Maja Komorowska: Porządkuję swoje życie

Kochana i podziwiana – zarówno jako aktorka, profesor sztuk teatralnych, jak i mama oraz babcia. Każda jej rola to majstersztyk, przemyślany w najdrobniejszym szczególe. "Miałam wielkie szczęście" - mówi Maja Komorowska.

"Przede wszystkim spotykam się z ludźmi. To dla mnie bardzo ważne" - mówi Maja Komorowska

W grudniu 2017 roku Maja Komorowska obchodziła 80. urodziny. Jubileusz aktorki połączono z premierą książki Barbary Osterloff "Pejzaż. Rozmowy dawne i nowe z Mają Komorowską".

Reklama

W książce "Pejzaż. Rozmowy dawne i nowe z Mają Komorowską" wspomina pani swojego brata Piotra oraz inne osoby, które ostatnio odeszły. Tych faktów nie da się już zmienić. Pejzaż bez nich wydaje się pusty?

- Tak. Rok temu, w kwietniu, w noc Zmartwychwstania, umarł mój brat bliźniak, Piotr. Piszę o nim w rozdziale "Nie z żalu, ale z zamyślenia". 80. urodziny wypadły już po jego śmierci i po raz pierwszy musiałam przejść przez nie sama. Śmierć bliźniaka, kogoś tak bardzo bliskiego, sprawiła, że przynagliło mnie to do poszukiwania odpowiedzi na pytania, które ciągle jeszcze sobie zadaję. Nie wiem, co będzie, ale chciałabym, żeby ten czas, który mi pozostał, umieć dobrze wypełnić.

Czym wypełnia pani swoją teraźniejszość?

- Przede wszystkim spotykam się z ludźmi. To dla mnie bardzo ważne. Mam dużo spotkań w związku z książką, opowiadam historie, które są dla mnie ważne, o ludziach, których spotkałam, znanych i nieznanych, czytam wiersze i wciąż występuję na scenie. W Teatrze Współczesnym gram w sztuce "Mimo wszystko" w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. Od 13 lat gram Sarah Bernhardt i towarzyszy mi na scenie wspaniały aktor i przyjaciel Wiesław Komasa. Ze względu na remont przerwaliśmy teraz wystawianie "Szczęśliwych dni" Becketta w Teatrze Dramatycznym, które gramy już 23 lata, ale przedstawienie ma wrócić do repertuaru. Gram także Rabina w "Aniołach w Ameryce" u Krzysztofa Warlikowskiego. Pracy mam ciągle dużo, ale chciałabym znaleźć czas dla ludzi, których spotkałam w swoim życiu. Tylu z moich bliskich już odeszło. (...)

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą?

- Spotkania z ludźmi i żegnanie tych, którzy odchodzą, jest dla mnie ważne. Ostatni rok to była niekończąca się litania pożegnań: Danuta Szaflarska, Wojciech Młynarski, Gustaw Lutkiewicz, Władek Kowalski, Wiesław Michnikowski, Janusz Głowacki, Wojciech Pokora, Zbigniew Osiński - największy znawca teatru Grotowskiego, Jerzy Jedlicki - wspaniały historyk. Wszystkich wymienić nie sposób. (...)

Powiedziała pani kiedyś, że na wspomnienia pracuje się całe życie. Współtworzą je osoby, które spotkała pani na swojej zawodowej ścieżce...

- Tak, miałam wielkie szczęście, że pracowałam z wybitnymi reżyserami teatralnymi i filmowymi. Wiele zawdzięczam Jerzemu Grotowskiemu. Dzięki niemu mogłam "rozgimnastykować ciało i wyobraźnię". W Teatrze Współczesnym we Wrocławiu spotkałam Jerzego Jarockiego i było to jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu. To u niego, w przedstawieniu "Stara kobieta wysiaduje", fruwałam na żyrandolu. Jarocki też jako pierwszy obsadził mnie w komediowej roli w sztuce "Każdy kocha Opalę". Niezwykłe było spotkanie z Krystyną Skuszanką i Jerzym Krasowskim, u którego w "Końcówce" Becketta zagrałam rolę męską. Erwin Axer,który zobaczył to przedstawienie we wrocławskim Teatrze Polskim zaangażował mnie potem do Teatru Współczesnego w Warszawie. Wiele było tych ważnych spotkań teatralnych, bo jeszcze z Maciejem Englertem, Bohdanem Korzeniewskim, Wojciechem Adamczykiem, Krzysztofem Warlikowskim i oczywiście Krystianem Lupą - spotkanie niezapomniane! Miałam też wspaniałych partnerów: Zbyszka Zapasiewicza, Piotra Fronczewskiego, Daniela Olbrychskiego, Jana Nowickiego, Andrzeja Łapickiego, Władka Kowalskiego. Nie można mówić o swojej pracy, nie uwzględniając partnerów, reżyserów, operatorów, kostiumologów.

Ciekawym wątkiem w pani zawodowej biografii były role męskie! Zaczęło się od "Końcówki" Becketta. Jak pani zareagowała?

- Na początku było zdumienie. Czytam obsadę, wiem, że w sztuce występuje jedna kobieta, ale ja jej nie gram. Krasowski obsadził mnie w roli męskiej i było to wspaniałe wyzwanie. Gniew, ból, cierpienie - wszystko było w tym człowieku. Z wdzięcznością
myślałam wtedy o Jerzym Grotowskim, bo to u niego nauczyłam się, jak można "prowadzić głos", jak dawać sobie z nim radę. Potem zaskoczył mnie Tadeusz Konwicki, proponując rolę w "Lawie". Jak "Dziady", myślę sobie, to pewnie Rollisonowa. Okazało się, że Guślarz! I jeszcze Warlikowski, który obsadził mnie w roli Rabbiego w "Aniołach w Ameryce". Mówię tam piękny tekst o pamięci. Dzięki tym rolom mogłam dotknąć tej drugiej płci. Zresztą, jak mówił Beckett w "Końcówce", "płeć dodaje się na końcu".

Pierwszym reżyserem, który odkrył panią dla filmu, był Krzysztof Zanussi.

- Najpierw zaprosił mnie na zdjęcia próbne do "Struktury kryształu". Zabawna historia. Nie umiałam tekstu i improwizowałam, bez wiary w to, co mówię. W pewnym momencie usłyszałam, że wszyscy duszą się ze śmiechu. Zanussi powiedział wtedy, że nie wiedział, że napisał komedię. Po takim wstępie nie bardzo wierzyłam, że jeszcze się spotkamy. Myliłam się. Zrobiliśmy razem "Góry o zmierzchu", "Życie rodzinne", gdzie zagrałam efektowną Bellę, i "Za ścianą", gdzie byłam szarą Anną. Okulary, upięte włosy, torebka, płaszczyk. Kiedy mój filmowy partner, Zbigniew Zapasiewicz, zobaczył mnie w tym kostiumie i charakteryzacji - a stałam w kolejce po herbatę - to mnie nie poznał. W "Życiu rodzinnym" byłam przecież zupełnie inną osobą. To mi pomogło, bo mnie nie zaszufladkowano. Potem był jeszcze "Bilans kwartalny", "Kontrakt", "Spirala", "Rok spokojnego słońca" oraz "Cwał".

Za rolę ciotki Idalii w "Cwale" dostała pani m.in. nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni.

- Na początku nie wierzyłam, że Idalia była jednocześnie sobą i wymyśloną przez siebie siostrą. Ale to prawdziwa historia, którą Krzysztof opowiedział ze swojego życia. Ten film dał mi wiele radości, ponieważ mogłam jeździć konno. Wcześniej trochę sobie pojeździłam w "Pannach z Wilka" z Danielem Olbrychskim oraz w niemieckim filmie "Drogi pośród nocy", gdzie musiałam z miejsca zagalopować. Pomagał mi Andrzej Szenajch. Mówiłam, że muszę bardzo dużo ćwiczyć. Jeździectwo to drogi sport, na który w tamtych czasach trudno było sobie pozwolić. A tak, w ramach pracy nad filmem, miałam lekcje jazdy konnej. (...)

Pojechała pani na festiwal filmowy do Wenecji w 1984 roku, kiedy film zdobył Złotego Lwa?

- Tak, byłam w Wenecji, spotkałam się ze Scottem Wilsonem, ale wyjechałam przed wręczeniem nagród. Dostałam wtedy wspaniałą suknię szytą złotą nitką, od pani Gershwin - Scott mi ją przywiózł. Niestety, ukradli mi ją potem podczas włamania do mojego mieszkania. Tę suknię trzymałam dla wnuczki, nigdy jej nie włożyłam.

Gażę za rolę Racheli w "Weselu" też pani ukradziono?

- Tak, całą. Muszę przyznać, że bardzo się wtedy zdenerwowałam. Nie wiem, jak to się stało. Skończyły się zdjęcia do "Wesela". Pamiętam, że kasjerka czekała, aż się rozcharakteryzuję, żeby mi wypłacić pieniądze. Wypłaciła. Potem sprawdzam w samochodzie - jechaliśmy na spotkanie ze Zbyszkiem Zapasiewiczem do Polskiej Akademii Nauk - nic nie ma.

Kiedy została pani zaatakowana w swoim bloku w windzie, to był moment przełomowy. Mówiła pani o tym w książce.

- Tak, mówiłam o fakcie, ale nigdy nie opisałam, jak to się stało. Dwukrotnie w ostatniej chwili wyjmowałam ten opis ze swoich książek. A dlaczego o tym mówię? Bo to miało wpływ na moje późniejsze życie. Kiedy człowiek przeżywa taki moment niepewności, co z nim będzie, to chce spojrzeć na swoje życie już z innej perspektywy. Obiecałam sobie, że jeśli wyjdę cało z tego wypadku, będę porządkować swoje życie. I staram się to robić, choć mam świadomość, że wszystkiego uporządkować nie zdążę. Z wnukami relacje są bardzo uporządkowane. Mam wspaniałe wnuki. Kasia skończyła iberystykę. Zosia slawistykę. Jerzy studiuje filozofię po angielsku, a Janek amerykanistykę. Dużo mam wspomnień z naszych wspólnych zabaw, kiedy byli jeszcze dziećmi. Często jeździliśmy do Łazienek, rozmawialiśmy. Opowiadam o tym w książce. (...)

O studentach, których pani uczyła, mówi się klan Mai Komorowskiej.

- Bardzo dużo pracowałam z nimi i chyba porządnie. Myślę, że po prostu to docenili. Cieszę się z ich sukcesów. Julka Kijowska, Agnieszka Glińska, Marcin Przybylski, Borys Szyc, Agata Kulesza, Agnieszka Suchora, Paweł Paprocki, Artur Żmijewski i in. To wielka radość, że miałam wkład w ich rozwój. (...)

Można powiedzieć, że miała pani szczęście do ludzi?

- Tak, miałam szczęście i do reżyserów, i do partnerów na scenie, w filmie, telewizji, i do studentów. To samo mogę powiedzieć o wnukach. Mój syn naprawił to, co mnie się nie udało - ma czworo dzieci i wspaniałą żonę. Ważne dla mnie w ostatnim czasie były książki Wiktora Osiatyńskiego "Rehab" i "Litacja". Mówił, że każdego dnia zapisywał, za co może być wdzięczny. Jedno zdanie jest mi szczególnie bliskie: "Bardzo trudno jest zmienić swoje myślenie, ale można zmienić czyny. A wtedy za czynami pójdą  myśli". I to jest przesłanie nie tylko dla uzależnionych od alkoholu, ale i dla uzależnionych od życia. To piękne. To porządkowanie.

Rozmawiała Ewa Jaśkiewicz

*****
Maja Komorowska
urodziła się 23 grudnia 1937 roku w Warszawie. Po studiach związana z Teatrem Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Od 1972 r. jest w zespole Teatru Współczesnego (Warszawa), a od 1982 r. wykłada w Akademii Teatralnej. Znamy ją z filmów: "Panny z Wilka", "Wesele", "Cwał", "Katyń". Była żoną Jerzego Huberta Tyszkiewicza (zm. 2014). Ma syna Pawła. Wspiera Fundację Hospicjum Onkologiczne  im. św. Krzysztofa na Ursynowie.

Cały wywiad można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Tele Tydzień" (18/2018)

Dowiedz się więcej na temat: Maja Komorowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje