Mateusz Damięcki: Nadeszły piękne chwile

27 lat pracy na scenie nauczyło Mateusza Damięckiego pokory. Dojrzał, nabrał dystansu, a ostatnio zrewolucjonizował swoje życie osobiste – ożenił się i został ojcem Franka.

Mateusz Damięcki

Niedawno oglądaliśmy serial "Jak zostałem Rosjaninem" z panem w roli głównej. Jak dostaje się rolę w rosyjskiej produkcji?

Mateusz Damięcki: - Wszystko zaczęło się niespełna 20 lat temu, gdy druga reżyser innej rosyjskiej produkcji, "Ruski bunt", historycznego filmu kostiumowego opartego na opowiadaniach Aleksandra Puszkina "Córka kapitana" oraz "Bunt Pugaczowa", zobaczyła moje zdjęcia w jednej z agencji i poprosiła o spotkanie. Zrobiłem chyba dobre wrażenie, mimo nieznajomości języka rosyjskiego, skoro dostałem główną rolę. Nie miałem świadomości, jak wielkie jest to wyróżnienie. Zagrałem bowiem Piotra Andriejewicza Grinjowa, oficera Armii carskiej w służbie Katarzyny II, a to dla Rosjan postać symboliczna, sztandarowy bohater rosyjskiego romantyzmu. Reżyser, Aleksander Proszkin, jeszcze długo po premierze musiał tłumaczyć się, dlaczego zatrudnił do tej roli Polaka, a nie Rosjanina.

Właśnie, dlaczego?

- Ponieważ, jak powiedział, "nie widział w moich oczach głębokiego socjalizmu". Ale wracając do pani pytania... Na festiwalu filmów rosyjskich "Sputnik" podszedłem do reżysera Klima Szypienki, by pogratulować mu filmu, i od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o jego nowym pomyśle. Chciał nakręcić serial, w którym mógłby pokazać naturę Rosjanina, ale przez pryzmat kogoś z zagranicy. Pomysłem wyjściowym było, żeby bohater był ze Stanów - kraju skrajnie różniącego się od Rosji. Tylko kto może zagrać Amerykanina? Kto nie ma głębokiego socjalizmu w oczach, zna język angielski, jak i rosyjski? I tak dostałem rolę dziennikarza z Nowego Jorku, który wyjeżdża w delegację do Rosji. Na miejscu poznaje śliczną Rosjankę, w której się zakochuje itd.

Reklama

I stało się to ostatnio powodem zarzutów, że "zarabia Pan u Putina".

- Artykuł, o którym pani wspomina, to insynuacje, które w oczywisty sposób odbiegają od rzeczywistości. Nie ma sensu tracić czas na polemikę na łamach mediów. Sprawa jest w sądzie. Widzom, bez względu na przekonania polityczne i opinie na temat Rosji, z całego serca polecam serial "Jak zostałem Rosjaninem". To przezabawna, znakomita produkcja, podobnie, jak wiele innych rzeczy w Rosji. Ten kraj fascynuje mnie od lat. Uwielbiam tamtejszą kulturę, literaturę, zabytki, miasta, a wśród nich szczególnie Petersburg, o którym napisałem pracę magisterską. Mam za sobą trudną, aczkolwiek fascynującą wyprawę na Syberię. Długo mógłbym o tym opowiadać...

Czym różni się praca na planie na Wschodzie?

- Naturalnie są różnice, ale każda produkcja jest inna, zarówno w Polsce, jak i tam. Nie lubię generalizować. Właśnie z tego biorą się stereotypy. Jeśli chodzi o serial "Jak zostałem Rosjaninem", był to świetnie zorganizowany plan zdjęciowy i od strony realizacyjnej było - jak to się mówi - na bogato! Gdy akcja działa się w biurze, to zdjęcia kręciliśmy na najwyższym piętrze najdroższego biurowca; gdy w bogatym domu, to wynajęto jedną z luksusowych rezydencji w dzielnicy zwanej "Rublowką". Kiedy w scenie grał ochroniarz, produkcja zatrudniła dwóch identycznych osiłków o posturze braci Kliczko.

Przyjmując rolę Adama we "W rytmie serca", zastanawiał się pan, jaki finał będzie miała ta historia?

- Pracuję już 27 lat na rozmaitych planach zdjęciowych, więc różne rzeczy widziałem i przeżyłem. Poza tym taki mam charakter, że jestem daleki od "zachłystywania się". W moim zawodzie zdarzają się produkcje z dużym rozmachem, ale i skromne, co wcale nie umniejsza ich wartości. "W rytmie serca" to po prostu dobra produkcja: ciekawa historia, wartka akcja, świetna obsada. Na początku mogłem przeczytać scenariusz tylko trzech pierwszych odcinków, reszta dopiero powstawała. Od razu urzekła mnie postać Adama Żmudy. Chciałem się przekonać, jak rozwinie się jego historia. Z każdym dniem coraz bardziej lubiłem tego bohatera i widzowie chyba także go bardzo polubili, skoro Polsat zdecydował o kręceniu 2. sezonu. Zdradzę pani, że sam byłem zaskoczony tym, w jaki sposób potoczyły się losy naszych postaci, bo nakręciliśmy dwa alternatywne finały i nie wiedzieliśmy, który zostanie wyemitowany.

Co w 2. sezonie będzie zaprzątać głowę Adama?

- Mój bohater będzie miał sporo pracy. Zobaczymy jeszcze ciekawsze przypadki medyczne. Dojdzie także pewien wątek kryminalny związany z doktorem Zychem, którego gra znakomity Piotr Fronczewski, oraz jego szwagrem Bogdanem, czyli Zbigniewem Zamachowskim.

A kobiety? Wybierze Marysię, Weronikę? A może pojawi się ktoś nowy?

- Już jedna kobieta czasem stanowi spory kłopot, a co dopiero dwie! Weronika zacznie mieć spore wątpliwości. Zanim Adam się obejrzy, pojawi się mocna konkurencja. Tak więc, przez długie działanie "na dwa fronty", mój bohater może zostać boleśnie ukarany. Gwarantuję, że nudy nie będzie.

Słyszałam, że scenarzyści są bardzo otwarci na pomysły aktorów. Co dał pan Adamowi od siebie?

- Pomyślałem, że byłoby ciekawie, gdyby zwracał się do byłej ukochanej jakoś wyjątkowo. W końcu 8 lat wcześniej sporo ich łączyło. Więc zamiast Mario, czy Marysiu, często pojawia się charakterystyczne "Maryś". Zależało mi, aby podkreślić niezwykłą relację Adama z synem, Grzesiem. Stąd pojawiły się ich powitalne rytuały, gesty, znaczące spojrzenia, świadczące o wspólnym porozumieniu. To detale, ale dla aktorów mają wielkie znaczenie w budowaniu roli.

À propos budowania relacji ojca z synem, nie mogę nie zapytać o nową rolę w pana życiu - rolę ojca. Boi się pan? Tu nie otrzyma pan gotowego scenariusza.

- Z pewnością się nie boję, wręcz już nie mogę się doczekać. Czekają mnie, nas, piękne chwile.

Solidnie się pan przygotowuje do ojcostwa: czyta literaturę, kompletuje wyprawkę, czy raczej stawia na wielką improwizację?

- Z tego, co wiem, to moje pierwsze dziecko, więc akurat w tej dziedzinie nie mam doświadczenia. Będę musiał improwizować.

Jak udało się państwu tak długo zachować to w tajemnicy?

- Jak się chce, to można. Fortele, których używają osoby z tabloidów i portali plotkarskich, by poznać płeć czy imię, są odrobinę irytujące. Media tak mocno wchodzą w nasze życie prywatne... A ja chciałbym zostawić coś wyłącznie dla siebie. 

Małgorzata Pyrko

Dowiedz się więcej na temat: Mateusz Damięcki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje