Maciej Żak: Zbrodnia i kara

"Konwój" - najnowszy film Macieja Żaka ("Ławeczka", Rozmowy nocą", "Supermarket") - pokazuje zamknięty świat, w którym sprawiedliwość jest względna, a wymykający się prawu układ rządzi wszystkim. Produkcja podejmuje temat zbrodni i kary we współczesnym świecie oraz dylematu moralnego - co powinno się robić z najgroźniejszymi przestępcami naszych czasów.

Maciej Żak podczas uroczystej premiery filmu "Konwój"

- Scenariusz "Konwoju" łączy w sobie zarówno elementy kina gatunkowego - thrillera - jak i kina z przesłaniem. Film podejmuje temat zbrodni i kary we współczesnym świecie. Dyskusja, jaką wywołał Breivik i jego potworny czyn, wraca do nas w innym wymiarze - w 2014 roku z polskich aresztów zostało wypuszczonych ponad stu więźniów, którym na podstawie ustawy o amnestii zamieniono wyrok śmierci, na karę dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności - przyznaje Maciej Żak.

Reklama

- Wywołuje to pytania: Jak postępować z brutalnym mordercą? Czy zbrodnia może usprawiedliwić zbrodnię? O więźniach jeden z bohaterów "Konwoju" mówi: "Areszt jest jak wysypisko śmieci pełne odpadów. Nikt nie ma pojęcia, co należy z nimi robić. Utylizować, składować czy likwidować" - dodaje reżyser.

Kierujący aresztem śledczym dyrektor Nowacki (Janusz Gajos) odnajduje ukrywającego się przed światem sierżanta Zawadę (Robert Więckiewicz). Doświadczony funkcjonariusz wraca do gry i dostaje nowe zadanie - zostaje dowódcą konwoju, który ma przetransportować bardzo niebezpiecznego więźnia do szpitala psychiatrycznego. Członkowie jego ekipy to ludzie ze skomplikowaną przeszłością. Wśród nich jest także pełen ideałów Feliks (Tomasz Ziętek), prywatnie mąż córki Nowackiego (Agnieszka Żulewska), który nigdy nie powinien był znaleźć się w więźniarce. Dyrektor więzienia utraciwszy kontrolę nad konwojem, rusza w pościg, by naprawić, a może ukryć niewygodną dla niego prawdę. Powoli wychodzi na jaw prawdziwy cel konwoju. Między mężczyznami narastają konflikty i rośnie napięcie, z każdą minutą następują nieoczekiwane zwroty akcji. Od tej pory sprawiedliwość może być wymierzona na własną rękę.

Jak narodził się pomysł na taki film? Opowiada on przecież o dość specyficznym środowisku, zamkniętym dla przeciętnego człowieka.

Maciej Żak: - Z jednej strony pozostał mi niedosyt po zdjęciach w więzieniu, które zrobiliśmy podczas kręcenia "Supermarketu", a które nie weszły do filmu. Z drugiej, szukałem bardzo zamkniętej przestrzeni, gdzie mógłbym umieścić swoich bohaterów i doprowadzić do możliwie największego zgęszczenia atmosfery, tym samym zmusić aktorów do jeszcze bardziej intensywnego przeżywania. Więźniarka jadąca przez Polskę z pięcioma bohaterami wydała się wręcz idealna do takiego zamierzenia.

- Samo więzienie to tajemniczy mikrokosmos, który pozwolił mi pokazać uwikłanie jednostki w opresyjny system, gdzie swoboda działania jest ograniczona. To było również dość naturalne środowisko, by zmierzyć się z pewnym ujęciem tematu zbrodni i kary, tak dzisiaj relatywnie i niejednoznacznie pojmowanym przez nas samych.

W "Supermarkecie" zamknął pan akcję w sklepie, w pokoju ochrony, w "Konwoju" w jadącej przez Polskę więźniarce - czy mała, zamknięta przestrzeń ma wpływać na ludzkie reakcje? Eskalować je?

- Oczywiście, że tak. Zamknięcie kilku bohaterów w ciasnej, małej przestrzeni wzmaga konflikt, zagęszcza atmosferę. W "Konwoju" miałem wspaniałą plejadę aktorskich osobowości, prawdziwe stężenie testosteronu, który zakleszczony w więźniarce, chwilami omal nie eksplodował. Momentami aktorzy autentycznie odczuwali klaustrofobię. To musiało wpływać na ich sposób gry.

Jak wyglądały prace nad scenariuszem? Spotykał się pan ze strażnikami więziennymi, konwojentami? Zbierał ich wspomnienia?

- Przygotowywałem się solidnie i to przez kilka lat. Człowiek z zewnątrz nie jest w stanie zorientować się w specyfice funkcjonowania systemu penitencjarnego. Bardzo pomogli mi pracownicy Służby Więziennej w areszcie przy Rakowieckiej. Pozwolili mi poznać ten świat na tyle, że napisałem scenariusz. Bardzo zależało mi na maksymalnie wiarygodnym przedstawieniu realiów konwoju niebezpiecznego więźnia, tak zwanej "N", a to bez licznych konsultacji i drobiazgowej dokumentacji nie byłoby możliwe.

Czy w trakcie pracy na planie scenariusz się zmieniał? Aktorzy dodawali swoje uwagi? Dyskutowaliście jeszcze?

- Nigdy nie trzymam się kurczowo jednej wersji scenariusza, jestem otwarty na zmiany, nie mam problemu z przyjęciem uwag od aktorów czy innych czytelników mojego tekstu. Tak też było w tym przypadku. Uwzględniłem również niektóre sugestie ekspertów PISF, którzy oceniali mój projekt. Zanim weszliśmy na plan, dużo pracowaliśmy z aktorami, dyskutowaliśmy, jak najbardziej wiarygodnie wykreować poszczególne postaci. Później, również na etapie montażu, eliminowałem poszczególne sceny (choć same w sobie były bardzo udane), dla uzyskania lepszej dramaturgii całej opowieści. Dotyczyło to również samego języka, dialogu, który starałem się minimalizować, żeby pozostały słowa najistotniejsze.

Zachowanie którego bohatera "Konwoju" najbardziej pana przekonuje?

- Nie wyróżniałbym tu szczególnie żadnego z bohaterów, bo moim zamysłem było pokazanie różnych postaw wobec problemu zbrodni i kary, tak żeby widz mógł sam rozstrzygnąć, po której stronie się opowiada. W pewnym sensie każda z wiodących postaci filmu jest przez jakiś czas liderem na ekranie. Widz natomiast może zdecydować, która osoba jest mu najbliższa przez swoje motywacje i postępowanie.

W filmie stawia pan ważne pytanie na temat zbrodni i kary. Czy według pana istnieje jednoznaczna odpowiedź na pytanie, jak karać "bestie"? Izolować od społeczeństwa czy unicestwiać?

- To jest dla mnie szczególnie trudny dylemat, który nie daje się jednoznacznie rozstrzygnąć. Bardzo często ścierają się tu różne perspektywy oceny. To, co w pierwszej reakcji na okrucieństwo zbrodni wydaje się oczywiste i bezdyskusyjne, nagle może zostać zweryfikowane przez ujawnienie szerszego kontekstu, okoliczności. Oko za oko, ząb za ząb - to nie jest kodeks, który rozwiązuje problem. Tak samo jak ofiara nie może wiecznie bać się kata. Pisał o tym chociażby Michael Foucault. W swojej książce "Nadzorować i karać", przedstawił cały proces sposobów karania: od publicznych egzekucji, które były makabrycznymi spektaklami, po karanie dyscyplinarne, które obowiązuje właściwie do dzisiaj. Mimo to, kiedy spotykamy się z naprawdę strasznymi, okrutnymi zbrodniami, momentalnie uruchamia się część opinii publicznej z radykalnymi postawami wobec oprawców. Mają oni poczucie braku sprawiedliwości, które tkwi głęboko i nie potrafią pogodzić się z wyrokiem. Mam wrażenie, że każdemu z nas to się zdarzyło.

Która z "bestii" inspirowała pana w trakcie pisania scenariusza? Kto jest pierwowzorem Kuleszy?

- Nie ma jednej postaci, na której bym się wzorował. To raczej wypadkowa kilku historii. Ale niewątpliwie najgłośniejsze medialnie przypadki z ostatnich lat zrobiły na mnie wrażenie, czyli sprawa Trynkiewicza i Breivika. Zdaję sobie sprawę, że problem "bestii" jest trudny do rozwiązania i to zarówno prawnie, jak i moralnie. Nie ma prostych recept, co zresztą widać w filmie "Konwój".

Pokazał pan swój film osadzonym w areszcie na Rakowieckiej. Jakie były ich opinie? Jakie wzbudził w nich emocje?

- Bardzo byłem ciekaw tej projekcji i cieszę się, że dyrektor aresztu odważnie się na nią zgodził. Na widowni siedzieli zarówno osadzeni, jak i pracownicy SW. Po projekcji odbyła się niezwykle ciekawa rozmowa, byłem zaskoczony wieloma refleksjami i uwagami. Pojawił się również głos krytyczny, który zarzucił filmowi niszczenie pracy resocjalizacyjnej i zgłosił obawę, że po zobaczeniu filmu osadzeni będą bali się odbywać karę. Musiałem przekonywać, że w "Konwoju" największą ofiarę ponosi nie więzień, a właśnie pracownik aresztu. To co dla mnie było ważne, że po projekcji żadna ze stron nie zarzuciła filmowi braku prawdopodobieństwa, pomimo że historia w całości została wymyślona i nie opierała się na żadnym prawdziwym wydarzeniu.

Dowiedz się więcej na temat: Konwój (2016) | Maciej Żak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje