Paweł Wawrzecki: Śmieszności w absurdzie

Mówi o sobie, że nie jest człowiekiem, który drapie się po głowie i leży albo naje i śpi. Swoją pracę nazywa powołaniem graniczącym z miłością, dlatego by grać, nie waha się pokonywać Atlantyku kilka razy w roku.

Paweł Wawrzecki

W nowym serialu "Niania w wielkim mieście" gra pan Antoniego, który przypadkowo trafia pod opiekę tytułowej bohaterki.

Paweł Wawrzecki: - Pojawiam się w jednym odcinku. Pan w moim wieku, dotknięty chorobą Alzheimera, i tyle o nim wiem. Jego postać uświadamia, że nasze życie jest coraz dłuższe i, paradoksalnie, mamy z tym coraz więcej problemów. Zajmują się nami, jak przychodzimy na świat - nie mamy świadomości, kto to robi - i na starość jest często tak samo. O ile wcześniej ktoś nie zginie na szosie. Generalnie, o co chodzi w serialu, orientuję się tylko z grubsza. Wiem, kto to jest niania i co to jest wielkie miasto, też wiem.

Niedługo premiera innego serialu z pana udziałem, tym razem w jednej z głównych ról. Ucieszył pana powrót "Daleko od noszy"?

- Zawsze mieliśmy do tego stosunek emocjonalny, przyjacielski. Serial był bardzo dobrze odbierany, nawet w naszym środowisku, co nie zawsze się zdarza. Rzeczywiście mieliśmy kilka lat przerwy, a teraz zrobiliśmy kilkanaście odcinków. Z chęcią spotkaliśmy się w tym samym gronie, niestety, uszczuplonym. Pan Jaroszyński, autor i reżyser, trochę nam ten szpital odkurzył. Może wygląda odrobinę lepiej, ale problemy ciągle są. Nigdy jednak nie kpiliśmy z choroby, nie epatowaliśmy okrucieństwem, tylko pokazywaliśmy nonsensy, które w naszym życiu ciągle jeszcze obowiązują. Szukamy więc śmieszności w absurdzie.

W szpitalu nastąpią wielkie zmiany, doktor Łubicz zostanie ministrem zdrowia. Doktor Kidler więc dokonuje zamachu na jego stanowisko.

- Och, on nie dokona tego tak dosłownie, posłuży się fortelem.

Reklama

Tak, wiem, że ma pan być ordynatorem jako kobieta! Jak pan to zrobił?

- Zostałem odpowiednio przebrany, uzbroiłem się w jakieś cechy kobiece. Oczywiście takie, jak je sobie wyobraża mój bohater. Zdarzą się sytuacje niecodzienne, może nie zdradzę całej pikanterii, ale powiem, że "pani ordynator" spodoba się nie tylko mężczyznom, ale i kobietom! Bo to są takie czasy.

Właśnie, a jak Kidler jako kobieta radzi sobie ze swoją główną przywarą, czyli z tym, że jest podrywaczem?

- Mając możliwość przebywania w towarzystwie młodych, pięknych kobiet, siłą rzeczy to wykorzystuje. Wszystko sobie ustawia, sugeruje im, że właśnie Kidler najlepiej wprowadzi je w arkana zawodu. I to jest cała intryga, przyznaję, że dosyć zabawna. W tych odcinkach, które robiliśmy, wydusza ze swojej pozycji tyle korzyści, ile się da. Włącznie oczywiście z dogadzaniem swoim chęciom i chuciom.

Od wielu lat jest pan aktorem teatru Kwadrat. Jak panu udaje się tyle grać i podróżować między Polską i USA, gdzie ma pan żonę?

- Jakoś sobie radzę. Rzeczywiście, może jest ciężko, mam dużo obowiązków, ale znajduję na nie czas. Kiedy się bez przerwy jeździ, to może nie jest już jakaś wielka przyjemność, staje się to po prostu koniecznością. Występ w Poznaniu? Wsiada się do pociągu, niby jest luksusowo, ale trzy godziny trzeba przesiedzieć. A w samolocie trzeba przesiedzieć dziewięć. I czy warunki są lepsze, czy gorsze, jednak to trwa i nie ma swobody ruchu. No i dużą niewygodą jest zmiana czasu. Niedawno pojechałem na trzy tygodnie, wróciłem na kilka dni - byłem oszołomiony. Tu się kładę spać, a tam bym wstawał. To jest męczące, ale już mam swoje metody. Nie bardzo godzę się, żeby grać w teatrze tego samego dnia, kiedy przylatuję. Boję się, bo jeśli będzie mgła i nie wylecę, to trzeba odwoływać spektakl lub przekładać cały plan filmowy. Wtedy mam poczucie winy i jest słabo. Więc już tak się nie umawiamy, bo wolę tego poczucia winy nie mieć.

To prawda, że personel lotnisk traktuje już pana jak znajomego?

- Właściwie latam naszymi liniami, wobec tego rzeczywiście część obsługi mnie zna - zresztą choćby z racji mego zawodu. To mi trochę pomaga - a to ktoś miło się uśmiechnie, a to pomoże z bagażem...

Kilka miesięcy temu, sztuką "Kłamstewka" zadebiutował pan jako reżyser. Każdego aktora to czeka prędzej czy później, czy marzył pan o tym od dawna?

- Może nie marzyłem, tylko tak się złożyło. Moja przygoda aktorska zaczęła się od tego, że w szkole chciałem przygotować pewien spektakl i przed samą premierą uciekli mi wszyscy aktorzy, zrezygnowali albo wystraszyli się. I tak się skończyło, że sam zagrałem i wyreżyserowałem. Później, kiedy byłem już u Erwina Axera i patrzyłem, jak mistrz pracuje, albo gdy grałem u innych reżyserów, zawsze miałem rozmaite uwagi. Okazało się, że moje wyczucie było dobre. I w końcu zaczęto mi mówić, że powinienem reżyserować. Teraz nadarzył się ten tekst, który zaczął bardzo mnie obchodzić, bo pokazuje codzienny otaczający nas świat tak trochę nie wprost. Rodzice próbują wyciągnąć syna z trudnej sytuacji i w tym celu opracowują całą intrygę. Konstrukcja sztuki jest niezwykle ciekawa, a historia stawia dużo znaków zapytania, przez to staje się uniwersalna. Miałem świetny zespół: moją koleżankę Ewę Kasprzyk, z którą już dużo grałem, Martę Żmudę Trzebiatowską, Pawła Małaszyńskiego, więc i praca była udana. Tak sobie więc myślę, że będę zaraz robił coś nowego. Rozmowy już trwają, co nie znaczy, że zarzucam rzemiosło aktorskie.

Jest pan kojarzony głównie z rolami komediowymi. To był pana zawodowy plan czy tak wyszło?

- Moja postać w "Niani" jest zupełnie niekomediowa. I szereg osób postrzega mnie w ten sposób - że powinienem grać poważne rzeczy. Tak było zresztą na początku. Ale później moja kariera potoczyła się tak, że mnóstwo grałem w kabaretach. Janusz Gajos też przez to przechodził - pracował u Dziewońskiego, Olgi Lipińskiej... To się po prostu dzieje, poza tym nigdy tak nie miałem, że ja muszę zagrać Hamleta. Raczej oczekiwałem i dostawałem propozycje - bardzo różne. A nie na wszystko mam czas.

Jak pan myśli "dom", to co pan widzi?

- To jest skomplikowana sprawa, bo ja zawsze marzyłem, żeby mieć fantastyczny dom, a życie tak mi się układało, że miałem tylko jego przebłyski. Teraz jest kilka miejsc, które nazywam domem, i lubię w nich być. Przy tym moim rozlatanym życiu, w każdym z nich mam swoje miejsce, gdzie mogę sobie usiąść i poczuć się komfortowo.

Przy tak dużej aktywności jak dba pan o formę?

- Za kilka dni wyjeżdżam i będę jeździł na nartach. Mam niepełnosprawną córkę, z którą dużo chodzimy, ćwiczymy, trzeba ją rehabilitować - poświęcam jej dużo czasu, a przez to sam jestem aktywny. Zawsze zwracam uwagę na to, żeby mniej przejechać samochodem, a trochę przejść. Chodzę po górach, trochę biegałem. Nie jestem człowiekiem obfitym w budowie, wszystko spalam. Miałem dużo do czynienia ze sportem, więc moja pamięć mięśniowa działa. Cokolwiek trzeba zrobić na scenie, wskoczyć na stół czy upaść, to ja wszystko robię sam. Mam na tyle sprawności i chęci. Bo może w pewnym momencie powiem: "Wiecie co, może ja już nie będę upadał, będę siedział i trzymał się stołu". Tak też może być.

Katarzyna Sobkowicz

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Wawrzecki | Daleko od noszy. Reanimacja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje