Magda Gessler: Łagodna jak baranek

Magda Gessler ma dość przeklinania i rzucania garnkami. W nowym sezonie "Kuchennych rewolucji" zamierza wreszcie być sobą - normalną, kulturalną i przyjemną osobą, która prowadzenie restauracji ma w jednym palcu.

Początek flirtu z kuchnią zaczyna się w domu - przekonuje Magda Gessler

Przed nami 15. sezon "Kuchennych rewolucji". To fenomen na skalę światową.

Reklama

Magda Gessler: - Odwiedziliśmy 196 restauracji, ponad 130 istnieje do dziś. Program trwa już siedem lat, oglądalność rośnie i moja wiedza, jak pomagać ludziom, też jest coraz większa. A problemy są poważne, bo restauratorzy walczą o przetrwanie. To nie tylko kwestia finansowego "bycia lub nie", ale czasem także życia i śmierci, dosłownie. Za każdym razem napięcie będzie ogromne, jak w thrillerze.

Wciąż słaba jakość produktów i zachłanność właścicieli są najgorsze?

- Problemem są nudne karty, które nie mają nic, co przyciągnęłoby gości. Restauratorzy nie rozumieją, że nie można rezygnować z polskich zup i przystawek. Hitem jest łosoś, kurczak, polędwiczki z grzybami. Mniej jest caprese, ale za to pizza - obowiązkowo. Koszmar! I wciąż znajduję zdarte teflonowe patelnie...

12 lutego obejrzymy odcinek specjalny "MasterChef - Najlepsi". Wymagania rosną w miarę jedzenia?

- Podziwiam, jak bardzo dzieciaki, które są kapitanami drużyn, czują się odpowiedzialne za dorosłych. Mają szczególne poczucie smaku i ogromną odwagę, której czasem brakuje dorosłym, niestety.

Jak można wyćwiczyć kubki smakowe?

- Początek flirtu z kuchnią zaczyna się w domu. Miałam ogromne szczęście, bo u mnie było dużo miłości i cudownych smaków. Wyszkoliłam siebie, potem smak moich dzieci. Gotowałam, a oni jedli z apetytem (śmiech). Jeśli tego zabraknie, dziecko ma drogę przez mękę.

Daje pani wskazówki kulinarne swoim dzieciom?

- Wręcz przeciwnie. Często dzwonię do syna Tadeusza i proszę o jego wskazówki. On ma ogromną wyobraźnię i doświadczenie. Ale często z zainteresowaniem słucha mnie.

Znajomi restauratorzy nie boją się pani zapraszać?

- Nie wpadam do restauracji przyjaciół i ich nie krytykuję. Gdy ktoś prosi mnie o radę zawodową, wypowiadam się, to wszystko. Jeśli jestem zaproszona towarzysko, jem jak normalny gość i zawsze jestem zadowolona (śmiech).

Rok temu w TVN Style obejrzeliśmy "Pyszne Peru". Co teraz pani planuje?

- Czas na "Pyszny Meksyk". Odwiedziłam Mexico Districto Federal i Puebla de los Angeles oraz stan Oaxaca. To kraj, który z pewnością ma najsmaczniejszą kuchnię na świecie. Jest ciężka, ale ratuje przed chorobami i upałem. Ludzie żyją biednie, ale są niezwykle mądrzy. Genialnie łączą warzywa z ziołami.

"Pyszny Meksyk" oznacza, że powoli rezygnuje pani z show na rzecz reportażu?

- "Peru" to jeden z najlepszych programów, jaki zrobiłam. Pokazałam, jaka jestem naprawdę. "Kuchenne rewolucje" przypominały "Big Brothera". Miałam cztery dni na zmianę myślenia właścicieli. Czas gonił, do niektórych dało się dotrzeć tylko krzykiem. Mój wizerunek został zniekształcony. Jestem w "MasterChefie", żeby to zmienić. Kto mnie zna, wie, że jestem normalna, kulturalna i przyjemna.

Dlaczego nie zrobiła pani tego wcześniej?

- Wszystko ma swój czas. Mój program nie jest na pokaz. Zmieniam rzeczywistość w tym kraju, przy okazji sama wiele się uczę. Nie jestem przy montażu i nie wiem, jak odcinek będzie wyglądał w telewizji. Siedem lat temu nie zdawałam sobie sprawy, że ten program będzie wymagał ode mnie, bym całkowicie mu się oddała. To jak sekta albo zakon.

Można kupić tuniki, które pani projektuje?

- Nie. Krawcowa przyjeżdża do mnie na przymiarki w nocy. Przygotowuję kolejną książkę, targi gastronomiczne. Nie mam czasu na sen, bo tyle jest do zrobienia.

Rozmawiała Małgorzata Pyrko.

Dowiedz się więcej na temat: Magda Gessler

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje