Marian Opania: Starość jeszcze mnie nie dotyka

Mariana Opanię w tytułowej roli "Ojca" od soboty można oglądać na deskach Teatru Ateneum. "Starość jeszcze mnie nie dotyka " - mówi PAP Life aktor i zdradza, że do życia podchodzi bardzo aktywnie. Jego recepta na młodość ducha? Umrzeć w biegu.

Marian Opania podczas próby medialnej spektaklu "Ojciec"

Niebawem zobaczymy pana w tytułowej roli w sztuce "Ojciec". Dlaczego warto zobaczyć ten spektakl?

Reklama

Marian Opania: - Warto wybrać się do Teatru Ateneum na "Ojca", ponieważ z problemem starości, jaki porusza ta sztuka, styka się każda rodzina. To dotyczy każdego człowieka. Mijają tygodnie, miesiące, lata aż przychodzi zmierzyć się z tym, że nie jest się już sprawnym, przynajmniej umysłowo. A najtrudniejszy moment w życiu człowieka to właśnie ten, kiedy jest sprawny fizycznie, a umysłowo już nie. Tak to już jest w tym naszym organizmie, że mózg z latami zamiera. Nie zawsze się to zdarza - są takie wyjątki, jak Danuta Szaflarska czy Szymon Szurmiej, którzy do końca byli sprawni umysłowo, natomiast fizycznie już nie za bardzo. Na ogół gdzieś tak w okolicach osiemdziesiątki ten problem zaczyna tyczyć każdego. Na szczęście mnie jeszcze nie.

- Dlatego mogę mierzyć się z tak niebotycznie trudnym tekstem, za który brało się wiele teatrów i żaden z nich nie sprostał zadaniu - nawet Agnieszka Glińska miała ten tekst w ręku i z niego zrezygnowała. To naprawdę bardzo trudna sztuka. Mimo że w Europie i w Stanach Zjednoczonych święci triumfy, w Polsce żaden teatr jeszcze tego nie zrobił. Dyrekcja Teatru Ateneum podjęła rękawice i wraz z reżyser Iwoną Kempą razem borykaliśmy się z tym problemem przez wiele tygodni, bo naprawdę jest to wejście na K2 zimą.

W sztuce poruszany jest problem starości. Pan, mimo wieku, jest aktywny zawodowo. Jaka jest pana recepta na taką młodość ducha?

- Proszę pani, mam dwa stenty w tętnicach, cukrzycę i może coś jeszcze, o czym nie wiem. Podchodzę do życia aktywnie, nie umiem odpoczywać. Oczywiście czasem lubię wyleżeć się na łące pełnej polnych kwiatów, ale na plaży już nie. Zawsze wykopię sobie dołek, znajdę kawałek drzewa i coś wyrzeźbię. Odpoczywam aktywnie, łowię ryby, a to jeżdżę do Norwegii, za Koło Polarne. A jak wrócę z połowów to z kolei mam jakiś tekst, który chcę opracować. W tej chwili mogę robić takie rzeczy, które mi się podobają. Nie muszę robić niczego, co mi nie odpowiada. Z tego powodu wiele propozycji odmówiłem. Albo dlatego, że czegoś nie umiem. W każdym razie główna recepta - umrzeć w biegu.

Na premierę zaprosił pan swoją żonę, która zapewne jest pana najwierniejszą fanką. Jak ważne jest wsparcie rodziny w tym, co robimy?

- To nie jest tylko wsparcie rodziny. Oczywiście, żona jest moją muzą. Doradza mi - bierz albo nie. I ja jej wierzę. Poza tym jest najsurowszym krytykiem - mówi mi, gdzie przesadziłem, a gdzie było mnie za mało. Zna się na tym, więc jej słucham. Dlatego też zapraszam ją na próby generalne. Wtedy powie, czy to jest dobre czy nie. Słucham też wszystkich uwag kolegów i oni mnie słuchają. Pomagamy sobie. Generalnie słucham wszystkich, nawet sprzątaczki czy garderobianej.

Jest pan bardzo pokornym człowiekiem.

- Tak, bo to jest podstawa zawodu aktora. Słuchać się - nawet, jeśli nie od razu zgadzamy się z czyimś zdaniem, przemyśleć i zastanowić się, a może jednak miał rację. Człowiek nie jest omnibusem, nie widzi siebie z zewnątrz, że czasem gra za ostro, a czasem za słabo. Widownia to widzi.

Dowiedz się więcej na temat: Marian Opania

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje