Mariusz Kałamaga: Bardziej wybredny

Mariusz Kałamaga to jeden z najpopularniejszych polskich satyryków. Przez lata występował z kabaretem Łowcy.B, teraz najczęściej pojawia się na scenie w pojedynkę. Chętnie udziela się w imprezach charytatywnych - takich jak niedzielny Wielki Mecz TVN vs. WOŚP, w któym zagra w drużynie Jurka Owsiaka.

Mariusz Kałamaga uważa, że dla dobrego kabaretu nie ma tematów tabu

Na meczu WOŚP - TVN da pan z siebie wszystko?

Reklama

Mariusz Kałamaga: - Postaram się. Precyzja i chęć już są, kondycja się ćwiczy.

Ostro pan trenuje?

- O, pani kochana, mógłbym robić żurek na zakwasie (śmiech). A tak serio: mieszkam na Śląsku, więc nie mogę niestety być regularnie na treningach, które się odbywają w Warszawie. Ale na paru byłem... No dobra, na jednym albo dwóch (śmiech). Zarówno ekipa TVN-u, jak i WOŚP-u trenują od czerwca. Z tego, co wiem - i pani teraz zdradzę - TVN-owska drużyna dużo dłużej ze sobą gra i jest bardziej zdyscyplinowana. My za to mamy nieobliczalną ekipę. W naszym przypadku nieprzewidywalność to atut. Stoi za nami moc WOŚP-owej młodzieży, wolontariuszy. No i Jurek Owsiak, a on widzi wszystko i potrafi budować drużynę.

Czy bez charytatywnego pretekstu też kopie pan piłkę?

- Nie będę oszukiwał, bardziej interesują mnie koszykówka i tenis, natomiast piłka nożna odeszła trochę na dalszy plan. Ale kiedyś rzeczywiście regularnie kopałem w fusbal na placu, jak to mówią na Śląsku.

Widziałam na portalu społecznościowym pana zdjęcie z Przystanku Woodstock. Czy pobyt na festiwalu nie osłabił pana formy?

- Było takie zagrożenie (śmiech). Na szczęście stało się wręcz odwrotnie: naładowałem baterie, czerpałem z ogromu pozytywnej energii. Od kilku lat jestem gospodarzem sceny komediowej na Akademii Sztuk Przepięknych w ramach Przystanku Woodstock. Zapraszam tam co roku kabarety i stand-uperów. Tym razem przyjechałem na jeden wieczór, a właściwie na jakieś trzy-cztery godziny, bo musiałem uciekać do innych obowiązków. Oficjalna wersja niech będzie taka, że oszczędziłem sobie festiwalowych szaleństw ze względu na utrzymanie formy na Wielki Mecz (śmiech).

Po raz pierwszy weźmie pan udział w takiej imprezie?

- W meczu piłkarskim na taką dużą skalę pierwszy raz. Ale grałem również w meczu koszykówki Gortat Team vs. Wojsko Polskie zorganizowanym przez Fundację Marcina Gortata. Poza tym jestem członkiem prężnie działającej Hokejowej Reprezentacji Artystów Polski. Grywam też w siatkówkę i kosza w Kosmicznym Meczu organizowanym przez Bartosza Demczuka z Kabaretu Młodych Panów w Rybniku. Po prostu uwielbiam takie charytatywno-sportowe klimaty.

Kto wpadł na pomysł, żeby zaprosić pana do udziału w tym meczu? Może znalazł się pan po prostu na liście artystów, którzy nieźle kopią i lubią się udzielać charytatywnie?

- To była naturalna kolej rzeczy. Od lat jestem związany z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, występowałem na wielu jej finałach z kabaretem albo zespołem muzycznym. Prowadziłem finał w Londynie, działam na Przystanku Woodstock. Bardzo się identyfikuję z WOŚP i jej ideą.

Kogo z drużyny TVN-u najbardziej się pan obawia?

- Rafała Maseraka! To łobuz i zna parę dziwnych kroków. Brałem udział w "Tańcu z Gwiazdami", więc dobrze wiem, co umie wyprawiać z nogami.

Jaką strategię zastosuje pan na boisku? Szybkość, żonglowanie piłką, a może będzie pan w biegu opowiadał przeciwnikom dowcipy, żeby się skręcali ze śmiechu?

- Jak już mają konać ze śmiechu, to wolałbym, żeby pokładali się z żartów, a nie ze stylu mojej gry. Bo traktuję ten mecz bardzo poważnie - chcę, żeby jednocześnie był i rozrywką, i fajnym widowiskiem sportowym. Zdrowa rywalizacja, jeszcze zorganizowana w szczytnym celu, jest zawsze wskazana. Chociaż chętnie bym też zobaczył, jak na boisku Rafał Maserak tańczy z Tomaszem Lisem fokstrota...

Czyli podporządkowuje pan całe życie rozrywce. Rodzina nie ma panu tego za złe? Może jakaś nobliwa ciocia wciąż wierci panu dziurę w brzuchu, żeby przestał się pan wygłupiać i zdobył jakiś poważny zawód?

- Na szczęście większość mojej rodziny cieszy się, że mogę robić to, co kocham. Na początku moja mama miała trochę obiekcji. Jednak pewnego dnia wybrała się na mój występ i zobaczyła, że przyszło mnie oglądać kilkaset osób. Zrozumiała wtedy, że to, co robię, daje ludziom dużo radości. No i przekonała się, że kabaret to ciężka praca, a nie tylko wygłupy.

Usamodzielnił się pan, odchodząc z kabaretu Łowcy.B i porzucając żółty sweterek. Ludzie o niego pytają?

- To już dwa i pół roku od mojego wyswobodzenia się z tej dzianiny, a ciągle mnie o nią zagadują! Na szczęście bardzo lubiłem ten sweter, wiążą się z nim same dobre wspomnienia, więc niegasnące zainteresowanie nim mi nie przeszkadza. No chyba, że ktoś pyta mnie o niego na basenie (śmiech). Uważam, że moja przygoda ze sweterkiem skończyła się w najodpowiedniejszym dla mnie momencie. Było nam fajnie, ale teraz muszę udowodnić, że to ja go nosiłem, a nie on mnie.

Występował z panem na scenie w jednym egzemplarzu, czy miał dublerów?

- Oj, było ich sporo, większość została sprzedana na aukcjach charytatywnych. Podczas tegorocznego finału WOŚP był licytowany pierwszy, najoryginalniejszy z oryginalnych i najbardziej wyświechtany. Przy okazji pozdrawiam panią z Lublina, która mi dziergała te pulowerki.

Organizuje pan Międzygalaktyczny Zlot Superbohaterów. Co to za wydarzenie?

- To impreza, na którą składają się Festiwal Dziwnie Fajne, Przemarsz Superbohaterów oraz Kiermasz Twórczej Reanimacji Odpadów. Przekaz zlotu jest taki, że każdy może być superbohaterem. Superbohater to nie tylko gość z laserowym wzrokiem albo nadludzką siłą. Aktem superbohaterskim może być zakręcenie wody przy myciu zębów, gaszenie niepotrzebnego światła, drobna pomoc sąsiadce - ot , po prostu przyzwoite zachowanie, szacunek dla drugiego człowieka i natury. Pokażmy, że dobro zwycięża!

Zrobiło się poważnie, a ja jeszcze miałam zapytać: z czego pan się śmieje?

- Wie pani, zawsze bardzo łatwo było mnie rozśmieszyć, ale nadeszła chwila, w której stałem się bardziej wybredny... Na pewno bawi mnie abstrakcyjny, czarny, dość ostry humor. I ludzka głupota, chociaż ostatnio zauważam, że coraz częściej mnie smuci.

Dla satyryka są tematy tabu?

- Moim zdaniem nie, tylko trzeba mieć dobry pomysł na dowcip, podać go ze smakiem i opowiadać w jakimś celu. Stand-up jest ostry i mocny dlatego, żeby nikt nie pozostał obojętny. Jeśli żart uzmysłowi komuś konkretny problem, zwróci uwagę na jakieś zjawisko i skłoni widza do przemyśleń, to można się śmiać ze wszystkiego.

Rozmawiała Maria Wielechowska.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Mariusz Kałamaga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje