​Lynne Ramsay: Kiedy wreszcie kobieta wyreżyseruje "Gwiezdne wojny"?

Wchodzący właśnie na polskie ekrany film "Nigdy cię tu nie było" to bezkompromisowe kino. ​Lynne Ramsay wywraca nasze przyzwyczajenia wobec thrillera, kryminału i filmu gangsterskiego do góry nogami. - To jedyna droga, by wreszcie doszło do feminizacji kina - mówi reżyserka.

​Lynne Ramsay na festiwalu Sundance w Park City w USA (2018)

Kiedy spotykamy się na festiwalu Sundance w Park City w Stanach Zjednoczonych, Lynne Ramsay ma na sobie spektakularny kapelusz, wysokie koturny i skórzaną kurtkę. Od razu widać, że nie przyszła tutaj wypić grzecznie kawkę. Nie jest typem artystki, która przebiera w słowach. Jako reżyserka robi dokładnie tak samo.

Jej głośny "Musimy porozmawiać o Kevinie" z Tildą Swinton z 2011 roku przyniósł jej wiernych fanów i zaciekłych wrogów. Ramsay sportretowała w nim kobietę, w której nie obudził się instynkt macierzyński, a dziecko, które wychowywała, było - delikatnie rzecz ujmując - dalekie od ideału.

Wchodzący właśnie na nasze ekrany "Nigdy cię tu nie było" [polska premiera 13 kwietnia - red.] to również bezkompromisowe kino. Nie tylko ze względu na Joey’ego, głównego bohatera, płatnego zabójcę na usługach wysoko postawionych ludzi, w którego wcielił się Joaquin Phoenix, ale też przez wzgląd na gatunek. Reżyserka wywraca nasze przyzwyczajenia wobec thrillera, kryminału i filmu gangsterskiego do góry nogami. - To jedyna droga, by wreszcie doszło do feminizacji kina - mówi z nieschodzącym z twarzy łobuzerskim uśmiechem.

Artur Zaborski: Co pani zrobiła z Joaquinem Phoenixem! W pani filmie jest zarośnięty, gruby i nie ma w ogóle swojego zbójeckiego uroku!

Reklama

Lynne Ramsay: - Muszę się przyznać, że to nie tylko moja zasługa, że on zaczął wyglądać jak Quasimodo (śmiech). Joaquin musiał zapuścić brodę na potrzeby filmu "Maria Magdalena". Ale prasa raz zrobiła mu zdjęcie u mnie na planie i poszła w świat informacja, że wrócił do picia. Bardzo mnie to cieszy, bo to oznacza, że był w swojej roli bardzo wiarygodny.

Jak udało się pani go pozyskać do projektu bez milionowej gaży?

- Bardzo podobał mu się scenariusz. Chciał u mnie zagrać, ale nie pozwalały mu na to terminy. Wreszcie coś się przesunęło w jego terminarzu i dowiedziałam się, że jeśli chcę z nim pracować, to mogę, ale muszę przyspieszyć zdjęcia. Nie zawahałam się ani chwili. Wie pan, że telefon z informacją o tym dostałam podczas pobytu w Krakowie?

To może chociaż pani będzie miała z naszym krajem dobre skojarzenia.

- Mam z Polską tylko dobre skojarzenia. Kiedy byłam w Krakowie na festiwalu Off Camera, spędziłam cudowny tydzień pośród wspaniałej architektury, miłych ludzi i doskonałego jedzenia. Jestem wielką fanką twórczości Polaka Pawła Pawlikowskiego. Uważam, że jego "Ida" jest filmem doskonałym. Świetnie przedstawił w niej zawiłą polską historię.

Pawlikowskiego nazwałbym raczej reżyserem światowym.

- Dziś granice geograficzne zacierają się. Nie jest już tak, że polski reżyser to osoba, która tworzy wyłącznie filmy nad Wisłą. Sama też lubię o sobie myśleć jako o reżyserce, która jest obywatelem świata. Wychowywałam się pośród klasy robotniczej w Szkocji, gdzie nie mieszkałam od dwudziestu lat. Mój mąż jest Białorusinem, poznaliśmy się w Grecji, a nie mieszkamy w ojczyźnie żadnego z nas. Chociaż akurat filmy chciałabym robić na Białorusi.

Dlaczego?

- Bo jest tam niezwykle tanio. Miałem nawet pokusę, żeby "Nigdy Cię tu nie było" postprodukować tam, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Kręcenie filmów w centrum Londynu to niewyobrażalny koszt. Ludzie chcą ode mnie pieniędzy tylko za to, że gdzieś w kadrze mignie Big Ben albo inny sztandarowy element stolicy. To paranoja. Niedługo będziemy płacić za powietrze, które oczywiście w Londynie będzie najdroższe, chociaż jest najbardziej zanieczyszczone w całej Wielkiej Brytanii.

Chyba nie jest pani tradycjonalistką.

- Zdecydowanie nie jestem. W pewnym sensie dlatego sięgnęłam po książkę Jonathana Amesa, która stała się podwaliną scenariusza mojego filmu. Scenariusza, który miał się jeszcze zmienić, kiedy dowiedziałam się, że Joaquin może u mnie zagrać. Byłam tak podniecona rozmową z nim, że mówiłam szybciej niż zwykle. Biedaczek nie miał pojęcia, co do niego mówię, bo przez mój szkocki akcent czasami naprawdę trudno mnie ludziom zrozumieć. Mimo wszystko szedł w zaparte, że wszystko jest O.K.! (śmiech) Wracając do książki... Przeczytałam ją jednym tchem, ale prawdziwym wyzwaniem było zdobycie praw do adaptacji.

Co panią w niej przyciągnęło?

- Główny bohater, który z jednej strony jest podobny do tylu innych postaci w historii kultury, a z drugiej - do nikogo niepodobny. Bardzo chciałam kogoś takiego sportretować. Nigdy nie myślałam o przeniesieniu prozy na ekran w stosunku jeden do jednego, tylko zależało mi, żeby uzyskać taki typ postaci, twardego faceta, który bez mrugnięcia okiem potrafi zabić kogoś młotkiem, ale kiedy spotykamy go w domu matki, wtedy jest ciepłym, zgrywającym się kolesiem. Od razu widać, że to człowiek o wielu twarzach, a konstruowanie kogoś takiego na ekranie, to absolutnie wspaniałe zajęcie tak dla reżysera, jak i dla aktora. Joaquin poradził sobie z tą rolą koncertowo. Bardzo cieszy mnie jego nagroda w Cannes za najlepszą rolę męską. Zasłużył na nią.

To bohater według pani tworzy film?

- Kiedy kręcę, wtedy interesuję się przede wszystkim bohaterem. Bohater trzyma na swoich ramionach każdą akcję. W kinie akcji wyrazisty protagonista jest niezbędny, Joaquin świetnie to rozumiał i pomógł mi stworzyć taką postać, która przemawia do widza gestem, miną, czynem i słowem. Wszystkie elementy składają się na jego skomplikowany portret. Zależało mi, żeby przemycić czarny humor, w którym Phoenix totalnie się odnalazł.

Po co był pani humor w tak brutalnej historii?

- Humor pozwala publiczności myśleć, że potrafi przewidzieć, co stanie się za chwilę. Siłą tego filmu jest zaskoczenie. Chociaż ludzie chichoczą w trakcie seansu, co ich uspokaja, nie są w stanie powiedzieć, co za chwilę zrobi bohater, bo jest tak nieprzewidywalny. Uwielbiam tak wieloznaczne filmy, jak "Lśnienia" Stanleya Kubricka, które z jednej strony jest świetnym horrorem, a więc kapitalną rozrywką, a z drugiej - metaforą popadania w szaleństwo. To film, który dzieje się na tak wielu płaszczyznach. Chciałam, żeby w przypadku "Nigdy Cię tu nie było" było podobnie, żeby nie ograniczać się tylko do historii ani tylko do gatunku.

Pani wywróciła gatunki do góry nogami!

- Rozsadzanie gatunku jest niezbędne, kiedy jest się kobietą-reżyserką. Gatunki to taka męska sprawa, faceci je uwielbiają. Dopóki kobiety nie wywrócą ich do góry nogami, nie stworzą własnych albo po prostu nie będą się w autorski sposób wyrażać z ich pomocą, feminizacja kina nie będzie możliwa. Śmieszy mnie, kiedy słyszę, że kobiety powinny opowiadać kobiece historie. Gówno prawda! Mam prawo do opowiadania historii i zamierzam z niego skorzystać, dlatego pokazuję historię typa spod ciemnej gwiazdy, który stereotypowo bardziej pasuje do kina któregoś z uznanych facetów. Ale to ja jestem nim zafascynowana i ja chcę o nim opowiedzieć. Interesuje mnie, skąd się w świecie przedstawionym wzięła przemoc, dlaczego mój bohater robi to, co robi, jak to na niego wpływa - to są wszystko elementy, które zgłębiam, a ich rozumienie nie jest w żaden sposób skorelowane z płcią.

Moim zdaniem Joey ma wiele cech kobiecych, których brakuje bohaterom takim jak on u męskich reżyserów.

- Cieszę się, że zwraca pan na to uwagę, bo od początku z Joaquinem chcieliśmy, żeby on miał kobiecy kręgosłup, co czyni go o wiele ciekawszym bohaterem, niż tych wszystkich "prawdziwych mężczyzn". Jego umiejętność swobodnego przechodzenia od absolutnej demolki w stronę dowcipu i żartu oraz otaczania matki czułą opieką, nie pozwala nam przewidzieć jego kolejnego kroku. Takich nieprzewidywalnych bohaterów chcę oglądać, to oni napędzają duże, kasowe hity, a nie technologia 3D. Najważniejszy jest bohater i jego ciekawe perypetie, psychologia i moc oddziaływania na widza, a nie giwera, w którą jest wyposażony.

Co w ten sposób mówicie o męskości?

- Że jest w kryzysie. Uwielbiam pracować z młodymi ludźmi, zawsze się nimi otaczam. Tak było też na planie. Pracowałam z osobami, które bardzo lgną do filmu, marzą o tym, żeby reżyserować własne obrazy. Ale mimo to wciąż jest w nich strach przed silnymi kobietami, które stają na czele projektu. Wiele osób myśli, że seksizm został pokonany w latach 70., ale on wciąż ma się świetnie. Nadal jest w mężczyznach niepokój przed kobietami, które mogą im coś zabrać, zrobić coś inaczej, w inny sposób wykorzystać zabawki z ich piaskownicy.

Jakie rozwiązanie tego problemu uważa pani za dobre?

- Musimy robić więcej takich filmów jak "Życie Adeli" i "Tamte dni, tamte noce", pokazywać seksualność jako coś, co ma wiele definicji, przełamywać bariery, wywracać do góry nogami gatunki. Tylko w taki sposób będziemy w stanie wprowadzić prawdziwe zmiany, a nie tylko te pozorne. Wierzę, że młoda generacja reżyserów rozniesie stary porządek w pył.

Trzeba czekać na kolejną generację? Ta pani już nie jest w stanie?

- Wie pan, kiedy studiowałam, na roku byłam jedną z dwóch kobiet. Jestem niska, więc zaczęłam nosić buty na koturnach, bo dookoła mnie byli sami wielcy faceci. Kiedy miałam 24 lata, tylko dwa procent wszystkich reżyserów filmów krótkometrażowych stanowiły kobiety. Dzisiaj to jest siedem procent. Zaledwie! To jest nic, choć oczywiście to i tak kilka razy więcej niż było. Myślę, że dopóki budżety na wielkie filmy dzielą między sobą faceci, dopóty te proporcje będą tak wyglądać. Na krześle reżyserskim "Gwiezdnych wojen" jeszcze długo nie usiądzie kobieta. To jest coś, czego moja generacja już nie zmieni. Mam nadzieję, że kolejna od tego zacznie zmiany i ustalania nowego porządku.

Rozmawiał Artur Zaborski

Dowiedz się więcej na temat: Lynne Ramsay | Nigdy cię tu nie było

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje