Mama w dresie

Natalie Portman ma zaledwie 32 lata, ale na jej koncie znajduje się już wiele wybitnych ról, w tym ta najważniejsza, nagrodzona Oscarem ("Czarny łabędź"). Po krótkiej przerwie związanej z macierzyństwem aktorka wraca na ekrany w sequelu "Thora".

Paweł T. Felis: W przeciwieństwie do ciebie twoi koledzy na planie filmu "Thor: Mroczny świat" nosili wspaniałe kostiumy i zmieniali się fizycznie nie do poznania. Nie zazdrościłaś im?

Reklama

Natalie Portman: - Przeciwnie! Proszę sobie wyobrazić: spędzasz kilka godzin dziennie w charakteryzatorni, przed każdym ujęciem cała ekipa od kostiumów poprawia najmniejszy detal twojego ubrania i włosów, a potem ledwo możesz się poruszyć, nie mówiąc o tym, jak trudno iść do toalety! (śmiech). W tym przypadku grać zwyczajną dziewczynę było dużo łatwiej.

- Nie taką zwyczajną zresztą: Jane Foster to przecież kobieta naukowiec, która ma odwagę widzieć więcej niż jej koledzy po fachu. I to mi się w tej postaci najbardziej spodobało. Kobieta w filmie akcji jest zwykle albo ładnym dodatkiem, albo wojowniczką, która potrafi bez trudu skopać bandę facetów i szczęśliwie wrócić do domu.

Jane też używa siły: policzkuje samego Toma Hiddlestone'a!

- Ale tylko raz. No, może kilka razy, bo mieliśmy sporo dubli (śmiech). Ale Jane jest inna, bo to kobieta, która ze światem męskiej siły walczy intelektem. A skoro potrafi myśleć, wcale nie musi mieć gigantycznych mięśni. Lubię tę postać. Choćby dlatego, że w świecie nauki ciągle za mało jest kobiet.

No właśnie: kiedy po "Gwiezdnych wojnach" pod koniec lat 90. twoja kariera na dobre rozkwitła, postanowiłaś zrobić sobie przerwę, studiować psychologię na Harwardzie, a w jednym z wywiadów powiedziałaś: "Wolę być mądra niż być filmową gwiazdą".

- Kiedy będę w wieku Anthony'ego Hopkinsa, być może ośmielę się powiedzieć, że coś wiem. Na razie to on mnie onieśmielał: kiedy graliśmy razem, jak dziecko zapominałam swoich kwestii... Straszne! I ja mam być mądra? (śmiech)

- Ale studia były fantastyczną decyzją. Oczywiście, psychologia pomaga mi teraz w zawodzie aktorki, ale najważniejsze, co wyniosłam ze szkoły, to wszechstronność. Ciekawość świata. Czyli bazę, dzięki której mogę robić różne rzeczy, rozwijać pasje - teraz albo za dziesięć lat, wszystko jedno. Do dziś mam zresztą przyjaciół ze studiów, z których jedni są artystami, inni naukowcami. Ale to fascynujący ludzie i jestem im niesamowicie wdzięczna, że pojawili się w moim życiu.

Przed "Thorem" dokształcałaś się z fizyki?

- Trochę. Przeczytałam parę książek, obejrzałam kilka dokumentów w rodzaju "Fizyka dla opornych". Ale na szczęście mogłam mówić kwestie, które napisał ktoś inny...

Przyjechałaś na plan "Mrocznego świata" niemal prosto z planu nowego filmu Terrence'a Malicka, w którym zagrałaś obok Michaela Fassbendera, Ryana Goslinga, Christiana Bale'a i Cate Blanchett. Ciężko było się przestawić?

- To podróż z jednego świata w inny, zupełnie jak w "Thorze"! (śmiech) U Terrence'a nie ma niczego pewnego, pracujemy właściwie bez scenariusza, musisz mieć w sobie ciągłą gotowość, żeby coś tworzyć. Ta spontaniczność, kreatywność jest niesamowita: nie jesteś tylko aktorem, ale masz poczucie, że razem z kolegami naprawdę coś wspólnie tworzysz. A potem przyjeżdżasz na plan "Thora..." i nie możesz uwierzyć: mieszkamy tuż obok wielkiego studia, gdzie pełno jest drzew, koni, po prostu anielski raj. Przez trzy godziny ktoś ustawia światło, ktoś inny przez pół dnia dopieszcza scenografię na jedno popołudniowe ujęcie. Wszystko perfekcyjnie przygotowane, jak w zegarku. I nagle zaczynasz doceniać to poczucie bezpieczeństwa: wreszcie wiem, co będę grać jutro! (śmiech).

A cyfrowa technika, green screeny, efekty specjalne? To pomaga aktorowi czy przeszkadza?

- W moim wypadku przeszkadza, bo dzięki 3D wszyscy zobaczą jeszcze wyraźniej, jak płaski mam biust! (śmiech) A mówiąc serio: dla aktora to dużo większe wyzwanie. Rozmawiasz z postaciami, których nie ma, przenosisz się w miejsca, które nie istnieją... Wymaga to niesamowitej wyobraźni: musisz zbudować sobie cały ten kolorowy świat w swojej głowie. Czujesz się często jak podczas aktorskich etiud na egzaminie - masz do dyspozycji zielony ekran, a musisz udawać, że właśnie przenosisz się w czasoprzestrzeni. Chyba zbyt często nie doceniamy aktorów, którzy w takich produkcjach potrafią stworzyć pełnokrwiste postaci.


Za chwilę zaczniesz zdjęcia do swojego reżyserskiego debiutu "A Tale of Love and Darkness" (polski tytuł: "Opowieści o miłości i mroku") na podstawie wspomnień wybitnego izraelskiego pisarza Amosa Oza. Dlaczego uznałaś, że właśnie teraz jest dobry moment, żeby stanąć po drugiej strony kamery?

- To historia, którą mam w głowie od siedmiu lat - od czasu, kiedy pierwszy raz przeczytałam książkę. Myślę o niej od dawna, wiele razy w tym czasie zmieniał się scenariusz. To właściwie opowieść o dorastaniu w czasach, kiedy tworzył się Izrael. Dla mnie to też ważna podróż duchowa: zaczęłam często jeździć do Izraela, poznawać tamtejszych ludzi. Zupełnie innych: Żydzi w Stanach, jak ja, całe życie dorastali w kulturze amerykańskiej. I pewna bariera, choćby z powodu tradycji i kultury, zawsze pozostanie.

- Ale być może jeszcze bym z tym projektem zwlekała, gdyby nie to, że pod koniec przyszłego roku przeprowadzamy się z rodziną do Paryża. Pomyślałam, że jeśli nie zdążę tego filmu nakręcić wcześniej, to być może nigdy już go nie zrobię.

Gdy twój mąż Benjamin Millepied (francuski tancerz baletowy i choreograf, para poznała się podczas zdjęć do "Czarnego łabędzia" - przyp. red.) zaproponował wyjazd do Paryża, gdzie będzie szefem Paris Opera Ballet, zgodziłaś się od razu?

- Oczywiście. A kto nie chciałby mieszkać w Paryżu? Poza tym potrafię mówić po francusku. Na razie na poziomie dość podstawowym, ale właśnie dlatego mam nadzieję, że dzięki Paryżowi mój francuski będzie jeszcze lepszy.


Co zmieniło się w tobie - jako kobiecie i aktorce - od kiedy zostałaś mamą?

- Nie wiem... Na pewno inaczej patrzę na swój zawód: aktorstwo to w porównaniu do obowiązków mamy bułka z masłem. Uwielbiam być mamą, ale kiedy jadę do pracy na zdjęcia, mam wrażenie, jakbym jechała na wakacje! (śmiech) A jako kobieta? Jestem chyba dużo spokojniejsza, bardziej cierpliwa. I staram się mniej oceniać innych. Kiedy jesteś matką, zaczynasz rozumieć, że nie ma jednego modelu na wychowywanie dzieci. Nie można powiedzieć, że to jest złe a tamto dobre. Każdy ma swój sposób i mój też nie jest doskonały, ale jest... mój.

Miałaś 14 lat, kiedy zagrałaś w "Leonie zawodowcu" Luca Bessona. A gdyby twój syn chciał iść w twoje ślady?

- Jeśli tylko aktorstwo będzie jego pasją, to czemu nie? Moi rodzice nauczyli mnie, że najważniejsze, to wspierać dziecko w jego własnych wyborach. I zawsze byli przy mnie, nawet kiedy niektóre decyzje wydawały się ryzykowne.

14-latka w filmie: to było ryzykowne.

- Wtedy wiele osób krytykowało mnie i moich rodziców za to, że pozwolili mi zagrać nimfetkę w filmie dla dorosłych. Ale dziś czasy są zupełnie inne: życie 14-latków jest wystawione na widok publiczny dużo bardziej niż wówczas moje. Bo mamy Facebooka, instagrama, telefony komórkowe... Nie mam poczucia, że praca z Bessonem w jakikolwiek sposób wyrządziła mi krzywdę. Przeciwnie - otworzyła wiele drzwi.


Popularność nigdy ci nie dokuczała?

- Bez przesady: to naprawdę nie jest najgorsza rzecz na świecie. Jest dużo gorszych. I jestem ostatnią, która ośmieliłaby się narzekać na popularność. Oczywiście, że to tylko efekt uboczny, bo w naszej pracy chodzi o coś innego. Ale opowieści o tym, jak ciężko być sławną, trochę mnie śmieszą.

A ludzie, którzy fotografują cię na ulicy? Paparazzi?

- Mam tę cechę, że kompletnie tego nie zauważam. Jeśli ktoś robi z oddali dyskretne zdjęcie, to OK. Jeśli ktoś podejdzie i zapyta o autograf, nie widzę w tym problemu.

Dla wielu jesteś ikoną mody, ale twoja postać w "Thorze..." nie ubiera się zbyt dobrze...

- (śmiech) Myślę, że ubiera się tak, jak jej wygodnie. Nie wierzę w mody, kanony, style. Każdy musi ubierać się w sposób, który pasuje do twojego stylu życia, do twojej pracy, osobowości.

- Ale ja jako ikona mody? Nigdy nie przywiązywałam do niej zbyt dużej wagi. Oczywiście na premiery, nagrody, uroczystości przygotowujemy się specjalnie: mamy ludzi, którzy pomagają nam zmienić się w piękne księżniczki. Ale potem wracam do domu, gdzie jestem normalną mamą w dresie. I... bardzo mi z tym dobrze.

Rozmawiał w Londynie: Paweł T. Felis.

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

Dowiedz się więcej na temat: Natalie Portman

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje