Mirosław Baka: Ludzie są największą wartością

​Jako chłopiec chciał być marynarzem. Rozgłos przyniosła mu rola, należąca do najbardziej przejmujących w historii kina - mordercy w "Krótkim filmie o zabijaniu" Kieślowskiego. Mirosław Baka jest nie tylko aktorem, kochającym mężem i ojcem, ale też człowiekiem wrażliwym na cierpienie innych.

Mirosław Baka

Jak się pan czuje po wakacjach?

Reklama

- Wracam w pełni sił na teatralne deski. Miałem jechać w góry, ale postanowiłem przeznaczyć ten czas na zajęcie się zdrowiem. 53-letni pan wymaga przeglądu technicznego. (śmiech)

Nic poważnego panu nie dolegało?

- Nie. Tylko naturalne "zmęczenie materiału" po pracowitym sezonie teatralnym. Prawdziwe wakacje zaczynam pod koniec listopada, jak co roku. Gdy tutaj jest zimno, pochmurno i brzydko, my wybieramy się z żoną i przyjaciółmi w dalekie, ciepłe strony. Wciąż zastanawiamy się, czy polecimy do Etiopii, czy do Ameryki Środkowej. Kocham dalekie podróże, ale i tak najchętniej wracam do Tatr.

Wakacje w gronie aktorów?

- To przyjaciele spoza branży, nazywani przez nas, aktorów, normalnymi ludźmi. Są ciekawą odskocznią. Wspierają i dają świeżość spojrzenia na to, co robię.

Trudno jest żyć w małżeństwie aktorskim?

- Wręcz przeciwnie! U nas w domu wszystko jest ładnie poukładane na właściwych półkach. W sprawach zawodowych rozumiemy się z żoną bez słów. Gdyby Joanna była lekarzem, musiałbym jej zbyt wiele tłumaczyć. Jeśli ktoś nie doświadczył emocji związanych z byciem na scenie czy przed kamerą, nie jest w stanie pewnych rzeczy zrozumieć. A jeśli chodzi o wnoszenie teatru czy filmu do domu, nauczyliśmy się przez lata żyć z tym trzecim gościem przy stole. Jeśli nie chcemy, nie dopuszczamy go do głosu. Poza tym mamy dzieci, pasje, dom, ogród i szereg innych spraw do omówienia.

Zdarza się państwu rywalizować ze sobą na polu zawodowym?

- Nie wyobrażam sobie tego. Bywało, że dostawałem ciekawsze propozycje i grałem więcej niż żona, ale nigdy nie odczułem z jej strony zazdrości. Kibicowała mi i zawsze cieszyła się z nowych wyzwań, które podejmowałem. Jedynie w momentach, gdy się przepracowywałem, mówiła: "Zwolnij, odpocznij, pobądź w domu".

Jest pan niewątpliwie jednym z najwybitniejszych polskich aktorów. Czy poza talentem to efekt starannej selekcji ról?

- W pewnym sensie tak, bo gdyby spojrzeć na całość moich kontaktów z filmem, w większości były to selekcje trafione. Ale były też nietrafione. Mam na myśli zarówno te filmy, które się nie udały, jak i te, w których nie chciałem zagrać, a okazały się bardzo dobre.

Są takie wybory, które uważa Pan za nietrafione?

- Nie było ich wiele. Mogłem zagrać w debiucie młodego reżysera Pasikowskiego - "Krollu" albo w filmie "Obywatel świata". Zdecydowałem się na ten drugi. Tymczasem "Kroll" okazał się pierwszym polskim filmem, który zyskał ogromne uznanie kinowej widowni, co nie znaczy, że teraz żałuję swojej decyzji. Każdy wybór czegoś uczy.

Zanim został pan aktorem, chciał pan być marynarzem. Skąd to zainteresowanie morzem?

- Prawie każdy chłopiec chce być marynarzem, policjantem albo lotnikiem. U mnie akurat była pewna doza nieprzypadkowości w tym dążeniu. Miałem wuja marynarza. Kiedy przypływał z dalekich stron i w jakiś jesienny wieczór zjawiał się u nas w Ostrowcu Świętokrzyskim, opalony, pachnący Afryką, myślałem sobie: "Boże, gdzieś tam jest wielki świat". W dodatku ojciec bardzo kochał literaturę marynistyczną, na której uczyłem się czytać. Od najmłodszych lat chłonąłem więc opowieści o romantyce wypraw morskich i żyłem tymi marzeniami aż do czasów liceum, kiedy uświadomiłem sobie, że dzisiejsze morze to Wydział Nawigacyjny w Wyższej Szkole Morskiej.

Coś stało na przeszkodzie?

- Egzaminy z matematyki i fizyki. Dla mnie, urodzonego i sprawdzonego humanisty, były wyzwaniem nie do przejścia. Musiałem zweryfikować marzenia i wtedy pojawiły się pierwsze nieśmiałe kontakty z teatrami amatorskimi i poezją, m.in. konkursy recytatorskie. Nie dawali mi większych szans na sukces, więc na przekór postanowiłem spróbować sił w warszawskiej Akademii Teatralnej. Nie obyło się bez przygód, po roku mnie wyrzucili, ale uparcie brnąłem dalej.

I właśnie wtedy został pan ratownikiem medycznym?

- Tak, ponieważ pogotowie dawało mi azyl przed wojskiem. To były czasy, kiedy takich młodzieńców jak ja chciano natychmiast wpakować w kamasze. Nie uśmiechało mi się spędzenie młodości w służbach wojskowych, więc uciekałem na wszelkie możliwe sposoby. Załapywałem się do różnych szkół policealnych, aż wylądowałem z kilkoma kolegami w pogotowiu ratunkowym.

To ciężka, stresująca praca. Dawała panu satysfakcję?

- Ogromną, w połączeniu ze skondensowaną lekcją życia. Bywało, że w ciągu jednego dyżuru miało się do czynienia z największym szczęściem, jakim są urodziny człowieka, ale też największym nieszczęściem, jakim jest śmierć bliskiego. Pogotowie, poza wiedzą o życiu, dało mi lekcję patrzenia na ludzi. To były autentyczne doznania. Nie do przecenienia dla młodego człowieka, który zamierza zostać aktorem.

Historia lubi się powtarzać. Dzisiaj pomaga pan chorym dzieciom poprzez Fundację "żyć z POMPĄ".

- Z jednej strony to potrzeba, z drugiej naturalny obowiązek osób, które zyskały zaufanie publiczne. Kiedyś spotkałem ludzi, którzy poprosili mnie o wsparcie w działaniach fundacji. Użyczenie własnego wizerunku niewiele nas, aktorów, kosztuje, a chorym dzieciakom bardzo pomaga. Uważam, że ludzie są największą wartością na świecie i dotyka mnie, gdy mały człowiek cierpi, choć na to nie zasłużył. Dlatego uważam, że trzeba coś z tym robić.

Kiedy zrozumiał pan, że aktorstwo jest pana powołaniem?

- Dobrze, jeśli aktor z każdą kolejną rolą czuje, że dokonał właściwego wyboru. Jeśli jednak brnie w aktorstwo bez przekonania, jeśli nie daje mu ono satysfakcji, lepiej zająć się czymś innym. Nie mam dziś wątpliwości, że granie sprawia mi tę szczególną radość i nie wyobrażam sobie innego zajęcia. Nie pamiętam jednak, od jak dawna mam tę pewność. Nie pojawiła się w jakimś przełomowym momencie. Pewnego dnia zrozumiałem, że od dawna ze mną jest.

O czym jeszcze można marzyć po zagraniu Hamleta?

- Od tego trzeba zacząć, że nigdy nie marzyłem o Hamlecie. To była duża rola, duża odpowiedzialność i wyczerpująca praca. Mieliśmy 200 prób, a Hamlet w wersji premierowej trwał ponad pięć godzin. W przypadku takich wyzwań z jednej strony pojawia się radość i ekscytacja, a z drugiej jakiś diabełek szepcze do ucha: "Tylko tego nie schrzań, kolego". Trzy lata później pracowałem już nad Ryszardem III. Przy całym bogactwie potencjalnych ról teatralnych i filmowych, nie sposób osiąść na laurach w tym zawodzie. Można grać i grać. I tego sobie życzę.

Marzy pan o jakiejś konkretnej roli filmowej?

- Raczej o współpracy z dobrym reżyserem. Z przyjemnością wracam pamięcią do współpracy z Andrzejem Wajdą, u którego zagrałem już trzy razy. Pana Wajdę darzę ogromnym szacunkiem. Dostałem od niego dwa listy i oba zamierzam oprawić w ramkę, bo są urocze, napisane piórem, cudownym kaligraficznym pismem. Marzę, by znów zrobić duże kino z Władkiem Pasikowskim: jest wspaniałym kolegą i świetnym filmowcem, co potwierdza każdym kolejnym filmem. Jest wreszcie spora grupa młodych reżyserów, których jestem ciekaw.

Synowie pójdą w pana ślady?

- Starszy Łukasz skończył studia operatorskie i pisze doktorat, młodszy Jeremi studiuje geografię.

Łączy was pasja podróżowania?

- Bardzo kochamy Tatry i do niedawna chodziliśmy razem po szlakach. Dziś chłopaki mają już własne życie, ale jesteśmy w świetnych relacjach. Starszy syn założył rodzinę, spodziewa się potomka, a młodszy właśnie się zaręczył. Mam nadzieję, że kiedyś zdarzy nam się większa rodzinna podróż.

Kiedy Mirosław Baka zostanie dziadkiem?

- W październiku.

Obawia się pan tej roli?

- W żaden sposób. Nie mogę się już doczekać.

Będzie pokazywał pan wnukowi świat?

- Nie wyobrażam sobie, żebym podróżował z Jonatanem, zanim skończy trzy lata. Bałbym się brać odpowiedzialność za tak małe stworzenie. Ale jak tylko będzie nieco starszym człowieczkiem, dziadek weźmie go za rękę, tak jak kiedyś syna, zaprowadzi w góry i pokaże mu najwyższe szczyty.

Rozmawiała Dorota Czerwińska

Mirosław Baka urodził się 15 grudnia 1963 roku w Ostrowcu Świętokrzyskim. Ukończył PWST we Wrocławiu. W TV debiutował w filmie "Daleki dystans" (1985). Grał w filmach "Krótki film o zabijaniu", "Pierścionek z orłem w koronie", "G noje", "Jack Strong" i serialach "Ballada o Januszku", "Fala zbrodni", "1920. Wojna i miłość", "Na krawędzi" czy "Na Wspólnej". Związany z Teatrem Wybrzeże ("Kto się boi Virginii Woolf"). Ma żonę aktorkę Joannę Kreft-Bakę i dwóch synów, a wkrótce zostanie dziadkiem.

Dowiedz się więcej na temat: Mirosław Baka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje