Michał Piróg: Mam zakaz przekraczania granicy Rosji

Widzowie albo go kochają, albo nie znoszą – ma wyrazistą osobowość i nie boi się wygłaszać ostrych opinii. A niedawno Michał Piróg stał się… zagrożeniem dla Rosji!

"Trzeba mieć wiarę w to, że obrało się odpowiedni kierunek" - mówi Michał Piróg

Ma tylu fanów, co przeciwników: otwarcie przyznaje, że jest Żydem, gejem i weganinem, odważnie komentuje rzeczywistość.

Reklama

Czasem spotyka się z hejtem w sieci, ale zwykle nic sobie nie robi z takich komentarzy. Bierze poprawkę na "brawurę anonimowych komentatorów" i uważa, że nie wszyscy muszą go lubić.

Na planie show "Azja Express" był pan tak skonfliktowany z Antonim Pawlickim, jak donosiły media?

- Nie było żadnego konfliktu. Nie zgadzamy się w wielu kwestiach, mamy różne opinie, jednak to nie znaczy, że się obrażam jak dziecko. Ale czy się lubimy? Nie, nie lubimy się.

Widzów oburzyły homofobiczne dowcipy pary zwycięzców.

- Mnie takie żarty nie dotykają, umiem sobie z nimi radzić. Ale nie jest w porządku, jeśli żartuje się z osób, o których orientacji nic się nie wie, albo "bohater" dowcipu nie życzy sobie dzielić się z innymi informacjami o swojej seksualności. Jeszcze gorzej, gdy na rasistowskie, seksistowskie lub homofobiczne uwagi pozwalają sobie ludzie na świeczniku. Dają fatalny przykład - tak rodzi się przyzwolenie na dyskryminację. Nie wolno na to pozwalać, ja w każdym razie nie zamierzam. Ale nie to było najważniejsze w programie...

A co?

- Zastanawiałem się, jak ludzie podejdą do rywalizacji: czy jedziemy do Azji ścigać się dla zabawy, czy będziemy walczyć na śmierć i życie. Na szczęście większość uznała, że ścigamy się, bo to jest fajne. Poza chłopakami, którzy przyjechali wygrać (śmiech).

Zabolała pana przegrana?

- Nie. To była najfajniejsza przygoda. Nienawidzę, gdy ktoś mi każe coś robić, więc udział w "Azji..." był dla mnie wyzwaniem. Ale cieszę się, że się nagiąłem i zgodziłem na narzucone reguły gry. Dzięki temu przeżyłem coś, czego nigdy się nie spodziewałem.

Podobno... kradł pan na planie?

- To za duże słowo, raczej podkradałem. Kilka osób, a szczególnie jedna koleżanka, marzyło o słodkim napoju gazowanym, ale nie mogło się przełamać, żeby zwinąć go z samochodu produkcji. A ja akurat przechodziłem obok i stwierdziłem, że spróbuję dla niej podprowadzić butelkę. Dziwne uczucie: w dorosłym życiu zawsze na takie drobiazgi możemy sobie pozwolić, ale w tym przypadku nie było innego wyjścia jak oszustwo. Udało mi się i zdobyłem sprawność: podkradanie napojów gazowanych. Wąska specjalizacja, ale może kiedyś jeszcze się rozwinę (śmiech).

Miał pan m.in. za zadanie zjeść mnóstwo marchewki. Przejadła się wtedy panu?

- Nie, bo kocham marchewkę. Ale wciąż się zastanawiam, jak smakowała zupa, którą mogliśmy wybrać zamiast marchwi. Czy naprawdę - jak zapowiadano - była tak piekielnie ostra? Lubię pikantne jedzenie, ale chyba przestraszyliśmy się, że jednak nie da się jej zjeść. A zadanie było fajne, bo byliśmy potwornie głodni, więc napchanie sobie żołądków nie stanowiło większej trudności. Zjadłbym wtedy wszystko!

Mówi pan o sobie, że "bezczelnie" dąży do celu. Trzeba być bezczelnym, żeby spełniać marzenia? 

- Raczej zdeterminowanym. Trzeba mieć wiarę w to, że obrało się odpowiedni kierunek. Nie zawsze udaje nam się osiągnąć cel, dlatego droga do niego musi być przyjemnością, żeby mieć poczucie spełnienia.

To dokąd pana teraz ta droga prowadzi?

- Nie dążę do jednego punktu, jestem sezonowy (śmiech). Jest takie powiedzenie, że jeśli ktoś widzi tylko cel w przyszłości, nie jest zdolny do wielkich czynów w teraźniejszości. Wróciłem do pracy w teatrze, coraz więcej gram. Bardzo się z tego cieszę, bo kiedy z powodu kontuzji musiałem odejść z teatru tańca, myślałem, że już na dobre pożegnałem się ze sceną i kontaktem na żywo z widzem. Chodzi mi po głowie kolejny projekt, ale nie wiem, kiedy go zrealizuję. Co ma się zdarzyć, na pewno się zdarzy.

Co z pana pracą w filmie i serialu?

- Zrobiliśmy internetowy serial - "Wmiksowani.pl" m.in. z Anią Dereszowską i Basią Kurdej-Szatan - niestety spadł po jednym sezonie. Nie nagrałem się w nim, ale nie rozpaczam (śmiech). Zrobiłem choreografię do pakistańskiego filmu "Teefa in Trouble". Pracuję nad scenariuszem filmowym, kolejną książką, dwoma programami telewizyjnymi. Nie chcę jednak dużo opowiadać z wyprzedzeniem o moich planach. Kieruję się zasadą: wydawaj pieniądze nie wtedy, kiedy teoretycznie je zarobiłeś, ale dopiero, gdy przyjdą na konto (śmiech). Nie lubię dzielić skóry na niedźwiedziu.

À propos zwierząt. W serwisie społecznościowym zamieścił pan ostatnio swoje zdjęcie z napisem: "Jestem z łosiem".

- Od wielu lat z kilkoma organizacjami działam na rzecz zwierząt i środowiska naturalnego. Nawet jeśli ktoś nie zajmuje się tym na co dzień, w pewnych sytuacjach powinien się zaangażować. To jest jeden z takich przypadków. Jeśli jakiś gatunek - tutaj łoś - jest dziesiątkowany na mocy niejasnych, nieuzasadnionych regulacji, koniecznie trzeba działać. Przeraża mnie działalność Ministerstwa Środowiska. Padają setki tysięcy drzew i mnóstwo zwierzyny - w dużej mierze dla zysku i sportu. Powinniśmy myśleć, co zostawimy następnym pokoleniom. Tymczasem nasza zachłanność powoduje, że wkrótce z wielu dóbr naturalnych nie będziemy mogli już korzystać. Staram się o tym mówić wszędzie, także w mediach społecznościowych.

O czym jeszcze w nich pan mówi?

- Wszystko zależy od dnia. Nie wstaję rano z konkretnym planem. Jeśli dzieje się coś, co mnie interesuje albo porusza, piszę o tym. Próbuję korzystać z nowinek technicznych, chociaż nie zawsze jestem do nich przekonany. Najbardziej aktywny jestem na Instagramie, rzadziej korzystam z Facebooka, a Twitter w ogóle mnie nie wkręcił. Daleko mi do maniaka mediów społecznościowych, ale nie jestem też wykluczony cyfrowo (śmiech). Czasem nie mam pojęcia, co wrzucić, a przecież w medium internetowym liczy się regularność.

A czasem wrzuca pan elektryzujący post, jak ten, że jest pan wrogiem publicznym w Rosji.

- Napisałem o tym, bo pamiętałem historię mojej przyjaciółki, która kiedyś została aresztowana w Chinach razem z 30 innymi modelkami. Zamieściła zdjęcie na wszystkich portalach społecznościowych z informacją, że trafiły do aresztu. Tylko dzięki tym wiadomościom agencje reprezentujące te dziewczyny dowiedziały się, co się z nimi dzieje i uruchomiły wszelkie tryby dyplomatyczne, żeby je uwolnić. Gdyby nie to, nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło. A ponieważ Rosja także nie należy do krajów, w których liczą się prawa człowieka, kiedy zaczęły się tam dla mnie kłopoty, postanowiłem na wszelki wypadek od razu poinformować o tym w sieci.

A co się stało?

- Zatrzymano mnie na lotnisku w Moskwie. Byłem zamknięty w celi, a ponieważ po zatrzymaniu prowadzono mnie kawał drogi, nie wiedziałem, czy jestem jeszcze w strefie międzynarodowej lotniska, czy już po rosyjskiej. Nie miałem pojęcia, jak długo będę tam siedział i co jeszcze mnie czeka. Zdjęcie z podpisem wrzuciłem więc do sieci, żeby był jakiś ślad, co się ze mną dzieje, zanim odbiorą mi telefon.

Dlaczego służby rosyjskie pana zatrzymały?

- Nie wiem i podejrzewam, że nigdy się nie dowiem. Nawet nasz moskiewski konsulat próbował zasięgnąć na ten temat informacji, ale starania spełzły na niczym, bo tamtejsze służby bezpieczeństwa zastrzegają sobie prawo do odmowy wjazdu każdemu bez podania przyczyny. W każdym razie mam zakaz przekraczania granicy Rosji i musiałem podpisać oświadczenie, że jestem wrogiem Federacji Rosyjskiej.

Zadebiutował pan jako gospodarz polskiej wersji kultowego programu "Saturday Night Live", którą można oglądać w serwisie Showmax i na YouTube.

- To niezwykłe doświadczenie: przez godzinę show leci na żywo, a wcześniej teksty ciągle się zmieniają. Najpierw dostaliśmy scenariusz, nauczyliśmy się kwestii, potem zastąpiono je innymi, dzień przed emisją była kolejna korekta. Zaniepokoiłem się wtedy, kiedy na godzinę przed wejściem na antenę pojawiły się kolejne zmiany. Na próbie generalnej przed publicznością graliśmy wariant rozszerzony, w wersji ostatecznej wyleciały skecze, na które widzowie najsłabiej zareagowali. Tylko że podczas emisji największy aplauz wywołały wcale nie te, które najbardziej podobały się publiczności "próbnej"... A już w trakcie live’a okazało się, że zostałem właśnie przedstawiony, a wcześniej przygotowałem sobie monolog, do którego wprowadzeniem była właśnie żartobliwa autoprezentacja.

Wtedy chyba dopadł pana stres?

- Nie, raczej byłem podekscytowany jak dziecko. Ale przez chwilę czułem się, jakbym się znalazł na środku oceanu i przypomniał sobie, że nie umiem pływać. Gdyby pojawiła się brzytwa, na pewno bym się jej chwycił (śmiech).

Rozmawiała Anna Bugajska

Dowiedz się więcej na temat: Michał Piróg

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje