Małgorzata Pieńkowska: Trochę szaleństwa

Przed laty zaśpiewała w wielkim przeboju Formacji Nieżywych Schabuff refren „Chciałabym, chciała”. Potem zadomowiła się w serialu „M jak miłość”, a wkrótce zobaczymy ją w „Tańcu z gwiazdami”.

W "Tańcu z Gwiazdami" Małgorzata Pieńkowska wyjdzie na parkiet w towarzystwie Stefano Terrazzino

Czym dla pani jest taniec?

Małgorzata Pieńkowska: - Przede wszystkim kontaktem z samą sobą. Biorąc pod uwagę to, co powiedziały moje koleżanki, które występowały wcześniej w tym przedsięwzięciu, jest to rodzaj otwarcia się na siebie. Dzięki udziałowi w "Tańcu z gwiazdami" mogę wreszcie spojrzeć na siebie w lustrze nie po to, żeby się sobą "zachwycać", ale po to, żeby zobaczyć, kim jestem. I chyba im szybciej siebie zaakceptuję, tym ciekawszy będzie taniec, który wykonam na parkiecie.

Czyli taniec jest drogą do samopoznania?

- Tak mi się wydaje, ale poza tym tancerze mają nieprawdopodobną świadomość swojego ciała, wiedzą, jak jest ono zbudowane. I nie chodzi tu o to, gdzie są nerki, serce czy wątroba, ale o nazwanie poszczególnych mięśni i znajomość sposobów pracy nad nimi. Czuję, że w tym programie czeka mnie wspaniała przygoda. Na pewno będę się bardzo starała. Przede wszystkim zależy mi na tym, żeby być sobą. Kto wie, może dowiem się czegoś nowego na swój temat?

Zajmowała się pani wcześniej tańcem?

- Jako dziecko w szkole podstawowej tańczyłam w zespole, znam więc dobrze oberka, poloneza czy mazura. Ale one nie są "cielesne". W tańcu towarzyskim dominuje bliska interakcja z partnerem, jest zmysłowy kontakt, co z kolei bywa czasami opacznie odbierane. To dlatego potem pojawiają się doniesienia o różnych romansach na planie "Tańca z gwiazdami". (śmiech)

Czy to prawda, że zawodowym aktorom jest łatwiej w tym programie, ponieważ potrafią zagrać emocje?

Reklama

- Tu chyba nawet nie chodzi o to, żeby zagrać emocje, ale o to, żeby całkowicie wejść w konkretną rolę. Ten kilkuminutowy taniec jest przecież małym spektaklem.

Wiele razy zapraszano panią do "Tańca z gwiazdami", dlaczego dopiero teraz zdecydowała się pani wystąpić?

- To był inny czas, a teraz zrobiła się na to przestrzeń. Być może miała na to wpływ premiera mojego monodramu "Zofia", po której stwierdziłam, że potrzebuję w moim życiu trochę radości oraz szaleństwa. Na co dzień jestem odpowiedzialną i dość "pozamykaną" osobą. Mam nadzieję, że ten program mnie otworzy.

Czy przygotowywała się pani wcześniej do treningów?

- Regularnie gram w tenisa, chodzę na basen, czasem biegam, ale i tak musiałam się wcześniej wzmocnić. Treningi taneczne pochłaniają cztery godziny dziennie, jest więc dość intensywnie, zwłaszcza że poruszam te części ciała, którymi od dawna się nie zajmowałam, chodzi mi o poprzeczne mięśnie brzucha czy kręgosłup.

Czy cieszy się pani już na te fantastyczne sukienki, makijaże, fryzury, w których wystąpi pani na parkiecie?


- Jestem pod wrażeniem kreatywności Malwiny Wędzikowskiej, autorki kostiumów, a z Anią Ampulską, która makijażem potrafi czynić cuda, pracowałam już wcześniej. To profesjonalistki i z wielką chęcią się im poddam.

Co powiedziała pani córka Inka, kiedy dowiedziała się, że zobaczy mamę w tanecznym show?

- Że jestem odważna i że mnie podziwia. Ten zawód polega czasami na tym, że człowiek zafunduje sobie takie duże wyzwanie i trzeba mu potem stawić czoło. Na szczęście mam Inkę, która bardzo mnie wspiera.

Jest kilka imion kobiecych, które są pani szczególnie bliskie. Zacznę od wspomnianej wcześniej "Zofii". Kim ona jest?

- Sophia, czyli mądrość... To bohaterka mojego monodramu o Zofii Rodowicz, matce harcerza z Szarych Szeregów, który zginął w 1949 roku w niewyjaśnionych okolicznościach po zatrzymaniu przez UB. Historia Zofii była tylko pretekstem do pokazania losów polskich kobiet, które w czasach powstań czy wojen straciły mężów lub dzieci i w wieku trzydziestu paru lat zostawały same. Ale ta historia ma wiele wątków, opowiada też o miłości, odchodzeniu i o śmierci.

Gdzie można zobaczyć pani spektakl?

- W warszawskim Teatrze Powszechnym, ale mam nadzieję, że może uda mi się pojechać z nim także w Polskę. Bardzo lubię spotkania z publicznością poza Warszawą, to jest coś fantastycznego dla aktora.

Kolejne imię to Marysia. Lubi pani swoją bohaterkę z "M jak miłość"?

- Bardzo. Ta rola dużo mi dała. Gram ją najdłużej w swojej pracy zawodowej, dzięki niej istnieję w tym zawodzie i od parunastu lat regularnie jestem w polskich domach. Gdyby nie było Marysi, nie byłoby "Zofii" i nie zatańczyłabym w "Tańcu z gwiazdami".

A Goja?

- Oj, to wymyślił mój kochany brat Michał, kiedy był jeszcze mały. I tak zostało. Mama do tej pory mówi czasami do mnie Goja i to jest wzruszające. Ta wersja mojego imienia działa na mnie jak "przełącznik" - od razu czuję się taka zaopiekowana i bezpieczna.

Marzena Juraczko

Dowiedz się więcej na temat: Małgorzata Pieńkowska | Taniec z Gwiazdami 4

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje