​Marta Nieradkiewicz: Chciałam spróbować czegoś innego

- To nie jest tak, że ja przebieram w scenariuszach i decyduję się wyłącznie na występy w ciężkich dramatach społecznych. Tak się akurat w ostatnich latach złożyło, że pojawiałam się głównie w tego typu filmach. Do tej pory lżejsze role grałam głównie w teatrze, do pewnego stopnia w konwencję komedii, choć bardzo gorzkiej, wpisywał się także "Kamper". Dlatego kiedy okazało się, że mogę powalczyć o zupełnie inną rolę, w dodatku w serialu reżyserowanym przez Janka Komasę i Sławka Fabickiego, nie wahałam się ani chwili - mówi Marta Nieradkiewicz, którą wkrótce będziemy mogli oglądać w serialu AXN "Ultraviolet" (premiera 25 października) oraz filmie "Dzikie róże" Anny Jadowskiej (premiera 29 grudnia).

Marta Nieradkiewicz na konferencji nowego serialu "Ultraviolet"

"Ultraviolet" to serial kryminalny, w którym tajemnice i niewyjaśnione przez policję sprawy rozwiązuje tytułowa grupa Ultraviolet, działająca w sieci i wykorzystująca do tego nowe technologie. Dołącza do nich trzydziestoletnia Ola Serafin (Nieradkiewicz), którą osobiste przejścia zmusiły do opuszczenia Londynu i powrotu do rodzinnej Łodzi. Pewnej nocy kobieta staje się świadkiem śmierci młodej kobiety. Policja uznaje wypadek za samobójstwo i zamyka sprawę. Ola czuje, że prawda jest dużo bardziej skomplikowana i postanawia dotrzeć do prawdy na własną rękę. Przez internet poznaje grupę ludzi, rozwiązujących sprawy, których nie jest w stanie wyjaśnić policja i przyłącza się do nich.

Reklama

W serialu oprócz aktorki zobaczymy m.in. Sebastiana Fabijańskiego, Agatę Kuleszę, Bartłomieja Topę i Marka Kalitę.

Małgorzata Steciak: W najbliższych miesiącach premierę mają "Dzikie róże" Anny Jadowskiej i serial "Ultraviolet", w którym wcielasz się w detektywa-amatora. To dwie zupełnie różne produkcje, diametralnie odmienne role.

Marta Nieradkiewicz: - To ciekawy zbieg okoliczności, że dwa tak różne projekty pojawiają się niemal równolegle. Nie myślę jednak nigdy w ten sposób. "Dzikie róże" zrobiłam dwa lata temu, dla mnie jest to w pewnym stopniu już bardzo odległa historia, która dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Teraz łapię oddech po "Ultraviolet", bo to była bardzo długa i intensywna praca. Nigdy nie grałam takiej dużej roli. To była praca przez trzy miesiące, prawie 70 dni zdjęciowych, po dwanaście godzin dziennie na planie. Na szczęście udało mi się wszystko zaplanować tak, że mogłam w całości poświęcić się pracy nad serialem. Nie miałam w tym czasie prób w teatrze ani spektakli, nie musiałam szukać zastępstwa. To był prawdziwy luksus. Wrażeń wystarczy mi na najbliższych kilka miesięcy. Dlatego teraz odpoczywam i obserwuję, co będzie się dalej działo.

Ola Serafin jest inna od bohaterek filmów, w których do tej pory mogliśmy cię oglądać. To serial utrzymany w nieco lżejszej konwencji, z elementami komediowymi. Podoba ci się taki repertuar?

- Chciałam spróbować czegoś innego. To nie jest tak, że ja przebieram w scenariuszach i decyduję się wyłącznie na występy w ciężkich dramatach społecznych. Tak się akurat w ostatnich latach złożyło, że pojawiałam się głównie w tego typu filmach. Do tej pory lżejsze role grałam głównie w teatrze, do pewnego stopnia w konwencję komedii, choć bardzo gorzkiej, wpisywał się także "Kamper". Dlatego kiedy okazało się, że mogę powalczyć o zupełnie inną rolę, w dodatku w serialu reżyserowanym przez Janka Komasę i Sławka Fabickiego, nie wahałam się ani chwili. Miałam na to chrapkę. Uważam zresztą, że lżejsza konwencja jest co najmniej tak samo wymagająca jak dramat. Po doświadczeniach na planie "Ultraviolet" wydaje mi się, że może być nawet trudniejsza.

Uciekasz w ten sposób przed szufladkami aktorskimi?

- Szufladki istnieją w dużej mierze dlatego, że mamy w Polsce mały rynek. Aktorzy nie zawsze mogą sobie pozwolić na przebieranie w propozycjach. Dlatego tym bardziej, kiedy pojawia się okazja do zrobienia czegoś zupełnie na przekór naszemu dotychczasowemu wizerunkowi, trzeba z niej korzystać. Poszerzanie swojego emploi i rozciąganie wewnętrznej aktorskiej gumy, zabawa z naszymi przyzwyczajeniami jest bardzo wskazana. Bardzo to lubię.

Co przyciągnęło cię do roli Oli Serafin? To bohaterka z trudną przeszłością, jednocześnie bardzo uparta i dość impulsywna.

- Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o tej postaci razem z Jankiem, on zaczął mnie ciągnąć w stronę pewnej impulsywności, nadpobudliwości, emocjonalnego bałaganiarstwa. Ola nie zawsze myśli o konsekwencjach swoich słów i czynów, jest trochę infantylna. Pomyślałam sobie, że ta dziewczyna ma tyle wad, że to będzie ciekawe wyzwanie. Miałam wrażenie, że tworzę na ekranie żywego człowieka, który nie będzie łatwy do rozszyfrowania. To ogromny atut tej postaci.

Ciekawie bawisz się stereotypami, tworząc bohaterkę, której początkowo nikt nie traktuje poważnie. Tymczasem Ola, z całą swoją naiwnością i nadpobudliwością udowadnia, że lepiej radzi sobie z łapaniem przestępców niż policja.

- Wszystkie jej wady i brak doświadczenia dają jej swoisty płaszcz superbohaterki. Ona jest jedną z tych osób, które często najpierw działają, potem myślą - wydaje się, że to nie jest najlepsza kombinacja, ale Ola udowadnia, że w tym szaleństwie jest metoda. Bardzo mi się podoba, że to jest dziewczyna, która jest poza kontrolą. Do tej pory nie grałam takiej postaci, więc mnie to szalenie fascynowało. Pomyślałam sobie - raz kozie śmierć. Nie wyjdzie, to nie wyjdzie, trudno [śmiech].

Twoja bohaterka pracuje jako kierowca na zasadach "car sharingu" i większość dnia spędza za kółkiem. Sceny jazdy samochodem były dla ciebie wyzwaniem?

- Na szczęście bardzo lubię jeździć samochodem. Podczas castingów producenci pytali mnie chyba z siedem razy, czy mam prawo jazdy. Nie rozumiałam wtedy, o co im chodzi, bo jeszcze nie znałam scenariusza. Potem okazało się, że będę musiała siedzieć za kółkiem nawet do ośmiu godzin dziennie. Z dwiema ogromnymi kamerami przytwierdzonymi do samochodu, w ruchu ulicznym. Dlatego przed rozpoczęciem zdjęć, mimo że czuję się dość pewnie jako kierowca, produkcja zapisała mnie na kurs doszkalający, żeby zapewnić mnie i moim pasażerom bezpieczeństwo. Na szczęście, jak mi powiedział któregoś dnia kierownik planu, chwała Bogu, że mam do tego dryg [śmiech].

Na ekranie partneruje ci Sebastian Fabijański, który wciela się w Michała, policjanta będącego zupełnym przeciwieństwem Oli. Jak wyglądało zderzanie tych skrajnych osobowości na planie?

- Kiedy myślałam o ich relacji, wyobrażałam sobie dwa koguty. Oni są jak ogień i woda i na początku wydaje się, że nie ma mowy, żeby tych dwoje było w stanie się dogadać. Tymczasem im lepiej ich poznajemy, tym wyraźniej widać, że Ola i Michał bardzo dobrze się uzupełniają. Nie mogę zdradzić za wiele, ale powiem jedynie, że w ich relacji będzie gorąco. I wcale nie chodzi mi tu tylko o aspekt romansowy.

Akcja "Ultraviolet" rozgrywa się w Łodzi, mieście, w którym się urodziłaś i wychowałaś. Na ile miasto jest bohaterem serialu?

- Łódź jest bardzo ważnym elementem tej historii. Osobiście bardzo się cieszę, że kręciliśmy właśnie tam, bo mam do tego miasta ogromny sentyment - spędziłam tam większą część mojego życia, dzieciństwo i wczesną młodość, studiowałam tam. Łódź jest biedna, nie oszukujmy się, to widać. Uważam jednak, że jest także naprawdę pięknym miastem, które teraz nareszcie staje na nogi, przeżywa okres swoistego renesansu. Wrażenie robią zwłaszcza te pofabryczne scenerie, które będziemy często w "Ultraviolecie" pokazywać. Pamiętam to bardzo dobrze z czasów, kiedy tam mieszkałam. Spędziłam tam na planie cztery miesiące i byłam pod ogromnym wrażeniem, jak wiele się zmieniło.

Kręciliście w miejscach, które znasz z dzieciństwa?

- Oczywiście! Mieliśmy zdjęcia przy pasażu Schillera przy ulicy Piotrkowskiej, gdzie w czasach liceum i studiów bardzo często spotykałam się ze znajomymi. Przesiadywaliśmy tam godzinami, każdy na każdego czekał, bo jeszcze nie mieliśmy telefonów komórkowych. Nie raz mi tyłek zmarzł [śmiech]. Oprócz tego Park Źródliska, który także kojarzy mi się z czasami studenckimi. Wystarczyło, że w drodze na plan mijałam boisko, na którym bawiłam się w podstawówce. Bez przerwy pokazywałam ekipie kolejne miejsca, które coś mi przypominały. Wiele razy kiedy przyjeżdżałam na kolejne lokacje czułam się jak w domu. To była dla mnie sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa.

Jak przygotowywałaś się do roli? Oglądałaś kryminały w poszukiwaniu inspiracji?

- Nie myślałam o tym w ten sposób, skupiłam się bardziej na emocjonalnym pogłębieniu postaci. Kiedy pierwszy raz przeczytałam scenariusz "Ultraviolet" i usłyszałam o grupie amatorów-detektywów rozwiązujących wspólnie za pośrednictwem internetu zagadki kryminalne, pomyślałam, że to bajka. Później podczas przygotowań do roli trafiłam na historię Magdaleny Żuk, która zmarła w tajemniczych okolicznościach w Egipcie. Tą sprawą żyły media przez wiele miesięcy, mnóstwo ludzi zaangażowało się w poszukiwania tropów, internauci z całej Polski chcieli rozwiązać tę zagadkę. To, co się działo na forach internetowych i mediach społecznościowych, przeszło wszelkie pojęcie. Detektywi-amatorzy z sieci potrafili przeglądać materiały klatka po klatce i szukać w nich ukrytych śladów. To było niesamowite.

- Zorientowałam się dzięki temu, jak często w walce z przestępczością zaczynamy polegać nie tylko na stróżach prawa, ale i społeczności internetowej. Sama przecież udostępniam na swoim profilu na FB posty ludzi, którym ukradziono rower! Ja na szczęście sama nie ogarniam komputera na takim poziomie. Kiedy usłyszałam, że można podsłuchiwać nasze prywatne rozmowy przeprowadzone na żywo za pośrednictwem telefonu, który nosimy w torebce czy kieszeni, poczułam się jak w filmie science fiction. Gdybym zaczęła zagłębiać się w szczegóły i zdała sobie sprawę, jak wiele można dowiedzieć się o człowieku wyłącznie poprzez informacje, jakie udostępnia on-line, chyba przeraziłabym się samą sobą.

Media społecznościowe to ważny wątek podejmowany w "Ultraviolet". Jak bardzo internet zmienia naszą codzienność, nasze relacje z drugim człowiekiem czy naszą pracę?

- Media społecznościowe stały się nieodłączną częścią naszego życia i chyba nie da się już tego zmienić. Na tym etapie internet zaczął zastępować nawet telefon komórkowy, zamiast dzwonić wolimy napisać wiadomość. Nie uciekniemy od tego. Ja też w tym uczestniczę, nie będę się wypierać. Wydaje mi się jednak, że nie przykładam zbyt dużej wagi do całego tego zamieszania z umieszczaniem zdjęć, hasztagów i inspirujących postów. Jeżeli udostępniam coś na Facebooku, to raczej tylko znajomym, a jeśli coś dotyczy mojej pracy to na swoim oficjalnym profilu. Chyba nie ma to dla mnie tak dużego znaczenia i zdecydowanie nie traktuję mediów społecznościowych jako platformy, na której mogę się wypromować. Raczej jest dla mnie źródłem informacji.

Sophie Turner, aktorka znana z serialu "Gra o tron" przyznała ostatnio w jednym z wywiadów, że dostała rolę w filmie dlatego, że ma więcej followersów na Instagramie niż aktorka, która wypadła na zdjęciach próbnych dużo lepiej niż ona.

- Słyszałam o podobnych przypadkach również w Polsce, ale na szczęście póki co jestem zupełnie poza tym światem. Słyszę od czasu do czasu, że powinnam lepiej promować się w internecie i chętniej mówić o życiu prywatnym, albo wyjść z kina niezależnego i ambitnego teatru i zrobić coś skierowanego do masowego odbiorcy. Nie wiem, czy tak, czy nie.

Twoja dotychczasowa kariera to dowód, że chyba da się tego uniknąć, jeśli się chce.

- Jest mi bardzo dobrze tak jak jest.

Dowiedz się więcej na temat: Marta Nieradkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje