyjemny dla ludzi i bardzo trudny w kontakcie. No tak, może się wydawać czarnym charakterem. Ponieważ w zasadzie po raz pierwszy mam okazję grać tego typu postać, chcę znaleźć jego motywację i dowiedzieć się, dlaczego taki jest. Nie wierzę, że ludzie są z natury źli - myślę, że w ich życiu musiało się wydarzyć coś, co ich do takiego zachowania doprowadziło.

Co łączy twojego bohatera - Darka, Jacka granego przez Wojtka Zielińskiego i Wiolę, czyli Weronikę Książkiewicz?

- Wiola i Jacek razem pracowali, byli też parą, choć uważam, że nie był to dobry związek. Teraz Jacek odszedł do swojej restauracji, a ja zostałem szefem kuchni, której menedżerem jest Weronika. Ona też raczej nie jest aniołem. Romansu między nami nie będzie, połączy nas raczej chęć rozkręcenia dochodowego biznesu i zrobienia konkurencji Jackowi, który jest tutaj tym pozytywnym bohaterem. Śmieszne to, bo z Wojtkiem tak się wczuliśmy w role antagonistów, że zaczęliśmy sobie dla żartów dogryzać na każdym kroku, aż musieliśmy się opanować (śmiech).

Dużo gotujecie na planie?

- Udajemy, że gotujemy, ale dużo czasu spędzamy w kuchni. Kiedy przygotowywałem się do roli, przez dwa dni pracowałem w restauracji Nolita na Wilczej u Jacka Grochowiny. Dzięki niemu poznałem cały ten świat - mogłem się przyjrzeć kuchni od kuchni. Na planie często powtarzamy sceny, siedzimy w nieklimatyzowanym pomieszczeniu, więc jest bardzo gorąco.

Prywatnie przywiązujesz wagę do tego, co jesz?

- Od jakiegoś czasu interesuję się dietami, bo muszę je mieć dopasowane do swoich treningów. Dzisiaj dla mnie zdrowe jedzenie to styl życia. Kiedyś jadałem chipsy, kilka razy w tygodniu lubiłem iść do McDonalda i nie widziałem w tym nic złego. A teraz, kiedy mam tam coś zjeść, czuję się, jakbym grzeszył. Dlatego uważam, że już w szkole podstawowej dzieci powinny być uczone, jak należy się zdrowo odżywiać.

To przejdźmy do "Pitbulla" - zakończyliście zdjęcia do drugiej części. Jak ci się znowu wchodziło w buty Majamiego?

- Było to dużo łatwiejsze niż rok temu. "Pitbull. Nowe porządki" był sukcesem, zostałem miło przyjęty przez środowisko, dlatego z większą pewnością siebie podszedłem do drugiej części. Ta postać przez rok dojrzała, inaczej na nią patrzę, odkrywam nowe cechy. Nie muszę myśleć, jak mam się poruszać, bo to jest automatyczne - zakładam buty, stawiam irokeza i jestem Majamim. W drugiej części filmu pałeczkę przejmują kobiety, główną rolę gra Joanna Kulig, która wstępuje do policji i jest zdeterminowana, by łapać przestępców. Teraz ona jest trochę takim Majamim.

Co w tobie wyzwoliła ta postać?

- Dzięki niemu nabrałem pewności siebie, dystansu do świata i siły, której nie trzeba demonstrować. Jestem spokojniejszy, choć to pewnie nie tylko zasługa roli, ale rzeczy, które się wydarzyły w moim życiu. Przez lata błądziłem, nie wiedziałem do końca, w jakim kierunku mam iść, a teraz jakoś się określiłem, co mnie uspokoiło. Podczas przygotowywań do roli sprawdzałem sobie granice, do jakich mogę się posunąć. Na przykład w nocy szedłem sam naprzeciwko kilku osiłkom, patrzyłem im prosto w oczy i czekałem na reakcję. I oni spuszczali wzrok! To ciekawe, bo dawniej bym się przestraszył i czuł niepewnie, a teraz to oni się wycofali. I chyba nie chodziło o irokeza i mięśnie, ile tylko o pewność siebie połączoną z wyglądem. Tego można się przestraszyć.

Po roli Majamiego twoje życie nabrało tempa.

- Dostaję więcej propozycji ról, co jest super. Staram się być otwarty i chętnie opowiadam o pracy. Natomiast nikt za mną nie chodzi z aparatem, nikt mi z butami w życie prywatne nie wchodzi.

Ty i twoja partnerka, Katarzyna Warnke, sami sporo opowiadacie o swoim związku...

- To nie jest tak, że sami chodzimy i opowiadamy, jak to się kochamy. Wszystko przez film "W spirali", na którego planie się poznaliśmy i który promujemy. Sami jesteśmy zaskoczeni skalą tego zainteresowania. Film miał mieć premierę w walentynki, daliśmy kilka wywiadów, mieliśmy kilka sesji zdjęciowych, ale wszystko się przesunęło, więc ta promocja trwa i trwa. W zasadzie odpowiadamy tylko na pytania, a one zwykle dotyczą naszego związku. Ten film nam dużo dał, więc cieszymy się też, że ludzie się nim interesują.

To prawda, że po wakacjach bierzecie ślub?

- Działamy spontanicznie, ale tak, jakieś tam plany są.

W planach masz też Hollywood. Co robisz, by się tam znaleźć?

- Wierzę w to, że jeśli skupisz myśli i energię na konkretnym celu, to go osiągniesz. Wydaje mi się, że co ma się wydarzyć, to się wydarzy. Działam intuicyjnie i do tej pory mi się to sprawdzało. Od kilku miesięcy chodzę na zajęcia z angielskiego, utrzymuję kontakty z ludźmi z USA, którzy potencjalnie mogą mi pomóc. Teraz w Nowym Jorku, w restauracji Roberta De Niro w Tribece, mamy pokaz filmu "W spirali". M.in. pokaz dla ludzi z Hollywood, więc może tam coś się wydarzy. Ale na przykład, kiedy dowiedziałem się, że w Polsce będzie kręcony film "True Crimes" z Jimem Carreyem, poszedłem na casting i z nim zagrałem!

Jaki był?

- Przyjechał do nas tuż po śmierci jego byłej dziewczyny. Był zamknięty w sobie, może też przez trudną rolę, którą grał. A był tak poważny, że aż momentami niewiarygodny. Nie pasuje to do niego, czekałem tylko, kiedy zrobi coś śmiesznego.

Rozmawiała Ewa Gassen-Piekarska.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Stramowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje