Mieczysław Hryniewicz: Spróbowałem. Nic więcej

Mówi o sobie, że jest dzieckiem szczęścia, ponieważ tuż po studiach pracował z Adamem Hanuszkiewiczem, a później m.in. z Konradem Swinarskim. Od 14 lat gra sympatycznego Włodka Ziębę w serialu "Na Wspólnej". W wolnych chwilach czyta wiersze.

Mieczysław Hryniewicz jest na scenie od 1972 roku

Aktor będzie bohaterem najbliższego odcinku cyklu "Kulisy sławy" - w ramach niedzielnego wydania programu "Uwaga" [emisja: 25 czerwca w TVN].

Przed nami 2500. odcinek "Na Wspólnej". Ciekawa jestem, czy śledzi pan losy bohaterów serialu, i to nie tylko Włodka Zięby?

Reklama

- Systematycznie czytam scenariusze wszystkich odcinków. Zdarza się, że nawet scenarzyści, którzy się zmieniają, pytają mnie o różne wątki, które były 1000 odcinków wcześniej. Na przykład, czy jacyś bohaterowie są na "Ty", czy nie.

Jak trafił pan do "Na Wspólnej"? Przechodził pan casting?

- Oj, tak. Do samego końca była to prawdziwa jatka, bo nie byłem jedynym kandydatem do tej roli. W sobotę 6 października moja córka brała ślub w Gorzowie, a ja w piątek rano jechałem do Warszawy na ostatni casting. Wróciłem do domu późnym wieczorem, bo rano wydawałem córkę za mąż. Ale warto było.

Nie musiał się pan na planie zaprzyjaźniać z Bożeną Dykiel, która gra serialową Ziębową, bo już się znaliście. Przed laty razem graliście w "Balladynie" u Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym w Warszawie.

- Poznaliśmy się już w warszawskiej Szkole Teatralnej. Zdradzę przy okazji, że znam jej męża dłużej niż ona. Teraz szantażuję Bożenkę, że jeżeli będzie dla mnie niedobra, to poskarżę się jej mężowi. (śmiech)

Wspomniał pan czasy studiów. Przyznam, że zastanawiałam się, jak to się stało, że chłopak, który chodził do technikum budowlanego, zdecydował się zdawać na studia aktorskie.

- Miałem niezwykłego polonistę w szkole średniej - Milana Kwiatkowskiego. Fascynował go teatr. Przez wiele lat był potem wybitym kierownikiem literackim Teatru Nowego w Poznaniu za czasów m.in. dyrektor Izabelli Cywińskiej. Najpierw był moim nauczycielem, potem mistrzem, a na koniec przyjacielem.

I to on zobaczył w panu talent aktorski?

- Nie, to ja chciałem! On był otwarty na to, żeby mi coś podszepnąć, podpowiedzieć.

Skąd więc ten pomysł? Jakiś amerykański aktor zrobił na panu takie wrażenie, że chciał pan iść w jego ślady?

- Moimi idolami byli wówczas głównie sportowcy - gwiazdy Olimpiady ’60 w Rzymie, to ich zdjęcia wycinałem z gazet: Edmunda Piątkowskiego, Janusza Sidło, Józefa Szmidta. Ale był też Sir Laurence Olivier, Jean Gabin, Jean-Paul Belmondo, Alain Delon... Jak Belmondo żonglował w ręku papierosem, to było coś! Ale pamiętam też taką sytuację: miałem 14 lat i byłem z rodzicami na uroczystości rodzinnej. Wśród gości był wujek - dyrektor jakiegoś przedsiębiorstwa, który grał na akordeonie. I tak koło północy, ze łzami w oczach powiedział: "Zawsze chciałem być artystą, ale nigdy nawet nie spróbowałem". A ja spróbowałem. Nic więcej.

Co powiedzieli rodzice, gdy oznajmił pan, że będzie aktorem?

- Mama zawsze mi powtarzała, żebym tylko był szczęśliwy. Z kolei ojciec, który rządził w domu, zapytał jedynie, czy mam na to pieniądze. Czuł się w obowiązku dać mi fach - stąd to technikum. Reszta zależała już ode mnie. Dzisiaj to wszystko wydaje się śmieszne, ale ojciec uważał, że nie zdam matury, a co dopiero mówić o studiach, do tego aktorskich. (śmiech)

Pamięta pan same egzaminy?

- Pierwszy raz w życiu przyjechałem wtedy do Warszawy. W komisji był m.in. Ludwik Sempoliński, Kazimierz Rudzki, Jan Świderski. Jako jeden z nielicznych nie bałem się komisji, bo zaledwie pół roku wcześniej w moim domu pojawił się telewizor, więc nie znałem tak bardzo twarzy tych wybitnych aktorów. Pamiętam, że wykonywałem piosenkę i dlatego miałem ze sobą gitarę. Podczas drugiego etapu zdecydowałem się jednak zaśpiewać z pomocą akompaniatorki, która grała na pianinie. Wychodząc, zabrałem gitarę i wtedy Kazimierz Rudzki zapytał, po co mi ten instrument. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że chciałem zaśpiewać wiersz nawiązujący do sceny balkonowej z "Romeo i Julii". Na co profesor odpowiedział: "Dobrze, że pan balkonu nie wziął ze sobą".

Po studiach trafił pan do Teatru Narodowego pod skrzydła Adama Hanuszkiewicza. Jak wspomina pan tę współpracę?

- Ależ ja z nim nie współpracowałem, ja mu służyłem i wykonywałem, dopóki mi się chciało, polecone mi zadania. To była fascynująca postać. Zależało mi tylko na jednym - żeby realizować jego pomysły.

A Konrad Swinarski? Zagrał pan w ostatnim przedstawieniu, które wyreżyserował.

- To było wyjątkowe szczęście, że mogłem go poznać. Bardzo chciałem podglądać go podczas premiery "Pluskwy", ale, niestety, wcześniej zginął w katastrofie lotniczej. Czasami cytuję jego ripostę na pytania, których nie lubił: "Skąd pan jest?" albo "Gdzie się pan najlepiej czuje?". Odpowiadał wtedy: "W samolocie", czyli nigdzie.

Powspominajmy jeszcze chwilę. Jak pan trafił do "Zmienników"?

- Przyszedłem na zdjęcia próbne ostatniego dnia. Miałem sporo czasu, żeby się do nich przygotować - około trzy tygodnie. Zrobiłem wszystko, żeby dostać tę rolę. Nawet schudłem. I to był chyba jedyny przypadek, kiedy wyszedłem z castingu lekko zadowolony. Byłem wtedy pewien, że w głównej roli żeńskiej występuje Jadwiga Jankowska-Cieślak. Dopiero potem dowiedziałem się, że zrezygnowała z udziału w serialu, bo miała jakiś inny projekt. Pamiętam, że podczas castingu zobaczyłem, jak Artur Barciś całuje w rękę jakiegoś faceta z wąsami. Pomyślałem: "Zwariował?". Okazało się, że to Ewa Błaszczyk, która zagrała Kasię - wcale jej nie rozpoznałem! Bardzo się to Barei podobało.

Jak przebiegała sama praca?

- Sprawnie. Lubiłem przyglądać się na planie znakomitym aktorom, którzy tam grali. Podziwiałem Jana Kobuszewskiego, Wojciecha Pokorę, Krzysztofa Kowalewskiego. Bareja też był nimi zafascynowany. Kiedy zaczynali improwizować, nigdy im nie przerywał, mimo że to był jeden z ostatnich seriali kręconych na taśmie, a jej zawsze było za mało. Zarejestrowano tak dużo materiału, że z przewidywanych na początku 8 odcinków serialu, powstało 15.

Na koniec chciałam zapytać o poezję. Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale jest to pana wielka pasja...

- To prawda, bardzo ją lubię. Mam nawet taką "gawędę", z którą jeżdżę na spotkania z młodzieżą. Nosi tytuł "Poezja może uratować świat". Może jest to naiwne, ale trzymam się tej idei.

Naprawdę uważa pan, że poezja może uratować świat?

- Odpowiem na to pytanie pewną historyjką, którą kiedyś usłyszałem. Siedzi niewidomy żebrak z kartą, na której widnieje napis: "Proszę o wsparcie". Podchodzi do niego mężczyzna, chwilę rozmawiają... Po tygodniu znów się spotykają. Żebrak mówi: "Od momentu, kiedy tu byłeś, wszystko się zmieniło. Ludzie wrzucają mi do kapelusza bardzo dużo pieniędzy. Czy wiesz, co się stało?". Na co ten człowiek odpowiada: "Zamazałem to, co miałeś napisane na kartce i zmieniłem na: Nigdy nie zobaczę wiosny".

Przekonał mnie pan. W takim razie - niech żyją poeci!

Rozmawiała Marzena Juraczko

Mieczysław Hryniewicz urodził się 31 sierpnia 1949 r. w Wąsoszu. Ukończył Technikum Budowlane w Poznaniu, a następnie Wydział Aktorski PWST w Warszawie. Tuż po studiach trafił do Teatru Narodowego w Warszawie, gdzie wystąpił m.in. w sztukach "Antygona" i "Balladyna". Na ekranie debiutował w 1973 w serialu "Droga", a rok później zagrał główną rolę w filmie Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego "Zapis zbrodni". Dużą popularność zyskał dzięki roli Jacka w serialu "Zmiennicy" oraz Włodka Zięby w "Na Wspólnej".

Dowiedz się więcej na temat: MIeczysław Hryniewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje