Reklama

Marek Siudym: Jest pięknie i dobrze

Marek Siudym to wielki optymista. Zabawny, uroczy i otwarty. Jego pasją są konie oraz motocykle. Zamiast martwić się o przyszłość, woli myśleć, że czeka go coś niezwykłego.

Marek Siudym to wielki optymista. Zabawny, uroczy i otwarty. Jego pasją są konie oraz motocykle. Zamiast martwić się o przyszłość, woli myśleć, że czeka go coś niezwykłego.
Zawsze żyłem chwilą obecną - przekonuje Marek Siudym /Piotr Fotek /Reporter

Jaka jest pana filozofia?

Marek Siudym: - Cieszyć się życiem.  Smakować je. Ludzie nie zatrzymują się na co dzień nad drobiazgami, za które należy dziękować losowi, Bogu, czy jak to ktoś nazywa.

Trzeba rozglądać się wokół?

- Tak. A najważniejsze, to budzić się rano z radością i kłaść się spać ze spokojem. Do tego się dojrzewa.

W człowieku narasta potrzeba oddechu?

- Ja nie muszę go łapać. Z tego, co pamiętam, zawsze żyłem chwilą obecną. Tym, że jest pięknie i dobrze, a ja jestem zdrowy i sprawny. Cieszę się, że mieszkam w kraju, w którym nie ma wojny, bo to jest zawsze bałagan i anarchia. Wychodzą z ludzi najgorsze instynkty. Budzi to mój lęk. Reszta jest w naszych rękach.

Reklama

Z jakiego domu wyruszył pan w świat?

- Z normalnego, poukładanego. Ojciec, matka, siostra, ciężka praca, rodzina i dużo sąsiadów. Mówiło się, że mamy obrotowe drzwi. Bez przerwy ktoś wchodził i wychodził. To był dom gościnny, otwarty. Sąsiedzi odwiedzali się pod byle pretekstem - pożyczyć szklankę cukru, jajko albo podzielić się świeżo upieczonym ciastem. Pamiętam ogólną życzliwość i uśmiech.

Na podwórku też tak było?

- Kochałem je! Największą karą np. za złe stopnie był zakaz wyjścia na dwór. Wtedy wszyscy odczuwali żal, że kolega czy koleżanka nie mogą uczestniczyć we wspólnej zabawie. To była robotnicza Łódź, Bałuty, wyż demograficzny. Ważny był dla nas honor dzielnicy i podwórka. Przestrzegaliśmy zasad, że nie kopie się leżącego i nie skarży. Donoszenie to było coś tak złego, że eliminowało z grupy.

Gdzie rozwijał pan swoją  artystyczną wrażliwość?

- Wychowałem się na książkach. Czytałem wszystko i bez przerwy. I tak mi zostało. Jak wspomniałem, we wszystkim dostrzegam piękno. Obchodzi mnie to, jak śpiewa ptak, jak pracują pszczoły, jakimi drogami chodzą mrówki. Nie pamiętam już, kto to powiedział: "Po co się żyje? Po to, żeby było pięknie". Takiemu oglądowi świata zawdzięczam zdrowie fizyczne i psychiczne oraz siłę. Czuję się tak, jakbym cały czas miał przed sobą coś wielkiego do zrobienia i czekały mnie cudowne rzeczy. W październiku skończę 71 lat, a jestem pewien, że wciąż wszystko przede mną.

Czyli nie lubi pan wiedzieć, co czeka za najbliższym zakrętem?

- Nie jest mi to do niczego potrzebne. Wchodząc w zakręt, wiem, że za nim będzie coś fantastycznego, czego jeszcze nie znam.

Konie uczą takiej wolności?

- One uczą łagodności, przyjaźni, empatii, cierpliwości i wyrozumiałości. Jeżeli ludzie z kontaktu z nimi tego nie wynoszą, to znaczy, że znaleźli się na nieswoim miejscu.

Co było pierwsze: miłość do sceny czy do koni?

- Do koni. A czy kocham teatr? Aż tak daleko bym się nie posuwał, mimo że nie mam na co narzekać. Mój romans z nim jest wieloletni, by nie powiedzieć - wielodekadowy. To jest dobry związek, a ja czuję się w moim Teatrze Kwadrat szczęśliwy.

Dlaczego poszedł pan do warszawskiej PWST, skoro pod nosem była łódzka "Filmówka"?

- Bo w stolicy kończyłem zasadniczą służbę wojskową i tu już zostałem. Miałem dużo przyjaciół, nie chciało mi się wracać do Łodzi. W wojsku zetknąłem się z zespołem artystycznym, choć nie jako wykonawca, a obsługa. Poza tym od matury minęły trzy lata i myślałem, że dobrze byłoby znaleźć sobie jakieś odjazdowe, piękne studia. W komisji na Miodowej siedzieli m.in.: rektor Tadeusz Łomnicki, dziekan Andrzej Łapicki, Ryszarda Hanin, Aleksander Bardini, Jan Kreczmar, Jan Świderski i inni. Miałem się od kogo uczyć. Każde nazwisko to rozdział historii polskiego filmu i teatru.

Kończąc studia, wiedział pan, dokąd chce trafić?

- Wyszliśmy ze szkoły grupą: Andrzej Strzelecki, Joachim Lamża, Krzysztof Majchrzak, ja. Potem dołączył do nas Wiktor Zborowski i weszliśmy naszym Kabaretem Kur w STS (Studencki Teatr Satyryków). Miałem szczęście. To był zaszczyt, że znalazłem się w rodzinie STS-u, z której wywodzą się Agnieszka Osiecka i Olga Lipińska. STS i Teatr Rozmaitości miały wtedy jedną dyrekcję. Kierownikiem literackim był Wojtek Młynarski, a w zespole znaleźli się Kalina Jędrusik, Jurek Turek, Gustaw  Lutkiewicz i Wojtek Pokora. Ludzie wielkiego formatu! 

Wspomniał pan Joachima Lamżę, zapalonego motocyklistę, podobnie jak pan. Należycie do jednego gangu motocyklowego?

- Jeżdżę motocyklem od lat 70. Co roku z Joachimem Lamżą wysyłamy sobie na pierwszy dzień wiosny takie życzenia: "Sezon uważam za otwarty" i podpisujemy się: "Husaria polskich szos".

W pana stajni więcej jest koni mechanicznych czy mustangów?

- Jeden Harley i trzy konie, w tym emeryt, który ma 31 lat. Obiecałem mu, gdy doznał kontuzji w wieku 7 lat, że będzie miał piękne życie i będzie się opalał w dobrym towarzystwie, zadbany i na wolności. I tak ma.

Rozmawiała Beata Banasiewicz

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Tele Tydzień
Dowiedz się więcej na temat: Marek Siudym
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy