Marcin Kwaśny: W mundurze

"Będąc małym chłopcem, chciałem być wojskowym, tak jak mój tato, i akurat te role mundurowe dobrze mi leżą" - przyznaje Marcin Kwaśny. Aktora, który marzy o roli w kontynuacji "Pasji" Mela Gibsona, jeszcze w tym roku zobaczymy m.in. w filmie "Listy do M. 3".

W najbliższym czasie będziemy aktora oglądać w filmach z liczbami w tytule

"Dla przyjaciół słodki, dla wrogów gorzki. Wbrew nazwisku, jestem życiowym optymistą" - to pana słowa. Co daje panu poczucie tego optymizmu?

Reklama

Marcin Kwaśny: - W życiu dostałem wiele miłości od rodziców, a jak się dużo dostało, człowiek chce się dzielić z innymi. Pomaga mi też wiara w Boga. To ona daje mi rodzaj wewnętrznego światła, więc świecę odbitym blaskiem (śmiech).

Kim pan chciał zostać, kiedy był małym chłopcem?

- Chciałem być wojskowym, tak jak mój tato, i akurat te role mundurowe dobrze mi leżą - choć nigdy nie byłem w wojsku, wiem jak obchodzić się z bronią i dowodzić żołnierzami.

Smykałkę do aktorstwa przejął pan po kimś z rodziny?

- Mój tato przyznał mi się kiedyś, że chciał zdawać do szkoły teatralnej, że recytował wiersze, więc to poniekąd po nim. Ma fenomenalną pamięć, a ta przydaje się w aktorstwie.

Jak się pan przygotowuje do roli?

- Zbigniew Zapasiewicz powiedział kiedyś, że opanowanie tekstu nie przeszkadza w zagraniu roli. Zgadzam się z tym. Ważne jest, żeby stworzyć pewną charakterystykę bohatera. To, co jest napisane w scenariuszu to jedno, ale liczy się też to, z jakim bagażem doświadczeń wchodzimy my, aktorzy i czym dodatkowo chcemy tego bohatera obdarzyć. Fascynujące w tym zawodzie jest właśnie to, że każda rola jest niepowtarzalna i unikatowa, że w każdej można odkrywać siebie na nowo.

Jaka rola byłaby spełnieniem pana marzeń?

- Marzy mi się teatralna rola Koriolana, bohatera dramatu Williama Szekspira, który pomimo swoich zasług, został wygnany z kraju. To jest sztuka o manipulacji, której w dzisiejszym świecie jest tak wiele. Słyszałem też, że Mel Gibson będzie robił kontynuację "Pasji", czyli "Resurrection" - zagranie u niego byłoby spełnieniem moich marzeń.

Czuje się pan związany bardziej z teatrem, czy woli występować przed kamerą?

- Jestem po Warszawskiej Akademii Teatralnej, więc silniej związany jestem z teatrem. Przez 13 lat występowałem na deskach Teatru Kwadrat. Od dwóch lat gram w stołecznym Teatrze Polskim. Tak naprawdę aktor w pełni rozwija się właśnie w teatrze, bo od początku do końca może w pełnej autonomii panować nad rolą. Natomiast efekt pracy przed kamerą często zależy od wielu czynników - od montażu, od pracy kamery, od reżysera.

Jak pan wspomina pracę na planie filmu "Pilecki", w którym zagrał pan główną rolę?

- Dla mnie to był eksperyment, bo wcześniej nie występowałem w dokumencie fabularyzowanym. Ujęło mnie to, że tworzą go pasjonaci. W scenariuszu był rodzaj poetyckości. Zachwyciła mnie też osobowość Pileckiego, który był człowiekiem wszechstronnym i wybitnym. Po tym filmie zacząłem interesować się tematyką historyczną.

Grywa pan nie tylko poważne role, ale i komediowe. Co aktorowi daje taka różnorodność?

- Aktor powinien mieć szeroki wachlarz, a nie zawężać się tylko do jednego typu ról. Role komediowe pozwoliły mi myśleć o sobie nie tylko w kategorii amanta - pokazały, że mogę także rozbawiać publiczność. Oczywiście, jest jakaś pułapka, że jak gra się ciągle role wojskowych to przyczepią ci łatkę. Mam nadzieję, że u mnie tak się nie stanie, bo wiem, że potrafię zagrać inne role, kompletnie do siebie niepodobne.

Chciałabym też zapytać pana o rolę agenta 007...

- Rzeczywiście, kiedyś w przebraniu Jamesa Bonda w knajpach reklamowałem alkohol... Nigdy nie bałem się żadnej pracy, szybko chciałem się usamodzielnić, mając 16 lat pracowałem na stacji benzynowej po to, żeby sobie zarobić na wakacje. Nie chciałem brać od rodziców. W czasie studiów pojechałem do Stanów, opiekować się starszym człowiekiem. Zarobiłem na mieszkanie. Aktorstwo to nie jest pewny kawałek chleba. Dla mnie sukcesem jest to, że potrafię utrzymać się z tego zawodu. W Nowym Jorku co drugi kelner to aktor - kelnerem jeszcze nie byłem.

Jest rola, której by pan nie przyjął?

- Pewnie takiej, której scenariusz byłby kiepski lub obrażałby religię chrześcijańską.

Co by doradził pan młodym ludziom, którzy wybierają się na studia aktorskie?

- To musi być zawód z powołania, więc żeby nie wybierali go tylko dlatego, żeby zaistnieć w kolorowych czasopismach czy zarobić dużo pieniędzy, grając w serialu. Jeżeli to jest pasja to w porządku, ten zawód przyniesie satysfakcję - pomimo różnych trudności. Kiedyś byłem na tyle zdeterminowany, że nie mając pracy, sam próbowałem ją sobie zorganizować, np. robiąc monodram albo produkując spektakl. Żeby ten zawód nie przyniósł zawodu, nie można stać w miejscu i narzekać, tylko ciągle iść do przodu i się rozwijać.

Nad czym pan teraz pracuje?

- Jestem w trakcie zdjęć do filmu Marka Koterskiego pt. "7 uczuć". W sierpniu czekają mnie dni zdjęciowe do filmu Filipa Bajona, a potem jeszcze do "Dywizjonu 303". Gram w serialach "Klan" oraz "Na dobre i na złe". Zaś w Teatrze Polskim mam urlop - jestem zaproszony na festiwale filmowe, więc pewnie tam wypocznę. W tym roku czekają mnie jeszcze premiery filmów - "Dwie korony" i "Listy do M. 3". Śmieję się, że każdy z tych filmów ma jakąś liczbę - taka zbieżność, ale może powinienem zagrać w totolotka (śmiech)?

Rozmawiała Paulina Persa (PAP Life).

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Marcin Kwaśny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje