Magdalena Cielecka: Lubię tajemnicze postaci

Uwielbia grać role, których tworzenie kosztuje ją sporo emocji. Dlatego też zawsze uważnie przygląda się zawodowym propozycjom. Od 15 lutego będziemy mogli oglądać Magdalenę Cielecką w serialu „Belle Epoque”.

Bohaterowie, którzy mają jakiś problem ze sobą, są ciekawsi… Dlatego wolę grać takie role - mówi Magdalena Cielecka

Zacznijmy od początku. Jak to się stało, że wybrała pani aktorstwo?

Reklama

Magdalena Cielecka: - Nigdy nie byłam zdeterminowana, by zostać aktorką i szczerze mówiąc, nie do końca wiedziałam, z czym się wiąże uprawianie tego zawodu. Kiedy na przełomie podstawówki i liceum zaczęłam zastanawiać się nad tym, co chciałabym robić w przyszłości, nie brałam pod uwagę aktorstwa. Wtedy myślałam raczej o polonistyce lub historii sztuki, czyli takich bezpiecznych i właściwie niedookreślonych kierunkach, które z dzisiejszej perspektywy określiłabym jako pomysły na brak pomysłu.

Ale w ogóle nie miała pani artystycznych zapędów?

- Jeśli chodzi o występy na imieninach, to oczywiście z dużą radością recytowałam wierszyki. Chętnie grałam także w różnych teatrzykach, nie odczuwałam tremy. Ale wówczas jeszcze do głowy mi nie przyszło, że kiedyś będę występować zawodowo. Nie zbierałam zdjęć aktorów, nie wyobrażałam sobie siebie występującej w teatrze czy na ekranie. Moja przygoda z aktorstwem, a dokładnie z teatrem, zaczęła się w częstochowskim liceum. Nasza polonistka była absolutną fanatyczką teatru i dzięki niej raz w miesiącu odwiedzaliśmy Teatr im. Adama Mickiewicza. Myślę, że to był pierwszy moment, w którym w ogóle zaczęłam dostrzegać zawód aktora.

- A na dodatek jeszcze tak się złożyło, iż w tym czasie zaczęłam trochę grać na gitarze, śpiewać. Potem, ponieważ okazało się, że całkiem nieźle sobie z tym radzę, zaczęłam jeździć na różne konkursy wokalne, z których wracałam z nagrodami. I po pewnym czasie, przechodząc kolejne szczeble, zaczęto mnie zapraszać na przeglądy poezji śpiewanej. I właśnie tam złapałam aktorskiego bakcyla. I nawet nie chodziło o moment wejścia na scenę, bo ten akurat sporo mnie kosztował, ale raczej o grupę ludzi, których spotykałam przy tej okazji. Zakochałam się w nich, w ich wrażliwości, sposobie patrzenia na świat. Uznałam, że nie wyobrażam sobie życia z dala od nich i atmosfery, którą tworzą.

- I to właśnie nowi przyjaciele podpowiedzieli mi, żebym zdawała do szkoły teatralnej. Pomyślałam: czemu nie? I poszłam na egzaminy, które zaliczyłam. Ale zawsze powtarzam, że nie wiem, czy gdybym nie dostała się za pierwszym razem, to próbowałabym po raz kolejny. Nie było we mnie żadnej determinacji czy desperacji, która kazałaby mi zdawać aż do skutku. Co zabawniejsze, nie było również przeświadczenia, że to jest to, co ja chcę robić. Nawet jeszcze w czasie studiów czułam się jak taki wirujący listek, który płynie z nurtem. Wszystko działo się trochę samo...

A kim by pani była, gdyby nie zdała pani egzaminów do szkoły teatralnej?

- Nie wiem, wszystko zależy od tego, czy wyjechałabym z Żarek-Letnisko, czy nie. Pewnie gdybym została, to byłabym nauczycielką albo dziennikarką w którejś ze śląskich gazet. A może po skończeniu historii sztuki...

Czy w czasie nauki w krakowskiej PWST któryś z profesorów miał na panią szczególny wpływ, został pani mistrzem?

- Z tego czasu wspominam dwie bardzo silne osobowości, które, jak sądzę, wywarły na mnie spory wpływ. Opiekunką naszego roku była Anna Polony - pedagog bardzo surowy, szalenie wymagający, zwolenniczka twardego rzemiosła i klasycznie pojmowanego teatru. Uczyła nas rzetelnych zasad uprawiania aktorstwa i pewnych zawodowych zasad fair play - grupowej odpowiedzialności za scenę czy cały spektakl. Mimo to, że całkiem nieźle radziłam sobie z technicznymi zawiłościami aktorstwa i właściwie spełniałam wszystkie wymagania, Anna Polony opowiadała, że miała ze mną problem - byłam trochę nijaka i zbyt grzeczna.

- I rzeczywiście taka wtedy byłam. Ciągle jeszcze szukałam siebie. Dopiero chyba na trzecim roku Annie Polony wespół z profesor Martą Stebnicką, która uczyła piosenki, udało się mnie "otworzyć". Puściłam "farbę", czyli emocję, która spowodowała, że oprócz tego, iż wszystko bezbłędnie recytowałam, to jeszcze wypełniłam swoje role jakimś uczuciem. Zaczęłam je przeżywać. Oczywiście oprócz starań dwóch świetnych pedagogów, złożyły się na to jeszcze inne czynniki - dojrzewanie, prywatne doświadczenia.

Jak pani wspomina swój filmowy debiut? Rola zakonnicy Anny w "Pokuszeniu" nie była łatwa...

- To był skok na główkę, ale na szczęście w tym basenie była woda. A dokładnie była Barbara Sass-Zdort, która film reżyserowała i przeprowadziła mnie przez niego, trzymając za rękę. Był to bardzo ważny, wręcz przełomowy moment w moim życiu zawodowym. O tym, że akurat ja zagrałam Annę, w pewnej mierze zadecydował przypadek, genialny zbieg okoliczności. Bo przecież Barbara wcale nie musiała pojawić się na moim przedstawieniu dyplomowym i zwrócić na mnie uwagi. Mam takie poczucie, że oczywiście zrobiłam, co mogłam i dość szybko poczułam ten filmowy świat, ale to Barbara stworzyła tę postać. Ja właściwie jej nie zbudowałam. To ona ją wymyśliła, najpierw na etapie scenariusza, a potem ją "ulepiła" ze mnie.

- Jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo ten debiut od razu wywindował mnie na inny poziom. Dzięki tej roli nie musiałam pokonywać tych pierwszych szczebelków kariery. Od razu stałam się kimś, z kim rozmawia się inaczej niż z osobą, która kilka miesięcy wcześniej skończyła szkołę aktorską i osobą, której proponuje się już nieco inne role niż debiutantom. Ominęłam cały etap grania "ozdobniczego" czy godzenia się na wszystkie propozycje. Ale rola w "Pokuszeniu" ustawiła również moje myślenie o aktorstwie. Wiedziałam, że skoro wystartowałam w taki sposób, to nie mogę sobie pozwolić na obniżanie lotów. Czułam, że każdą następną propozycję muszę oglądać niemalże pod lupą.

Straszną odpowiedzialność pani na siebie nałożyła.

- To prawda. Przed każdą zawodową decyzją radziłam się wielu osób, miedzy innymi Barbary. Bardzo długo bałam się sprzeniewierzyć temu, co już na początku zostało mi dane. Nie chciałam tego zepsuć. Dziś myślę, że wyszło mi to na dobre.

No tak, ale chyba przez kilka lat towarzyszył pani spory lęk przy zawodowych decyzjach?

- Owszem, ale miałam to szczęście, że w tym okresie, gdy długo rozważałam każdą propozycję, czyli między rokiem 1995 a 1999, polska kinematografia była dość specyficzna. W tym czasie nie było ciekawych ról dla dziewczyn. Kręcono głównie męskie, dość agresywne filmy. Ten czas "przeczekałam" w Starym Teatrze w Krakowie, gdzie dostawałam sporo ról, i w Teatrze Telewizji. Zdecydowałam się jedynie na udział w serialu "Sława i chwała" Kazimierza Kutza, w filmie "Amok" Natalii Korynckiej i w "Jak narkotyk" Barbary Sass-Zdort. Dziś pewnie miałabym znacznie większy problem, by nie ulec pokusie przyjęcia którejś z wielu propozycji.

Ma pani swoją ulubioną rolę?

- Nie mam. Zwykle twierdzi się, że ta ostatnia jest ulubiona albo, że się na taką czeka. Moim zdaniem, w różnych momentach życia i drogi zawodowej inaczej ocenia się swoje role - na prywatnym podium następują roszady. Najczęściej rzeczywiście najwyższe miejsca zajmują te najświeższe rzeczy. Pewnie dlatego, że, mam taką nadzieję, ciągle się rozwijamy, dojrzewamy, uczymy się na błędach i każda kolejna kreacja jest coraz lepsza. Aczkolwiek muszę przyznać, że lubię kilka ról z nieco odleglejszej przeszłości, na przykład tę, w którą wcieliłam się w "Egoistach". Nie wiem, czy dzisiaj zdobyłabym się na taki "wyczyn".

- A wśród ostatnich szczególnie bliska mojemu sercu jest Iza, którą zagrałam w "Zjednoczonych stanach miłości". To taki film, na który bardzo czekałam i z którego jestem bardzo dumna. Natomiast gdybym miała wybierać spośród ról teatralnych, to łatwiej byłoby mi powiedzieć, których ról nie lubię, bo było ich znacznie mniej niż tych, z których jestem zadowolona. Sądzę, że rola w "Belle Epoque" będzie należeć do moich ulubionych kreacji. Gram postać, która nie jest jednoznaczna, trochę tajemnicza. Taka bohaterka pozostawia pole do wątpliwości - czy ona jest szczera, czy ona kocha... Konstancja jest femme fatale, nie do końca wiadomo, co w sobie kryje. Taka trochę enigma, kobieta szpieg, ale jednocześnie osóbka, która sprawia, że chce się ją pokochać i nią zaopiekować. Stworzona do kochania i... bardzo niebezpieczna.

A która z ról kosztowała panią najwięcej emocji?

- Zależy, na jakim etapie. Oczywiście bardzo wiele kosztowała mnie rola w "4.48 Psychosis", ale wtedy, gdy ją tworzyłam, i przez pierwsze miesiące grania. Natomiast teraz, niczego nie umniejszając, gra mi się to z... przyjemnością. Oczywiście nadal w trakcie tej sztuki przeżywam silne i trudne emocje, ale już umiem tak je zagrać, by ochronić siebie. Mam wrażenie, że teraz moja kreacja nawet mocniej działa na widza, a mnie tak nie rani, jak na początku. Ze względu na temat, wiele kosztuje mnie również rola w "(A)pollonii". Za każdym razem na nowo mocno przeżywam tę opowieść o okrucieństwie i poczuciu winy. Ale jednocześnie przynosi oczyszczenie.

Pewnie ma pani jakieś sposoby na odreagowanie stresu związanego z aktorstwem.

- To zależy, jakiego rodzaju to jest stres czy zmęczenie. Czasami jest to zmęczenie emocjami, a w innym przypadku pustką czy głupotą, z którą czasami stykamy się w pracy. Wtedy odreagowanie bywa na kontrze. Ja zwykle szybko wchodzę w rolę i z niej wychodzę. Nie mam wiec potrzeby zbyt długiej "rekonwalescencji". Czasami inna praca jest doskonałym odpoczynkiem od poprzedniej.

Rozmawiała Hanna Miłkowska.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Cielecka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje