Mateusz Król: Klawe życia króla Kazimierza

Mateusz Król w serialu "Korona królów" /Marcin Makowski/TVP /East News

Mateusz Król został najbardziej wyczekiwanym władcą w polskiej telewizji.

Reklama

Historia Piastów nie jest panu obca?

Mateusz Król: - No już nie jest, bo ponad 80 dni pracy za mną. Nigdy nie byłem jakimś fanem historii. Głównie z tego powodu, że trochę grzeszyłem lenistwem. Przez ostatnie lata byłem duszą bardziej artystyczną - mocniej niż fakty historyczne kręciło mnie przedstawienie konkretnej postaci. Jeżeli więc zapytałaby mnie pani o drzewa genealogiczne i tego typu rzeczy, to mógłbym się wyłożyć. Zresztą zawsze jakoś bliższe było mi kino współczesne. Ale uznałem, że Król musi zagrać króla - widocznie to jest jakiś znak.

Czyli zagrać króla to dla pana taka sama bułka z masłem jak zagrać Jana Kowalskiego?

- Nie, oczywiście, że nie. Bo w obecnych czasach Kowalski nie podejmuje takich decyzji, jakie musiał podejmować król. To dla dzisiejszych facetów czarna magia. Więc to, co teraz wydaje mi się, nazwijmy to, rajcujące, to ta ich wieczna konieczność dokonywania niesamowitych wyborów. To, że musieli komuś obciąć głowę, nieważne jednym ruchem czy jedną decyzją. Musieli być prawdziwymi facetami. To jest fajne.

A dziś nie muszą być prawdziwymi facetami?

- Muszą, tylko okoliczności są inne. Mam wrażenie, że nie stają przed tak ważnymi decyzjami, prawda? A też ci, którzy dziś doszli do władzy i biją się na stołki, bardziej są krzykaczami niż ludźmi czynu. Myślę, że teraz jest mało honorowych facetów na stołkach, a kiedyś było ich troszkę więcej. Bo ludzie bardziej cenili wartości, a w XXI wieku tylko się na nie powołują.

Na czym polegała wielkość Kazimierza?

- Głównie na tym, co wiemy dzięki historii - zostawił Polskę murowaną i tak dalej. To był świetny biznesmen. I fajny gość, za którym szalały kobiety, miał posłuch u poddanych. To ważna cecha. Nie był głupi, miał intuicję, pilnie słuchał innych. I nie na darmo nazywano go królem chłopów! Był świadom, jak ważny to jest elektorat. Był jednocześnie buńczuczny i odpowiedzialny... Owszem, zdradzał, ale i świetnie rządził, więc to, co stworzył, przemawia za nim.

Ale jednego malusieńkiego szczęścia mu zabrakło...

- Syna. Chociaż istnieją teorie spiskowe, że ponoć jednak go miał, choć z nieprawego łoża.

Umiejętności, z którymi każdy król się rodzi - strzelectwo, jazda konna... Jak było z tym u pana?

Reklama

- Słabo, a nawet wcale. Tylko raz byłem na obozie konnym. Oczywiście szermierkę miałem w szkole, ale przecież to było jedynie liźnięcie. Tutaj musiałem to wszystko dopracować. Choć przyznam, że nie miałbym nic przeciwko większej ilości ćwiczeń.

Czyli dałby pan sobie radę w potyczce ze średniowiecznym rycerzem?

- Myślę, że nie. Chyba że przyjąłbym to za swój życiowy cel i tylko temu bym się poświęcił, a do tego miałbym jeszcze odwagę, to może bym i nie przegrał z wielkim blamażem, ale większych szans bym nie miał.

Miał pan sceny w zbroi?

- Kilka razy, a zbroja jest przecież bardzo ciężka. Ogólnie kostiumy mają wiele warstw i są dosyć uciążliwe, zwłaszcza dawało się to we znaki latem. Na zewnątrz mogliśmy wychodzić tylko po to, by się powachlować, ściągnąć rajtuzy. Mógłby z tego być świetny "making of".

Dużo razy zdarzyło się panu mieć na głowie koronę?

- Raz, przy scenie koronacji. Król na ogół jej nie nosił.

I jakie wrażenie?

- Korona też jest niezwykle ciężka! Była bardzo droga, ale długo nie wchodziła mi na głowę. W końcu jeden pan wziął ją w ręce i zrobił z niej jajo, czyli elipsę, taki widocznie kształt ma głowa. Wtedy weszła. Podczas koronacji nieźle mi ciążyła, w dodatku musiałem klęczeć, jeszcze trzymałem berło - nie było łatwo.

A co było najtrudniejsze w pracy nad tym serialem?

- Szybki system pracy. Bo ja jestem perfekcjonistą. Więc najciężej było odpuścić, że nie każda scena wyjdzie idealnie. Życzyłbym sobie, żeby to było robione tak, bym nie miał sobie nic do zarzucenia. Ale weszliśmy w pewne zasady gry, które musimy zaakceptować.

Odkąd było wiadomo, że zagra pan króla, krążyły opinie, że szybko zostanie pan gwiazdą...

- Oczywiście może mnie to wybić, ale jeśli wyjdzie słabo, to może też bardzo ściągnąć w dół. Ale na szczęście tych odcinków jest tyle, że jeśli ktoś nie podda się po pierwszych, to zobaczy, że w kolejnych jest coraz lepiej.

Kiedyś wspomniał pan Janusza Gajosa jako wzór - jak nie zwariować, uprawiając ten zawód. Rozumiem, że będzie pan się starać...

- Tak, oczywiście. Role to jest jedno, a życie - drugie. On akurat sobie z tym świetnie poradził.

Tak. Ale pamięta pan, że najpierw zagrał w serialu, co dało mu wielką sławę, ale na jakiś czas stało się jego przekleństwem...

- Dokładnie. Jeśli jednak myśleć długodystansowo, to proszę bardzo - mogę powielić ten wzór.

Katarzyna Sobkowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje