Michalina Olszańska: Sztuka musi szokować

Choć ma dopiero 25 lat, filmy z jej udziałem podbijały już kinowe ekrany m.in. w Stanach Zjednoczonych, Rosji i Japonii. U naszych południowych sąsiadów zdobyła nawet najbardziej prestiżową nagrodą aktorską - Czeskiego Lwa. - Wydaje mi się, że na pewnym etapie sztuka musi szokować - mówi Michalina Olszańska.

Michalina Olszańska nie boi się wyzwań

Michalina Olszańska nie wybiera projektów łatwych. Wcielała się dotąd z powodzeniem zarówno w morderczą syrenę ("Córki dancingu"), jak i w nastoletnią psychopatkę ("Ja, Olga Hepnarova"). A w "Synu Królowej Śniegu" Roberta Wichrowskiego wykreowała postać... wyrodnej matki.

Reklama

- To było wyzwanie - przekonuje Michalina Olszańska w rozmowie z Interią.

Kreacja Anny w "Synu Królowej Śniegu" to twój debiut w roli matki. Na dodatek nie jest to matka, którą moglibyśmy określić mianem "zwyczajnej".

Michalina Olszańska: - Wyzwaniem było nie tyle samo granie matki, co granie TAKIEJ matki... Anna to postać patologiczna, kobieta, która nie kocha swojego dziecka. I o ile przy moich wcześniejszych rolach, nawet tych mrocznych i trudnych, potrafiłam zrozumieć osoby, które kreowałam, o tyle tutaj zrozumienie jej było bardzo ciężką pracą. Oczywiście, nie chodzi o usprawiedliwianie Anny, bo jest to niemożliwe i byłoby karygodne, ale wytłumaczenie sobie jej zachowań, bo aktor musi rozumieć swoją postać - inaczej nie byłoby ani roli, ani filmu.

Jak budowałaś swój "obraz" Anny?

 - Przede wszystkim starałam się ją rozebrać psychologicznie. To jest coś, co zawsze musimy robić, by nasze postaci były jakkolwiek podobne do prawdziwych ludzi. To jasne, że żaden, nawet najlepszy aktor nie zbuduje nigdy tak skomplikowanej roli, jak skomplikowany jest najprostszy żywy człowiek, ale to pozwala nam próbować. Dlatego pewne rzeczy w historii Anny sobie pozaznaczałam i starałam się zobaczyć, jak te wydarzenia doprowadziły do granicznej sytuacji, w której dopuściła się szokującego czynu z finału filmu.

Czy pomocą był tu reżyser, Robert Wichrowski?

- Tak, z Robertem dużo rozmawialiśmy przed rozpoczęciem zdjęć. To mój ulubiony sposób pracy z reżyserami, by spotykać się, spacerować i dużo rozmawiać - nie tylko o samej roli, ale i na tematy ogólne. Dzięki temu tworzy się pewien rodzaj relacji i w trakcie zdjęć nie tracimy czasu. Reżyser zrobi jakąś minę, a ja od razu wiem, o co mu chodzi... Tak pracowałam przy wielu wcześniejszych projektach i tak miałam również z Robertem. Oboje wiedzieliśmy, gdzie nasza postać zmierza, więc później była to już tylko kwestia niuansów.

Temat dzieciobójstwa, z którym mierzy się "Syn Królowej Śniegu" to temat ważny, trudny i podejmowany w kinie rzadko. Czy to przyciągnęło cię do projektu?

- Bardziej niż temat, zadziałała na mnie forma. Tym, co najmocniej przyciągnęło mnie do tego filmu, był pomysł na pomieszanie świata realnego, w którym obserwujemy naszych bohaterów, ze światem baśni Hansa Christiana Andersena. Kocham filmy, które dbają o formę. Myślę też, że jest ich coraz więcej, między innymi dlatego, że dzięki temu nawet najtrudniejsze tematy są bardziej "zjadliwe" dla widza. Gdyby była to w pełni realistyczna historia, to pewnie nie chciałabym ani brać w tym udziału, ani tego oglądać. Momenty baśniowe sprawiają natomiast, że cała opowieść staje się odrobinę bardziej przystępna i łatwiej ją udźwignąć.

To już kolejny twój projekt, po krótkometrażowej "Operacji Bazyliszek" i znakomitych "Córkach dancingu" Agnieszki Smoczyńskiej, który wykorzystuje motywy fantastyczne. To coś, co pociąga cię w kinie?

- Tak, absolutnie! Cieszę się, że takich rzeczy robi się u nas coraz więcej. Nie jest to oczywiście łatwe, bo wymaga zarówno pieniędzy, jak i przemyślanej koncepcji. Ale baśnie były zawsze obecne w moim domu, na nich się wychowałam i to jest coś, co chciałabym robić jako aktorka.

- To też swoją drogą wielka siła klasycznych opowieści. Intryguje mnie, że gdy słyszymy hasło "matka Madzi", to nas wzdryga. Ale gdy słyszymy hasło "Medea" - to już nas fascynuje. A przecież jest to tak naprawdę ta sama postać...

W twojej filmografii Anna nie jest pierwszą "mroczną" rolą. Dlaczego zamiast komedii romantycznych, wybierasz klimaty "Ja, Olga Hepnarova" i postaci, które dla widza bywają wręcz przerażające?

- Właśnie dlatego, że takie role są ciekawsze. Napisanie "dobrej" postaci w interesujący sposób to szczyt zdolności i wielka sztuka, dlatego zazwyczaj ci "dobrzy" bohaterowie są nudni, płascy i generalnie wszyscy wolą czarne charaktery, które też, umówmy się, w musicalach mają najlepsze piosenki (śmiech). Ale jeśli tylko natknę się na rolę protagonistki, która będzie ciekawa i skomplikowana, to bardzo chętnie ją zagram.

- To jednak jest główny problem np. gdy robimy filmy o naszych narodowych bohaterach. Zazwyczaj wychodzą z tego laurki, a to na pewno nie były laurkowe postaci, lecz żywi ludzie ze swoimi wadami i słabościami. Złe postaci są natomiast skomplikowane i interesujące z samego założenia, bo my, jako widzowie i jako aktorzy, musimy dotrzeć do tego, dlaczego są takie, jakie są. Przede wszystkim zaś w czarnych charakterach trzeba znaleźć światło, by na ekranie nie wyszedł "Wujek Samo Zło". Nie chodzi nam przecież o postaci jak z bajek Disneya...

Za takimi rolami idą też jednak kontrowersje... Do dziś widzowie pamiętają twoją odważną kreację w "Córkach dancingu", a kilka miesięcy temu w Rosji padły pod twoim adresem groźby śmierci za udział w dramacie historycznym "Matylda".

- Wydaje mi się, że na pewnym etapie sztuka musi szokować. O to w niej chodzi. Została po to wymyślona, by poruszać w nas takie rejony, których nie poruszamy na co dzień. Oczywiście, jest oprócz tego sztuka rozrywkowa, którą też cenię, bo sama lubię czasami w piątek wieczorem obejrzeć czy poczytać coś lekkiego. Ale akurat te filmy, w których ja gram, starają się nieść jakieś przesłanie. Różnie to wychodzi - czasem lepiej, czasem gorzej, ale zasada jest generalnie taka, by przynajmniej spróbować poruszyć pewien temat. I jeżeli jest to temat budzący kontrowersje, a poruszony jest wnikliwie, to zawsze wywoła mniejszą czy większą burzę.

W przypadku "Matyldy" wymknęło się to jednak spod kontroli. W filmie Aleksieja Uczitiela wcieliłaś się w kochankę cara Mikołaja II, który w kościele prawosławnym jest czczony jako święty. Aktywiści chcieli ponoć podpalić kino w trakcie premiery...

- Co jest tym zabawniejsze, że "Matylda" jest filmem zupełnie niekontrowersyjnym. To jest swego rodzaju disneyowska baśń, bardzo lekka i przyjemna, a cała burza wokół tego filmu była zupełnie nieadekwatna do tego, co w nim jest. Ludzie zaczęli protestować jeszcze zanim "Matylda" weszła do kin, więc nie wiedzieli nawet, czemu protestują i jak to wygląda w rzeczywistości. Ale lepszej promocji film nie mógł mieć.

Zdarzają się też "jaśniejsze" punkty - jak nagrody. Ty za swoją kreację w "Ja, Olga Hepnarova" zostałaś wyróżniona najważniejszą nagrodą w Czechach - Czeskim Lwem. Jakie jest twoje podejście do takich wyróżnień?

- Ponieważ zanim zostałam aktorką, byłam muzykiem - grałam na skrzypcach i jeździłam na różne konkursy, mam do tego dosyć duży dystans. Natomiast jest ten plus, że w branży filmowej, która jest dość drapieżna i gdzie często na twój temat wypowiadają się mniej lub bardziej przychylnie różni ludzie, taką nagrodą zawsze można się w pewien sposób zasłonić. Mówiąc inaczej: ktoś kto cię nie lubi, nie napisze o tobie źle tylko dlatego, że cię nie lubi, musisz naprawdę zrobić coś źle, żeby mógł tak napisać. Dla mnie jest to tak naprawdę jedynie taka "półeczka" pod tytułem "haters back off" (śmiech).

A czy myślałaś kiedyś o drugiej stronie kamery? Poza karierą muzyczną, masz też na koncie debiut literacki, może więc planujesz karierę scenarzystki? Albo reżyserki?

- Pisanie scenariuszy to zupełnie co innego, niż pisanie prozy, ale może kiedyś spróbuję, bo jestem zdania, że powinno się próbować w życiu jak największej ilości rzeczy. Najwyżej okaże się, że jestem w tym beznadziejna... Na razie nie mam jednak dobrego pomysłu i jakoś mnie do tego nie ciągnie. A co do reżyserii... Jestem introwertykiem, a reżyser musi być kapitanem na statku i musi umieć rozmawiać z ludźmi. Ja byłabym koszmarnym reżyserem, bo potrafiłabym się dogadywać z aktorem tylko w cztery oczy, a później bym się nie odzywała (śmiech).

Należysz jednak do najodważniejszych (i najbardziej zapracowanych) polskich aktorek młodego pokolenia. Ostatnio można było cię zobaczyć na kilku planach zdjęciowych za granicą, m.in. w produkowanym dla TVP, ARTE i Netfliksa międzynarodowym serialu "18 - Clash of Futures". Wcieliłaś się tam w wielką ikonę - Polę Negri.

- To było spełnienie moich marzeń, bo fascynowałam się Polą Negri od dawna i odkąd zostałam aktorką, marzyłam po cichu, żeby ją zagrać. Dostałam taką szansę w tym serialu, choć to była dosyć trudna praca, bo nagrywaliśmy przez długi okres, a zdjęcia były bardzo porozrzucane. Na dodatek kręciłam w tym samym czasie także inny film - w Portugalii. Kolejnym wyzwaniem były języki - na planie musiałam mówić po polsku, niemiecku, francusku i angielsku. Problem w tym, że ja nie mówię ani po niemiecku, ani po francusku. Dlatego gdy na dzień przed zdjęciami dostawałam swój tekst, miałam noc z głowy (śmiech). Ale było to bardzo ciekawe doświadczenie i nie mogę się doczekać, aż zobaczę efekty.

To nie jedyny twój projekt na horyzoncie. Właśnie zaczynasz prace na planie pierwszego polskiego serialu Netflixa. Reżyseruje sama Agnieszka Holland, a za produkcję odpowiada Frank Marshall - jeden z czołowych hollywoodzkich producentów.

- Tak, to produkcja amerykańsko-polska, ale całość zdjęć powstaje u nas. Jestem bardzo ciekawa, jak to wyjdzie. Ogólnie niezwykle się cieszę, że mam możliwość pracować z różnymi ludźmi nad tak różnymi projektami - bo zawsze system pracy jest trochę inny i dzięki temu jest to ciekawe doświadczenie. Ale nie jest też tak, że bez przerwy pracuję. Nic na siłę. Lubię czasem po prostu posiedzieć w domu!

Rozmawiał Adrian Luzar

Dowiedz się więcej na temat: Michalina Olszańska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje