Maciej Sobieszczański: Uwięzić widza w obrazie

Reżyser "Zgody", Maciej Sobieszczański /Jacek Domiński /Reporter

- Czuję się odpowiedzialny za przywrócenie tej opowieści polskiej historii, ale mam ogromną nadzieję, że ten film nie wywoła sporów. Chcę, żeby [...] sprawił, że ludzie w Polsce zobaczą, jak rodzi się zło - mówi Maciej Sobieszczański, reżyser filmu "Zgoda".

Reklama

Akcja filmu "Zgoda" rozgrywa się w 1945 roku pod koniec II wojny światowej. W Świętochłowicach na Śląsku organy bezpieczeństwa tworzą obóz pracy dla Niemców, Ślązaków i Polaków. Pod pretekstem ukarania zdrajców narodu polskiego, UB dokonuje czystek wśród "niechętnych komunistycznej władzy". Do pracy w obozie Zgoda zgłasza się młody chłopak Franek (Julian Świeżewski). Próbuje ocalić Annę (Zofia Wichłacz), w której jest zakochany. Nie wie, że wśród osadzonych znalazł się Erwin (Jakub Gierszał), Niemiec, jego przyjaciel sprzed wojny, który od dawna skrycie kocha się w dziewczynie Franek dołącza do komunistów, naiwnie licząc, że uda mu się oszukać system. Już pierwsze dni pracy w obozie odzierają go ze złudzeń. A z czasem przekonuje się, że aby ocalić swoją ukochaną, będzie musiał poświęcić wszystko...

Na konferencji prasowej w Gdyni scenarzystka "Zgody", Małgorzata Sobieszczańska, przyznała, że z pierwotnego zarysu scenariusza kazał pan wyrzucić wszystko oprócz jednej sceny, na podstawie której powstał potem cały film. Co to była za scena?

Reklama

Maciej Sobieszczański: - To była scena, w której okazuje się, że chłopak chce zostać strażnikiem w obozie, a tak naprawdę przyszedł uratować dziewczynę, którą kocha. To był ten zaczyn, ten potencjał scenariuszowy, na którym się oparliśmy, rozpoczynając pracę nad filmem. Małgorzata miała wiele pomysłów, dużo luźnego materiału, przeróżnych scen, postaci i z tego tygla próbowaliśmy wyciągnąć jakąś opowieść.

Dlaczego właśnie ta scena?

- Dla mnie to było niezwykłe zestawienie - takiego młodego chłopaka... A trzeba pamiętać, że strażnicy w obozie Zgoda byli bardzo młodzi - najstarszy miał 19 lat.  Więc zestawienie takiego chłopaka, który postanawia zejść do piekła, by uratować swoją dziewczynę, poruszyło moją wyobraźnię. Tu oczywiście jest mnóstwo archetypów związanych z taką figurą. Wszystkie baśnie, gdzie księżniczkę uwięzioną w zamku ratuje rycerz w lśniącej zbroi. Postać mężczyzny-ratownika i kobiety w potrzebie, w okolicznościach Zgody, czyli rodzaju piekła na ziemi, które tylko człowiek potrafi stworzyć, wydawały mi się niezwykle interesujące i inspirujące. Cały  temat  filmowego opowiadania zbudowaliśmy na tym chłopaku i jego drodze do bolesnej świadomości, że miłość to za mało, żeby kogoś ocalić.

Realizowanie filmu na podstawie nienapisanego przez siebie scenariusza to z pewnością była dla pana nowość.

- Byłem od początku przy powstawaniu scenariusza, który napisała Małgorzata. Dzięki temu mogłem się zmierzyć z tym tematem i ta historia nie miała przede mną żadnych tajemnic, opowiadałem ją przez siebie. To zresztą zawsze tak wygląda, nawet jeśli bierzemy na warsztat obcy scenariusz, to podobnie jak aktor, który buduje emocjonalną zażyłość z materiałem na swoim własnym doświadczeniu, ja również szukałem w tej historii osobistych powiązań. Bardzo bliska jest mi historia takiego młodego człowieka, który chce uratować swoją dziewczynę i przegrywa tę walkę. Swoje nastoletnie lata spędziłem w komunizmie w internacie Technikum Budowy Okrętów i tego rodzaju zewnętrzna opresja systemu nie jest mi obca. Oczywiście zupełnie inne są proporcje moich doświadczeń, ale dobrze pamiętam tamten strach i czasy, kiedy przemoc była codziennością. Mój opiekun artystyczny Wojciech Marczewski zawsze mówi studentom, żeby nie opowiadali filmów o Eskimosach, bo nie wiedzą, co się Eskimosom śni. Niech opowiadają o tym, co ich dotyczy. W tym przypadku część tego Eskimosa musiałem znaleźć w sobie, ale w tym filmie jest wiele mojej wrażliwości i moich doświadczeń.

Aktorzy "Zgody": Jakub Gierszał i Zofia Wichłacz to już rozpoznawalne nazwiska w świecie kina. Odtwórca największej roli - Julian Świeżewski - to niemal kinowy debiutant. Jak wyglądał proces castingu?

- Szukałem takich aktorów, którzy swoje aktorstwo opierają na pewnej wewnętrznej strukturze, którzy opowiadają przez samych siebie. Zrobiłem olbrzymi casting. Trwał prawie 9 miesięcy, obejrzałem prawie dwa i pół tysiąca ludzi - aktorów, studentów, amatorów. Chciałem zebrać cały najzdolniejszy materiał aktorski w naszym kraju. Była to szalona inicjatywa, ale dzień po dniu ten potencjał zbierałem. Sam też uczyłem się, jaki film naprawdę chcę zrobić. Podczas castingu towarzyszyło mi proste założenie, że z każdym z tych aktorów bardzo chcę się spotkać i wielu z nich zostawiło we mnie swój ślad. Coś twórczego wydarzyło się między nami. To była podstawa do tego, żeby zrobić kolejny krok, czyli spróbować znaleźć dla nich miejsce w filmie, pośród innych aktorów. To musiała być spójna całość...

- Wypracowywało się to powoli, miesiąc po miesiącu. Było też kilka olśnień. Na przykład Kuba Gierszał trafił do filmu cudownym zrządzeniem losu. Na początku myślałem o jakimś niemieckim aktorze. Były różne propozycje, ale niezadowalające. I wtedy ktoś mi powiedział, że Kuba wychowywał się w Niemczech i niemiecki jest właściwie jego pierwszym językiem. A ja chciałem opowiedzieć bardzo wiarygodną historię, taką, w którą musimy uwierzyć. Nie chciałem się zgodzić na polskiego aktora, który by nauczył się niemieckiego albo tylko dobrze znał niemiecki. W mojej hieperealistycznej wizji to nie wchodziło w grę...   Rolę Erwina zaproponowałem Kubie bardzo późno - na cztery miesiące przed zdjęciami. Troszkę się zjeżył, nie wiedział czy zdąży się przygotować do tego fizycznie i mentalnie. Ale bardzo ciężko pracował nad tym przez te cztery miesiące...

- Muszę też powiedzieć, że fakt, że ja wybieram aktorów to jedna strona medalu. Aktorzy wybierają też mnie. To nie działa tylko w jedną stronę. Aktor musi się zgodzić na to, by wziąć udział w moim filmie i ja tak samo muszę dokonać wysiłku, byśmy się mogli dogadać. On nie gra w moim filmie, on gra w filmie , który ja reżyseruje.  Punktem wyjścia do naszej pracy jest głębokie porozumienie co do tego, jaki film robimy. To było moje doświadczenie, które przyszło razem z Kubą.

- Bardzo długo szukałem też odtwórczyni roli Anny. Przyjrzałem się wielu kandydatkom i powoli zacząłem tracić nadzieję. Naprawdę słabo to wyglądało. Wtedy pojawiła się Zosia Wichłacz.

- Przyszła do mnie nie do końca przekonana bo miała już za sobą jeden film wojenny szybko wyczułem ten dystans w niej  ale byłem otwarty na to spotkanie. Dzięki temu  wydarzyło się  coś prawdziwego między nami.  W pewnym momencie oboje poczuliśmy, że się rozumiemy, że z naszego zderzenia tworzy się jakaś wartość. Zrozumiałem, że jej wrażliwość, delikatność i taka trochę nieobecność w emocjach, którą potrafi wydobyć,  świetnie zagra w filmie.

Co z główną postacią?

- To był długi proces. Miałem kilka wytycznych, w ramach których się poruszałem. Chciałem, żeby to był aktor nikomu nieznany.  Po pierwsze dla debiutującego reżysera jest ważne, żeby wszedł do kina ze swoją propozycją aktorską, ze swoim zespołem. Po drugie - obsadzając nieznanego aktora w głównej roli wiedziałem, że siedzący w kinie widz  nie będzie miał żadnych "skojarzeń", że w ten sposób aktor wejdzie do tej fabularnej historii z "czystą" kartą,  z nieodkrytym potencjałem. Julek Świeżewski trafił do mnie dość niespodziewanie. Zobaczyłem go w spektaklu, gdzie grał główną rolę [chodzi o przedstawienie "Good night cowboy" - koprodukcję Teatru Dramatycznego im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu i Teatru WARSawy - przyp. red.]. I zobaczyłem totalne zwierzę aktorskie. On w tym spektaklu miał taką porażającą  scenę,  kiedy proponował widzom, że wyliże im stopy. To było naprawdę szokujące. Ta część publiczności, która się na to zgodziła, zdejmowała skarpetki i Julek lizał im stopy. Ssał im duże palce! Pomyślałem sobie - to jest aktor, który jeśli tylko uwierzy w to, co robi, nie cofnie się przed niczym. To było fascynujące doświadczenie.

"Zgoda" jest skonstruowana w taki sposób, że sam obraz odgrywa w niej nie mniejszą rolę niż aktorzy. Zapewne ważne było również wybranie odpowiedniego operatora.

-  Z Walentynem Wasjanowiczem [ukraiński operator, autor zdjęć do głośnego filmu "Plemię" - przyp. red.] znamy się od lat i razem pracowaliśmy już dwukrotnie, dlatego to jemu zaproponowałem zrobienie zdjęć.  Kiedy powiedziałem mu, jakbym chciał, żeby te zdjęcia wyglądały, odpowiedział, że to jest niemożliwe. Miał na to zresztą dość solidne argumenty. Ja miałem tylko jeden argument, że jeśli nie zrobimy tego w ten sposób, to nie ma szansy, żeby ten film powstał. Podstawowym ograniczeniem było to, że mieliśmy w budżecie tylko 22 dni zdjęciowe. Pokazałem mu materiały z castingów, które sam nagrywałem i wiedziałem, że ten rodzaj jednoujęciowego opowiadania pociągnie tę historię i bardzo ją wzmocni. Wysłałem mu do Kijowa jedną z próbnych scen - z Julianem i Pawłem Tomaszewskim - to go ostatecznie skłoniło do współpracy.

Skąd pomysł na opowiedzenie "Zgody" serią długich, realizowanych w jednym ujęciu scen?

- Aspekt produkcyjny to jedno, ale przygotowując się do tego filmu, czytając archiwalia, bardzo poważnie obawiałem się,  że widz nie wytrzyma rozmiaru zbrodni, która wydarzyła się w Zgodzie,  że w trakcie seansu odmówi współpracy. Z drugiej strony musiałem opowiadać o przemocy, bo to jest  historyczna prawda o obozie. Zachodziłem więc w głowę, w jaki sposób dotknąć widza, by równocześnie nie przekroczyć jego granicy wytrzymałości. Chciałem widza zmusić do wysłuchania całej tej historii i jednocześnie nie zmasakrować go kompletnie tym doświadczeniem. Stąd też ten rodzaj jednoujęciowego myślenia, brak zbliżeń postaci w konsekwencji oznaczał też brak zbliżeń zbrodni. Dlatego film jest pod względem emocji opowiadany chłodno.

Na jakim etapie pracy nad "Zgodą" obejrzał pan "Syna Szawła"? Jak pan ten film odebrał?

- Bardzo późno. Zobaczyłem go chyba dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć. Pokazałem też "Syna Szawła" mojej ekipie; wszyscy byli bowiem ciężko przerażeni, że "Zgody" nie da się zrobić tak, jak to sobie wymyśliłem. Powiedziałem: "Jest taki film. Opowiada bardzo kameralnie wielką historię. Obraz dosłownie skleja się z postacią a  historia Auschwitz jest w zasadzie tłem dla tego, co się dzieje w duszy człowieka".  Kiedy na własne oczy, zobaczyli że to możliwe, uwierzyli, że i nam się uda. A warunki mieliśmy kameralne. Budżet wyniósł 4 miliony złotych, czyli milion euro. To naprawdę niewiele. Ten film powinien kosztować 16 milionów. Poruszaliśmy się więc na krawędzi wydolności produkcyjnej. Dlatego tylko dzięki zręczności producenta...

... i determinacji reżysera.

- Tak, także moja determinacja... To wszystko sprawiło, że ekipa uwierzyła w ten projekt. Wiadomo - teraz mówimy o filmie, który został nagrodzony w Montrealu i był pokazany z powodzeniem w Konkursie Głównym w Gdyni. Ale dwa lata temu to nie był taki film. Część ekipy była ze mną od początku, ale sporo osób odmówiło współpracy.  Na początku mocno mnie to dotykało ale później zrozumiałem, że  ten film mogę zrobić tylko  z ludźmi, którzy będą ze mną na 100 procent. W innym przypadku po tygodniu na planie skończyłby się ten niewielki kredyt zaufania do mnie  i byłaby katastrofa. Wymagałem bowiem wiele poświęcenia i totalnej lojalności. Nie wobec mnie, ale wobec materiału, któremu wszyscy służyliśmy.

Co może wydarzyć się po premierze tego filmu? Mówił pan, że chce przedstawić trochę inną wersję historii, w której Polacy bywają nie tylko ofiarami, ale też katami. Nie boi się pan efektu "Pokłosia"?  

- Wiadomo, że to jest bardzo wrażliwy temat. Tym bardziej, że my-Polacy jesteśmy przygotowani do roli ofiary, ale nie nauczono nas tego, że potrafimy też być agresorami. Z drugiej strony, wbrew temu co się powszechnie uważa, myślę że jesteśmy bardzo dojrzałym społeczeństwem. Na tyle dojrzałym, że jesteśmy w stanie zrozumieć tego rodzaju mechanizmy i że te mechanizmy nie dotyczą tylko innych narodów. One dotyczą każdego człowieka.

- Dla mnie interesujący jest człowiek w obozie. Nie wchodzę w spór o historyczne zaszłości. Ten film został zrobiony po to, żeby ludzi pogodzić. Powstał po to, żeby przywrócić pamięć o tamtych wydarzeniach. Kiedy komuniści zamykali  obóz Zgoda, zmusili więźniów do podpisania zobowiązania, że pod karą 25 lat więzienia przez 15 lat nie wolno im o tym powiedzieć... Jeśli będziemy o tym milczeć, to zachowamy się dokładnie tak, jak ci komuniści, mordercy i oprawcy chcieli, żebyśmy się zachowali. Czuję się odpowiedzialny za przywrócenie tej opowieści polskiej historii, ale mam ogromną nadzieję, że ten film nie wywoła sporów. Chcę, żeby ten film sprawił, że ludzie w Polsce zobaczą, jak rodzi się  zło. Ten film jest, moim zdaniem, lekarstwem na wielką niezgodę w Polsce. Chciałbym, żebyśmy się spróbowali porozumieć, żebyśmy potrafili sobie współczuć, a nie szukali tylko tego, co nas dzieli.

Dowiedz się więcej na temat: Zgoda | Maciej Sobieszczański

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje