Małgorzata Kukuła: Lubię swoją pracę, ale nie jestem celebrytką

We „Wstajesz i weekend” czyta serwisy informacyjne, jednak widzów zdobyła nie tylko profesjonalnym podejściem do pracy, ale też ciepłem i poczuciem humoru.

Małgorzata Kukuła

Chciałaby pani kiedyś zostać prowadzącą "Wstajesz i wiesz"?

Małgorzata Kukuła: - Gdyby np. Marcin nie przyszedł i musiałabym to zrobić za niego, to bym to zrobiła, ale planów takich nie mam. Mnie się podoba obecna formuła.

Ze wspomnianym Marcinem Żebrowskim stworzyliście w porannym weekendowym paśmie bardzo zgrany duet.

- Między nami "zaskoczyło", ponieważ na antenie jesteśmy dokładnie tacy sami, jak poza nią. Dogryzamy sobie, żartujemy z siebie, Marcin bardzo lubi pośmiać się z czegoś, czego ja nie potrafię robić. Nawzajem się wystawiamy i się z siebie śmiejemy. Nawet czasem się zastanawiamy, czy już nie przekraczamy jakiejś granicy. Ale skoro szef nie dzwoni, to może nie jest źle.

Reklama

Marcin przy każdej okazji zaznacza, że jest z Gdyni, ale jakoś pani mniej chwali swój Kraków...

- Naprawdę? A mnie się wydawało, że w co drugim zdaniu o nim mówię. A w ogóle to ja nie jestem z samego Krakowa, tylko spod Wadowic. Tyle, że w Krakowie trochę mieszkałam i tam zaczynałam pracę. Urodziłam się w tym samym szpitalu, co papież, chodziłam do tej samej szkoły. Kiedy się o tym dowiedzieli spadochroniarze, z którymi robiłam materiał do programu, od razu zostałam "Kremówką".

W Krakowie pani studiowała i zaczynała pracę w TVN-ie.

- Studiowałam komparatystykę, czyli literaturoznawstwo porównawcze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach, w 2008 roku, postanowiłam spróbować, jak to jest pracować w mediach. Poszłam do TVN-u, żeby zobaczyć, jak to wszystko wygląda z bliska. Najpierw byłam researcherką, potem reporterką, prowadziłam blok "Dzień na żywo", a od 2014 roku jestem we "Wstajesz i wiesz". Mam wrażenie, że w życiu zwykle trafiałam na bardzo dobrych ludzi, a na ścieżce zawodowej na tych, którzy mi pomagali i dawali cenne rady. Przed moim pierwszym "lajfem" zadzwoniłam do wszystkich trzech krakowskich reporterów z prośbą o rady. Tradycją stało się, że każdy reporter z Krakowa zaczynał "lajfować" z zakopianki. Tego pierwszego dnia zrobiłam 11 wejść.

Na antenie pracuje pani już prawie 10 lat, nie jest pani anonimowa, a jednak nie widać pani ani na imprezach, ani nie ma pani swojego fanpage’a...

- Lubię swoją pracę, ale nie mam potrzeby pokazywania się na ściankach, nie jestem celebrytką. Jakoś nie czuję też, że powinnam mieć oficjalną stronę. Nie widzę siebie w sytuacji, w której miałabym robić sobie zdjęcia przed programem i mówić, że już, już za chwilę, wchodzę na antenę. Nie czuję tego.

Ale czyta pani komentarze o sobie?

- Czasem, ale nie odpisuję. Nie wiem, z kim mam do czynienia po drugiej stronie. Kiedyś na "Poranku" przyszedł do mnie ochroniarz z nazwiskiem na kartce. Zapytał, czy znam tego człowieka, bo on na dole czeka na mnie od kilku godzin i twierdzi, że jesteśmy umówieni na obiad. Nie miałam pojęcia, kto to, więc ochroniarze się nim zajęli. Z kolei w internecie też pojawiają się jakieś pytania czy propozycje, których nawet nie warto komentować. Od razu robię blokady na takie osoby. Miałam kiedyś sytuację, o której teraz już mogę na spokojnie mówić, ale wtedy sporo mnie kosztowała. Pokazywaliśmy jakiś materiał o kotach, a kiedy pokazujemy zwierzątka, Marcin zwykle zostawia mi komentarz. No więc z wrodzonej przekory powiedziałam, że koty są fajne, milusińskie, inteligentne, ale mają coś dziwnego w oczach. I okazało się, że to był mój błąd!

Dlaczego?

- Niektórzy widzowie zareagowali bardzo sympatycznie - próbowali mnie przekonać, że kociaki są miłe. Ale inni bardzo się na mnie zezłościli i dostawałam mnóstwo niefajnych komentarzy, wyzwisk, nawet gróźb. Jedna pani przysłała mi filmik, na którym ktoś podpalił kota, i napisała, że skoro tak nienawidzę kotów, to na pewno mi się to spodoba. Nie mogłam tego zrozumieć - przecież nie powiedziałam nic złego! To było naprawdę straszne. Od tego momentu zaczęłam się zastanawiać, na ile w takich luźnych rozmowach mogę sobie pozwolić na jakieś komentarze. Wtedy Marcin powiedział, żebym nie dała się zastraszyć, żebym zostawiła to za sobą i nie wdawała się w polemikę. I to była chyba najwłaściwsza rada. Byłam zaskoczona, jak słowem można zniszczyć drugiego człowieka. Albo przynajmniej podniszczyć.

Czyli nie ma bezpiecznych tematów. Do tego dochodzi stres związany z prowadzeniem programu na żywo. Musi chyba pani potem jakoś odreagować?

- Przede wszystkim muszę się troszkę przespać - taka drzemka 30-minutowa jest optymalna. Potem lubię jakąś aktywność fizyczną - bieganie, rolki, jogę. Przyznaję, z życiem towarzyskim jest pewien kłopot, bo mogę posiedzieć góra do godziny 20-21. Ale nawet gdybym się zdecydowała zabalować - co, jeśli będzie wydanie specjalne? Kilka razy zdarzyło się, że zadzwonili z pracy np. o północy czy o drugiej, że coś się stało i mam szybciej przyjechać, bo antena jest np. od 3 rano. A przecież charakteryzatorki nie wszystko dadzą radę ukryć. Więc staram się nie przesadzać.

To na koniec zapytam troszkę inaczej niż na początku - chciałaby pani poprowadzić własny program?

- Tak, w przyszłości tak, ale musi jeszcze minąć kilka lat, bo na razie nie jestem na to gotowa. To byłby program podróżniczy o egzotycznych krajach, które już miałam okazję odwiedzić.

A były to...

- Na razie tylko dwa, dlatego jeszcze programu by z nich nie było. Byłam w Nepalu i Indiach. Z tymi ostatnim wiąże się zabawna historia. Na jakimś wyjeździe zagranicznym razem z koleżanką poznałyśmy Hindusa, z którym się zaprzyjaźniłyśmy. Pewnego dnia dostałam mail od jego siostry. Napisała: "Cześć, nie znasz mnie, mam na imię Netra, wiem, że przyjaźnisz się z moim bratem, więc chciałabym Cię prosić o pomoc. Czy mogłabyś go namówić, żeby się do mnie odezwał? On i mój tata obrazili się na mnie, ponieważ sama wybrałam sobie męża. Jestem teraz w Nowej Zelandii i jest mi z tym bardzo ciężko". Więc zadzwoniłam do niego i tyle mu przekazałam grubych słów po angielsku, ile mogłam. Jakiś czas później Netra napisała do mnie, że się pogodzili i w związku z tym nie wyobraża sobie, żeby mnie miało nie być na jej weselu. Więc się spakowałam i z koleżanką pojechałam. A w zeszłym roku byłam w Nepalu. Myślę, że co roku do Azji jeździć bym nie mogła, ale od czasu do czasu tak. Teraz marzy nam się Birma.

Ewa Gassen-Piekarska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje