Norman Leto: Prezent dla siebie i widza

W filmie "Photon" daję prezent widzom i sobie jako artyście - twierdzi artysta Norman Leto, autor fabularyzowanego dokumentu z pogranicza filmu popularnonaukowego i humanistycznego eseju o budowie i ewolucji wszechświata, który można oglądać w kinach.

"Photon" ma być próbą pokazania, że świat nauki może być atrakcyjny - przyznaje Norman Leto

Humanistyczny esej, techniczna rozprawa naukowa - jak określić "Photon"? Czym on jest?

Norman Leto: - Nazwałbym go po prostu dokumentalnym filmem popularnonaukowym, tylko skrzywionym przez postać narratora. "Photonu" nie prowadzi co prawda Krystyna Czubówna ani David Attenborough, tylko Andrzej Chyra, ale to pewna uporządkowana historia, która sama ułożyła mi się w jakimś porządku. W "Sailorze", czyli swoim poprzednim filmie z 2010 r., pokazałem historię miłości między kobietą a niezbyt rozgarniętym nauczycielem fizyki, który reprezentował moją ówczesną wiedzę naukową. Narrator w "Photonie" jest na poziomie akademickim. Nie twierdzę, że ja też tyle wiem, ale "Photon" jest bliższy mojemu aktualnemu stanowi wiedzy.

Reklama

Narrator filmu określa siebie jako fizyka kwantowego, który nie ma czasu na rodzinę, bo poświęca go wizualizacjom. Ty nie jesteś fizykiem, ale artystą, któremu te wizualizacje pochłonęły kilka lat. Jaka jest relacja między tobą jako twórcą, a tobą jako narratorem "Photonu"?

- Nie chciałem powtarzać schematu z "Sailora", w którym to ja mówię bezpośrednio. Tego byłoby za dużo, dlatego postanowiłem siebie umieścić w kimś innym. Narrator jest więc jedynie jakąś formą mojego alter ego; Andrzej Chyra często - nie zawsze, ale często - wypowiada moje własne myśli. W filmie jest to trochę podkręcone, ale szczerze obrazuje, jak myślę o świecie.

Postaci pokazane w filmie są opisane przez narratora jako jego ojciec, jego syn. Ile z twojej własnej rzeczywistości jest w "Photonie"?

- Filmowi rodzice to moi rodzice. Stanisław z "Photonu" to mój tata, który zmarł podczas pracy nad projektem i nie zdążył zobaczyć ostatniej wersji filmu. "Photon" na tyle, na ile pozwala na to kino, oddaje mój stosunek do własnej rodziny i otaczającej rzeczywistości. W codziennych sytuacjach, np. podczas zjazdu rodzinnego, nie jestem w stanie przestać myśleć o tym, jak przebiegają impulsy w naszych głowach. Często nie słucham rozmówcy tylko zastanawiam się, dlaczego powiedział coś w danym momencie. Może to brzmi chłodno, ale tak działa mój umysł - dostrzegam raczej procesy niż fakty. Interesują mnie mechanizmy naszego funkcjonowania.

Pracowałeś nad tym projektem pięć lat. Czy w międzyczasie któreś elementy tego projektu stały się mniej, a inne bardziej ważne?

- Gdy zaczynałem, miałem żarliwość neofity. Chciałem przemycić w tym filmie jak najwięcej wiedzy z fizyki, chemii, biologii, która mnie zachwyciła podczas czytania prac naukowych. Z czasem zacząłem to filtrować, bo zrozumiałem, że nie wszystko, co mnie emocjonuje, spodoba się także widzowi. On przecież niekoniecznie dzień wcześniej czyta o ładunku elektronów. Postanowiłem więc, że muszę dać z siebie więcej prywatnie. Jeśli jesteś artystą, to oczywiście możesz robić, co tylko ci się podoba i nigdy nie uginać się przed publicznością, ale ja szanuję swoich widzów. Wypośrodkowałem to i w "Photonie" daję jednocześnie prezent sobie i widzom.

Wizualizacje w "Photonie" obrazują powstanie świata, jego rozwój. Czy tak rzeczywiście wygląda materia?

- "Photon" składa się z trzech części. Pierwsza mówi o fizyce kwantowej, a o tym ciężko powiedzieć, czy jakkolwiek wygląda. Świata na tym poziomie nie da się opowiedzieć w inny sposób, niż przez wzory matematyczne, więc wszystko na ekranie jest jedynie jakimś przybliżeniem albo interpretacją. Naukowcy nie mają nic przeciwko wizualizowaniu zjawisk kwantowych, bo to pomaga w wyobrażaniu sobie ich. Mimo to nie traktowałbym pierwszej części filmu dosłownie.

- Druga część filmu obrazuje procesy molekularne - podział komórki, powstanie pierwszych organizmów... Wykorzystane w tej części wizualizacje są bardzo realistyczne, ale o ile dzisiejsza technologia pozwala na zrobienie wyraźnych zdjęć organizmów w skali komórkowej, to nadal mamy problem z pokazaniem ruchu molekuł. Tego się nie da sfotografować niezależnie od tego, jak mocny aparat mamy. Dlatego zanimowałem nieruchome zdjęcia molekuł w taki sposób, w jaki się ruszają. W tym celu długotrwale obserwowałem symulacje komputerowe. Jasne, mógłbym to wszystko liczyć klatka po klatce, ale chciałem realistycznie pokazać, jak kilkadziesiąt białek odbija się od ściany komórkowej lub przenika przez ścianę komórkową. Ręczna animacja powoduje, że podświadomie nadajemy temu ruchowi nasze osobiste spojrzenie, dlatego wolałem się zdystansować. Elementem mojej interpretacji było np. wpuszczenie koloru do wizualizacji. Mogłem sobie na to pozwolić, bo to jedynie zabieg estetyczny, który nie zaburza prawdy naukowej o molekułach i ich ruchu.

Co było dla ciebie ważniejsze w tym filmie, sztuka czy nauka?

- Mogę powiedzieć tylko, że moim zdaniem religia, nauka i sztuka nie mogą istnieć obok siebie bez wchodzenia sobie w drogę. Jeśli widzę naukowca, który jest jednocześnie mocno wierzący, to zawsze zastanawia mnie, jak jest w stanie pogodzić te dwie rzeczy. Dla mnie samego ważniejsza jest nauka, bo to na niej wszystko się opiera - łącznie ze sztuką. Obie rzeczy są piękne, ale w jakimś stopniu nauka jest ponad. W "Photonie" narrator żartobliwie ujmuje sztuki współczesne jako "fitness dla mózgu". Jak można ewolucyjnie wytłumaczyć istnienie centrów sztuki współczesnej? Dla przeżycia są niepotrzebne, a mimo to powstały.

Trzecia część filmu to nieco apokaliptyczna wizja naszej przyszłości, w której ludzkość zmienia w coś mało namacalnego. Określiłbyś przedstawioną wizję bardziej jako pełną strachu czy nadziei?

- Trudno mi ocenić. Mnie nie przeraża, że w przyszłości ciała przestaną być nam potrzebne, a cała reszta zamieni się w formę kolektywnej świadomości. Myślę, że opcję uwolnienia się od cielesności będziemy mieli za kilkadziesiąt albo kilkaset lat. Już teraz przecież eksperymentuje się z wirtualną rzeczywistością. To wszystko jest na razie bardzo siermiężne, ale cel tej podróży, czyli wyzwolenie się od ciała, to dla mnie optymistyczne zakończenie. Może dla widzów to za dużo, ale pamiętajmy, że gdyby ludzie średniowieczni przyjrzeli się temu, co robią ludzie dzisiaj i że np. pracują w nocy, to też byliby przestraszeni.

Znaczącym elementem filmu jest wywiad z naukowcem. Andrzej Chyra odpowiada w tych scenach na pytania dziennikarki, która z pewnością nie jest specjalistką w tej dziedzinie.

- Chciałem pokazać, jak wielki problem z public relations ma współczesny świat naukowy. Obecne odkrycia nie są tak spektakularne jak kiedyś, gdy efekty czyjegoś dłubania w garażu mogły całkowicie zmienić podstawy fizyki - jak było to np. w przypadku Alberta Einsteina. Teraz jedyną drogą do nowości jest zespołowa praca nad bardzo skomplikowanymi obliczeniami. To mało widowiskowe, ciężko się tym chwalić. Dlatego przed dziennikarzami opisującymi stan nauki stoi trudne zadanie, jak z tego wszystkiego wydobyć jakąś sensację.

- Dziennikarka usiłuje wyciągnąć informację od naukowca, który nie jest w stanie przedstawić jej nic atrakcyjnego na poziomie laika. Dla niego samego bozon Higgsa może być niezwykle interesujący, ale jak opisać tę radość dla widza? Wielu naukowców pracując nad wzorami, odczuwa te same wrażenia estetyczne, które inni mają w galerii sztuki czy teatrze. Prawda jest taka, że nie potrzebujemy do przeżycia wiedzy specjalistycznej i większości ludzi wystarcza ta wiedza, którą posiadają. "Photon" ma być próbą wyjścia na to i pokazaniem, że świat nauki może być atrakcyjny.

Powiedziałeś, że animacje mają pomagać w wyobrażeniu sobie materii i myśleniu o niej, ale jednocześnie wystrzegasz się, że "Photon" jest zrobiony w celach edukacyjnych.

- Ogólną wymowę filmu zmieniają chociażby elementy metafizyczne i opowieści o snach. Gdyby ich nie było, to "Photon" byłby suchym wykładem naukowym. Stąd fragmenty o umyśle, o uczuciach i o tym, czego nie wiemy na temat naszej świadomości. Naukowcy są ostrożni w mówieniu o tych tematach, bo nie mają danych, ale ja jako artysta mogę ich wyprzedzić. Jestem jednak uczciwy, więc zastrzegam, że to tylko moje spekulacje - tak jak ta największa, w ostatniej części filmu, kiedy opowiadam o przyszłości świata. Zresztą dopiero w tej części pozwoliłem sobie na bardziej wyrafinowane i osobiste zabiegi estetyczne.

W filmie mówisz o "molekularnych podstawach zespołu Downa", co brzmi dość ostro. Z drugiej strony zdjęcia Stanisława chorego na Parkinsona są przepełnione czułością.

- I to prawda, w moim spojrzeniu jest czułość, ale w Kopenhadze i Kanadzie publiczność śmiała się z chłodu narratora opowiadającego o widzeniu świata przez osobę z Parkinsonem. Podczas gdy dla nas w Polsce te sceny są rozczulające i ciepłe, dla ludzi na Zachodzie są one chłodną obserwacją. Ta różnica może wynikać zarówno z tłumaczenia filmu, jak i z kultury odbiorców. Jestem ciekawy reakcji na "Photon" w Moskwie, ale jeszcze bardziej chciałbym wiedzieć, co pomyśleliby o tym filmie np. ludzie z Chin, Indii czy Japonii.

- W "Photonie" tłumaczę, czym jest zespół Downa i choroba Parkinsona oraz skąd się biorą. Mój przyjaciel, który ma dziecko z zespołem Downa, dziękował mi za te sceny. Sądzę, że dzięki nim łatwiej niż stygmatyzować, będzie spojrzeć na takie osoby w sposób bardziej otwarty i wyrozumiały. Wiem, że obrazy Downa i Parkinsona mogą na niektórych zadziałać odpychająco, ale taka jest natura. Jako artysta mam prawo pokazywać takie rzeczy, także zjawiska umysłowe czy biologiczne, takimi, jakimi są, bez upiększania.

Zespół Downa porównujesz zresztą do pozwijanej kasety magnetofonowej. Prócz tego kształty na ekranie przyjmują np. formy zwierzątek.

- Takie analogie pomagają wytłumaczyć problem kopiowania DNA i błędy w nim. Tu chodzi o to samo, o co z pozwijaną taśmą kasety magnetofonowej - o błąd w zapisie informacji.

- W "Photonie" starałem się znaleźć takie porównania. Żeby oddemonizować nazwy, użyłem na przykład słowa "jeż" zamiast "micele". Wiem, że niektóre wizualizacje mogą przypominać elementy natury, ale ostrożnie podszedłem do tego antropomorfizowania. Porównanie do systemu planetarnego atomu, wokół którego krąży elektron, wielu naukowców doprowadziło do ślepego zaułka. Myśleli, że ten mikro i makro świat działają na tych samych zasadach, a to nieprawda, bo one siebie wzajemnie jedynie przenikają. Gdy oglądamy "Photon", można odnieść wrażenie, że białka chodzą po tubuli jak małe robociki, ale one wykonują losowe ruchy - najpierw w przód, potem dwa w tył. To wynika z drżenia termicznego, ale nie z wolnej woli. Trzeba uważać z uczłowieczaniem materii. Na tym właśnie polega bycie naukowcem - na utrzymaniu reżimu umysłowego, żeby nie ulegać pokusom uproszczeń.

Sama dopiero niedawno dowiedziałam się, że schizofrenia to wynik nieadekwatnej aktywności przekaźników w mózgu.

 - Gdyby w świadomości społecznej istniała wiedza, że chodzi tylko o te przekaźniki, to zupełnie zmieniłoby się nasze postrzeganie tej choroby. W filmie na przykład jest mowa o natręctwach myślowych. Kiedy zaczynasz o nich czytać, to dowiadujesz się, że z atomów w mózgu powstają białka, które w jakiś sposób osiadają i przeszkadzają przepływowi impulsów nerwowych. Dla mnie jest to całkiem przekonujące wytłumaczenie.

- Gdy wiemy, to przestajemy myśleć, że jesteśmy opętani przez jakąś nieznaną siłę. Znika cała niepokojąca metafizyka i łatwiej jest poskromić rzeczy, które w naszej głowie urastają do monstrualnych rozmiarów. Oczywiście, niektórym może przeszkadzać zredukowanie samego siebie do zlepu atomowego, bo wtedy pojawia się pytanie, czy w ogóle ma się wolną wolę. Nauka wciąż ma ogromny problem z tym, jak zdefiniować ludzką świadomość. Są pomysły stworzenia technologii, dzięki której będzie można skopiować swój umysł i go komuś wgrać. Wtedy jednak ktoś inny zapomni samego siebie, więc czy to warto? Myślę że pytania o sprawy etyczne, czyli gdzie kończy się człowiek a zaczynają się dane, to jeden z największych problemów, które stoją przed dzisiejszą nauką.

Rozmawiała Martyna Olasz (PAP)

"Photon" podczas ostatniego 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, został wyróżniony Złotym Pazurem - nagrodą dla najlepszego filmu w Konkursie Inne Spojrzenie, przeznaczonym dla obrazów nowych oraz interesujących formalnie lub tematycznie. Wcześniej doceniła go Publiczność 17. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty.

Norman Leto (ur. 1980) to artysta wizualny, filmowiec i pisarz. Działa na pograniczu sztuk wizualnych, kina, filozofii nauki i fabularnej fikcji. W jego praktyce artystycznej mieści się zarówno malarstwo, tworzenie obiektów, instalacji i galeryjnych projekcji wideo, jak i duże formy narracyjne - film i powieść. Był określany jako jeden z najbardziej obiecujących młodych artystów; kilkukrotnie znalazł się na szczytowych pozycjach "Kompasu młodej sztuki" prowadzonego przez "Rzeczpospolitą".

Dowiedz się więcej na temat: Photon 2017

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje