Piotr Machalica: Ja po prostu jestem z innej epoki

Skromny człowiek, świetny aktor i wykonawca piosenki artystycznej. Piotr Machalica gra w komedii "Wujaszek Wania" (Teatr 6.piętro), jeździ po Polsce z recitalem "Mój ulubiony Młynarski", wystąpił też w serialu "Miasto skarbów".

"W życiu po prostu miałem szczęście i temu szczęściu pomagałem" - mówi Piotr Machalica

Do 15. roku życia wychowywał się pan w Zielonej Górze. Tam zaczęła się fascynacja aktorstwem?

Reklama

- Przyszedł taki moment, że musiałem dokonać wyboru. Miałem 20 lat i pomyślałem: "Spróbuję zdawać do szkoły teatralnej". Na szczęście dostałem się na Miodową w Warszawie. Muszę powiedzieć, że były to wspaniałe lata.

Dlaczego?

- Spotkałem ludzi, którzy tam wykładali, a których dziś już nie ma: Ryszardę Hanin, Andrzeja Łapickiego, Tadeusza Łomnickiego, Wojciecha Siemiona. Można było czerpać z nich to, co w zawodzie najlepsze i myślę, że udało mi się wziąć dla siebie bardzo dużo.

Będąc synem wielkiego aktora Henryka Machalicy, dorastał pan w atmosferze teatru. Łatwiej było przez to dostać się do szkoły?

- Przeciwnie. Natomiast fakt, że Henryk był aktorem, miał wpływ na to, że podjąłem próbę wyboru tej drogi. Nie marzyłem o niej jednak. Byłem zamkniętym w sobie młodym człowiekiem, a ten zawód wymaga otwartości.

Brakuje panu ojca?

- Henryk od momentu, jak sobie powędrował (bo w ten sposób rozmawialiśmy o śmierci), ani razu mi się nie przyśnił. Może przesadziłbym mówiąc, że codziennie o nim myślę, ale co drugi dzień na pewno. Odwołuję się do tego, o czym rozmawialiśmy, jak zachowałby się w sytuacjach, które mnie spotykają. Pamiętam, że w czwartek po spektaklu wracaliśmy do Warszawy i to była nasza przedostatnia rozmowa. W sobotę zadzwonił do mnie ze stajni, a w poniedziałek dostałem informację, że spadł z konia. Od tego momentu nie było z nim kontaktu, a ja wiedziałem, że do końca życia będzie mi go brakowało.

O czym marzył pan jako student warszawskiej PWST?

- Byłem realistą i wiedziałem, że w pracy spotyka mnie ogromne szczęście. Jednocześnie miałem świadomość, że nie zawsze będzie tak kolorowo. W aktorstwie najistotniejsze jest, żeby istnieć i być potrzebnym. Zgrzeszyłbym mówiąc, że w moim przypadku tak się nie stało, ale nie nazywałem tego sukcesem. Po prostu miałem szczęście i temu szczęściu pomagałem. (...)

Zagrał pan w wielu filmach. Czy podczas zdjęć zdarzyło się coś szczególnego?

- Jestem w tym wieku, że przeszedłem już smugę cienia i wszystko, co się wydarzyło, wspominam wspaniale. Nawet, jak momentami było kiepsko z powodu mojego braku rozwagi. Życie polega przecież na tym, że każdego dnia czegoś nowego doświadczamy i w ten sposób się uczymy. Z perspektywy czasu inaczej też patrzę na filmy, w których grałem. Tak było np. ze "Sztuką kochania". Nie do końca wiedziałem, co myśleć o tym filmie, ale gdy po latach oglądałem go z moim wówczas kilkunastoletnim synem, nieźle się bawiliśmy. Pomyślałem, że Jacek Bromski zrobił fajną robotę, podobnie jak w filmie "Zabij mnie, glino".

A jak pracowało się panu z Krzysztofem Kieślowskim?

- Wspomnienia z pracy z nim mam niezwykłe. Zgłosił się do mnie na rok przed rozpoczęciem zdjęć do "Dekalogu 9". W tym czasie rozmawialiśmy kilka razy. Opowiadał, jak widzi film, mówił o swoich oczekiwaniach wobec obsady i to dało fenomenalny rezultat. Nie mówię o efekcie na ekranie, bo uważam, że cały "Dekalog" jest wybitny, ale o komforcie pracy, bezpieczeństwie i świadomości tego, co chcemy zrobić.

Przez ten rok zacieśniły się wasze relacje?

- Pyta pani, czy piliśmy wódkę? Nie. Mnie wystarczyły nasze kompletnie przypadkowe spotkania. Doszukuję się w nich pewnej metafizyki, bo wszystko wyglądało jak w filmach Krzysztofa. Vis a vis ambasady chińskiej był kiedyś sklep z elektroniką. Wszedłem, żeby zapytać o sprzęt grający. Nagle za moimi plecami odzywa się Krzysiek. Przyszedł kupić radio dla żony Piesiewicza, bo ktoś okradł jej auto. Z krótkiej rozmowy dowiedziałem się, że rzucił palenie, ale nie dla zdrowia, tylko dla córki, i że w poniedziałek idzie do szpitala na zabieg. To był piątek. We wtorek usłyszałem w wiadomościach, że zmarł. Po pogrzebie miałem spotkanie również przy ambasadzie chińskiej. Znowu wszedłem do tamtego sklepu. Był ten sam sprzedawca, a z radia usłyszałem komunikat o pożegnaniu Krzysztofa.

Wspominał pan, że w kontaktach z Wojciechem Młynarskim też było sporo zbiegów okoliczności...

- Tak. Jakieś 2,5 roku temu wjechałem samochodem na węzeł komunikacyjny Konotopa i w tym momencie zadzwonił do mnie Wojtek z pytaniem, czy wystąpiłbym gościnnie w spektaklu Teatru 6.piętro. Odpowiedziałem, że nic piękniejszego nie mogło mnie spotkać. Wszystko odbyło się zgodnie z planem, a ja postanowiłem później zrobić koncert z piosenkami Wojtka. Przedpremierowo wystąpiliśmy tydzień przed jego śmiercią. Któregoś dnia znów przejeżdżałem przez Konotopę i znowu zadzwonił do mnie telefon. Tym razem wyświetlił się Wojciech Borkowski i powiedział, że Wojtek odszedł.

Wybiera się pan na zimowy urlop?

- Wakacje spędzę tak jak ostatnio - w grudniu na Gwadelupie, bo ta wyspa mnie zachwyciła. Tym razem jednak nie wezmę ze sobą telefonu ani tabletu.

Chyba nie będą panu potrzebne, skoro nie korzysta pan z internetu...

- Internet służy mi tylko do tego, żeby sprawdzić, kto jeszcze żyje. Czasami jeszcze słucham jakiejś muzyki, co nie znaczy, że jestem obrażony na wirtualny świat. Nie, ja po prostu jestem z innej epoki.

Rozmawiała Dorota Czerwińska

Piotr Machalica urodził się 13 lutego 1955 r. w Pszczynie. Absolwent PWST w Warszawie. Uznany wykonawca piosenki artystycznej, śpiewa Okudżawę, Brassensa, Młynarskiego. Znamy go z filmów: "Dekalog 9", "Sauna", "Nic śmiesznego" "Dzień świra", "Szamanka" oraz z seriali: "Złotopolscy", "Miasto skarbów". Jest synem Henryka Machalicy (Dionizy w "Złotopolskich"). Ma dwóch starszych braci bliźniaków - aktora Aleksandra oraz sportowca Krzysztofa. Kierownik artystyczny w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie.

Dowiedz się więcej na temat: Piotr Machalica

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje