Lubię grać w karty i robić zakłady

Judi Dench to jedna z najbardziej cenionych aktorek na świecie. Znamy ją nie tylko z filmów o Jamesie Bondzie. Za najnowszą kreację w dramacie "Tajemnica Filomeny" Brytyjka otrzymała siódmą już w swej karierze nominację do nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej.

"Tajemnice Filomeny" Stephena Frearsa to film oparty na faktach. Historia wydarzyła się w Irlandii w 1952 roku. Filomenę Lee zmuszono do oddania swego dziecka do adopcji trzy lata po jego urodzeniu i do wstąpienia do klasztoru. Przez kolejne 50 lat kobieta próbowała odnaleźć syna, niestety na próżno. Z pomocą przyszedł jej dopiero były dziennikarz BBC Martin Sixsmith (w filmie gra go Steve Coogan).

Reklama

Historia Filomeny została opisana w książce pod tytułem "Zaginione dziecko Filomeny Lee: Matka, Syn i 50-letnie poszukiwania", napisanej przez Martina Sixmitha.

Film otrzymał w tym roku cztery nominacje do Oscarów w kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz adaptowany (Steve Coogan i Jeff Pope), najlepsza muzyka (Alexandre Desplat) oraz najlepsza aktorka (Judi Dench). Do polskich kin tytuł wprowadzi 21 lutego firma Best Film.

Judi Dench opowiada o filmie "Tajemnica Filomeny", pożegnaniu z Jamesem Bondem, listach miłosnych, poczuciu humoru i wieku mentalnym.

Czy wiedziała pani wcześniej o niegodnym sposobie, w jaki Kościół katolicki "radził sobie" z samotnymi matkami?

- Myślę, że od premiery "Sióstr Magdalenek" wszyscy jesteśmy tego świadomi, ja też. Nagle zaczęto się pochylać nad tym tematem, głośno o nim mówić. Ale w przypadku "Tajemnicy Filomeny" - według mnie - ten temat paradoksalnie nie jest centrum wydarzeń. To bardziej opowieść o kobiecie, która się godzi z losem: przez lata żyje z brzemieniem, sekretem i nie mówi o tym nikomu, nawet własnej córce, a potem poprzez Martina Sixmitha dociera na drugą stronę światopoglądowego konfliktu. Wychodzi z tego doświadczenia jako znacznie silniejsza osoba, która potrafi tym, którzy ją tak skrzywdzili, powiedzieć: "Wybaczam wam wasze winy". Wydaje mi się, że to nietypowe zakończenie dla takiej historii.

Z kim miała pani okazję rozmawiać w ramach przygotowań do roli?

- Z Filomeną [Lee]. Poznałam ją przed zdjęciami, zjadłyśmy wspólnie lunch. Jest bardzo, bardzo zabawna i bardzo irlandzka, przypomina pod tym względem moją matkę. Pod żadnym innym względem nie jest do niej podobna, ale mam wielu znajomych Irlandczyków i łączą ich pewne podobieństwa. Następnym razem nasze spotkanie było bardziej przerażające, bo przyszła na plan i odwiedziła mnie w mojej przyczepie w chwili, gdy właśnie miałam iść grać scenę. Bardzo się wtedy zestresowałam, ona pewnie też (śmiech). To musi być dziwne, zobaczyć kogoś, kogo potem wszyscy wyobrażają sobie jako ciebie. Ale nigdy nawet się nie skrzywiła, ani razu.

Teraz już pani rozumie, dlaczego Filomena wybaczyła swoim winowajcom?

- Tak, ale sama nie potrafiłabym tak postąpić. Każdy z nas chowa do kogoś urazę, czasami to pretensje ciężkiego kalibru. Chętnie poznałabym kogoś, kto sądzi, że by umiał wybaczyć coś takiego, i z nim porozmawiała, bo sama Filomena nigdy nie mówi na ten temat. Przez pięćdziesiąt lat patrzyła na zdjęcie syna i mówiła sobie, że takie rozwiązanie było dla niego najlepsze, odtwarzała tę historię w myślach niczym film... Po tym, co przecierpiała, po wyczerpujących poszukiwaniach, wciąż potrafiła wybaczyć, zapomnieć o tym, co złe. Podczas tego wieloletniego procesu odnalazła niezwykły wewnętrzny spokój i siłę, to jej pomogło.

Czy film spowoduje dyskusję o roli kościoła w opisywanych wydarzeniach?

- Na pewno zwróci uwagę na to zagadnienie, ale tak jak już wspominałam nie wydaje mi się, by to było centralnym zagadnieniem tej produkcji. Wiemy, że takie wydarzenia miały miejsce, ale wiemy też, że wielu z tych dziewcząt kościół zaoferował szansę na życie, ze same nie poradziłyby sobie z dzieckiem, nie byłyby w stanie pracować. Na pewno były dziewczęta, dla których to był rodzaj wybawienia.

Można odnieść wrażenie, że kościół karał te młode dziewczęta, bo dopuściły się aktu seksualnego...

- Tak...

To była kara za ich grzechy.

- Zgadza się, tak to traktowano.

Ale, przynajmniej w filmie, Filomena ma do tematu seksu bardzo otwarte podejście.

- I bardzo naiwne. Ale to cenna uwaga.

Film dotyka bardzo poważnego tematu, ale jednocześnie podszyty jest komediowym tonem. Jego tematem jest przyciąganie się przeciwieństw, Filomeny i Martina, granego przez Steve'a Coogana. Jak się z nim pracowało?

- Jaki Steve jest, wiadomo. Podczas wspólnego seansu mocno go uszczypnęłam (śmiech), bo uważam, że jest w filmie świetny. To komik wywodzący się ze środowiska standupperów, jak do licha udało mu się tak zagrać? Jak śmiał być tak dobry? Ja bym nie umiała sypać dowcipami jak z rękawa, nigdy w życiu. Nie mam takiego talentu.

Ale na scenie teatru odnajduje się pani doskonale.

- To inna sytuacja, bo wtedy gram kogoś, kim nie jestem, i to jest OK. A ze Stevem było tak, jak z Billym Connollym w "Jej Wysokości Pani Brown" - zagrał tak, że opadła mi szczęka, bo przecież jego robotą jest wymyślanie dowcipów, a nie aktorstwo dramatyczne! Pracowało się z nim cudownie, rozśmieszał mnie każdego dnia.

Wspominała pani wcześniej o pewnej niewinności Filomeny. Widzimy to, gdy obserwujemy jej pierwszą wizytę w Ameryce. Jak dziecko cieszy się, że napoje na pokładzie samolotu są darmowe, albo przeżywa wizytę w Mauzoleum Abrahama Lincolna. A kiedy pani ostatni raz zdarzyło się tak po dziecięcemu czymś zachwycić, zachłysnąć?

- Ostatni raz chyba wczoraj wieczorem, kiedy siedziałam na tarasie, albo wcześniej, gdy w południe zabił dzwon który przyciągnął mój wzrok w stronę wyspy San Giorgio Maggiore, a jej piękno zaparło mi dech w piersiach. Życie wciąż mnie zaskakuje, lubię codziennie uczyć się czegoś nowego.


Skąd bierze pani swoją siłę? Czy wynika ona z wychowania, czy los obdarzył nią panią sam?

- Jestem kwakrem, mimo że mój nieżyjący już mąż był katolikiem, czyli połączyły się dwa całkowite przeciwieństwa. Ktoś powiedział nam przed ślubem, że kategorycznie muszę się nawrócić na katolicyzm, a potem nasz wspaniały przyjaciel, który był też naczelnikiem Campion Hall (centrum wspólnoty jezuickiej na uniwersytecie Harvarda) powiedział, że może oficjalnie nie muszę zmieniać wiary, ale muszę w życiu się na nią otworzyć. To była z jego strony pełna wyczucia, ważna uwaga. I o mojej, wynikającej z tamtego momentu, wewnętrznej strukturze, opowiadam więcej przy okazji filmu niż przez całe 79 lat mojego życia. Ale nie potrafię istnieć obok. To była głęboko personalna decyzja podjęta lata temu, jedna z ważniejszym w moim życiu.

Zawsze chciała pani być aktorką?

- Marzyłam, żeby zostać projektantką.

Udało się pani osiągnąć w życiu wszystko, o czym marzyła?

- Nie sadzę, żeby to było możliwe, mam nadzieję, że nie. Przyszły rok przyniesie kilka wspaniałych rzeczy. Mam taką nadzieję. Któregoś dnia ktoś zapytał mnie, w jakiej sztuce chciałabym zagrać, a ja powiedziałam: "W takiej, gdzie gram Afgankę, która uczy się chodzić po linie, a w ostatnim akcie przemienia się w smoka". "Gdzie jest taka sztuka?" - pytam. Nie chcę znowu grać Filomeny w następnym filmie, czekam na coś całkiem innego.

Pani kariera filmowa rozkręciła się dopiero grubo po pięćdziesiątce. To zaskoczenie?

- Za to należy podziękować Harveyowi Weinsteinowi. On to zmienił. Dzięki niemu zaczęłam dostawać scenariusze do filmów.

Żałuje pani, że nie docierały do niej wcześniej?

- Nie, bo moją największą miłością jest teatr, kocham go najmocniej na świecie. Co wieczór ma się nowe podejście do roli, można zagrać gorzej, ale zawsze inaczej, dla innej publiczności. Widzowie są najlepszym barometrem. Kiedyś pewna Amerykańska studentka zapytała mnie, czy zmiana publiczności ma dla mnie znaczenie. Odparłam: "Jeśli tak nie jest, to jutro zostaję w domu i wyciągam się przed kominkiem (śmiech)!". Od publiczności zależy wszystko, w teatrze to się czuje. Po dwóch minutach już wiadomo, jak będą się zachowywać tego wieczoru. To tak, jakby oświadczali: "Dziś będziemy wspaniali albo będziemy się wiercić i dużo kaszleć". Publiczność ma jakąś zbiorową tożsamość, jak osoba.

Czy spotkanie z Filomeną dało pani jakieś wskazówki odnośnie gry, jakieś nawyki, manieryzmy?

- To ufna, zabawna osoba i mówiąc ufna, nie mam na myśli naiwna, po prostu jest w niej coś bardzo czystego. Rozbraja mnie - kiedyś zwróciłam uwagę, że ma bardzo ciemne włosy, a ona mówi, że zawsze nosi przy sobie buteleczkę z barwnikiem (śmiech). Ma ujmującą osobowość.


Będzie pani tęsknić za Jamesem Bondem?

- Czy powinnam zadzwonić do Ralpha Fiennesa i oddychać mu ciężko w słuchawkę: "Jak śmiałeś!" (śmiech). Będzie mi tego brakować, oczywiście, ale byłam częścią tej serii przez siedemnaście lat i to był wspaniały okres, rządziłam nimi wszystkimi. No i mój wnuczek uważa, że to bardzo cool.

Finał pani przygody z Bondem był spektakularny. Czy to nie zaskakujące, że nikt nie puścił pary z ust? To naprawdę niesamowite. Trudno było zachować to w tajemnicy?

- Nie dla mnie, bo nie zwykłam zdradzać innym tajemnic scenariusza. Ale naprawdę niezwykłe było to, że kiedy film był już gotowy, wszyscy cały czas milczeli.

Jakie to uczucie być częścią takiego kulturowego fenomenu, czegoś co ludzie uwielbiają?

- Bond to Bond. Bawiłam się podczas zdjęć przednio. Tak jak wspominałam, seria bardzo podoba się młodym mężczyznom. Bardzo. Teraz już nikt mnie nie prosi o autograf dla babci, ale o podpis dla syna, który ma osiem, dwanaście czy piętnaście lat. Może któregoś dnia on też przyjdzie do teatru? Taka sytuacja rozpieszcza, to wspaniałe doświadczenie.

Dostała pani sporo listów miłosnych?

- Wiele listów od bardzo, bardzo młodych mężczyzn (śmiech). Przyjemne uczucie.

Jak patrzy pani na młode aktorki?

- Zawsze tłumaczę młodym ludziom, że zarówno dobrzy, jak i źli aktorzy mają problemy z zatrudnieniem. Trzeba po prostu bardzo chcieć grać i nie poddawać się, robić tyle, ile tylko się da. Ale procent pracujących wykształconych aktorów jest bardzo niski. To niesamowite być częścią tej szczęśliwej mniejszości, która pracuje w wymarzonym zawodzie i się z tego utrzymuje.

Kiedyś aktorki po czterdziestce miały problem z dobrymi rolami.

- W Ameryce ten problem cały czas istnieje...

Widzi pani więcej ról reprezentujących doświadczenia starszego pokolenia?

- Nie jestem pewna, ale na pewno w "Hotelu Marigold" była cała masa staruszków (śmiech). Świetnie się bawiliśmy, ale wspaniały odbiór filmu nas zaskoczył. Bardzo podobał się też "Kwartet".

Więc może jest jeszcze jakaś nadzieja?

Myśli pani w ogóle o starzeniu się?

- To chyba żart! (śmiech) Proszę nie używać tego słowa! Stary? Kto! Co to jest starzenie?... Następne pytanie będzie dotyczyć emerytury, czy nie? Oczywiście, że o tym myślę, boję się, że nie będę w stanie zapamiętywać dialogów, albo że czeka mnie operacja kolana. Martwię się cały czas.

A ile ma pani lat mentalnie?

- Mniej więcej 29 (śmiech).


Powiedziała pani, że z filmem ma problem, bo po zakończeniu zdjęć nic się nie da zmienić. Jak spodobała się pani "Tajemnica Filomeny"?

- Kiedy oglądałam film po raz pierwszy, byłam jak królik zahipnotyzowany przez gronostaja, nie jak zaczarowana. Nie potrafiłam się po prostu się zrelaksować i obejrzeć filmu od początku do końca. Cały czas myślałam tylko o tym, jak zmontowano materiał i jaki to daje efekt... trudno nie zwracać na to uwagi.

Co najbardziej lubi pani robić w wolnym czasie?

- Lubię malować, grać w karty i robić zakłady. Na przykład wczoraj przegrałam jeden. Założyłam się z moim przyjacielem Davidem, bo powiedział, że po pokazie będą owacje na stojąco, a ja na to, że na pewno nie. No i się założyliśmy. Jestem mu dłużna wspólną podróż do Wenecji.

Ma pani wiele pięknej biżuterii.

- Zgadza się, mam jej wiele. Czy to jest oferta handlowa? (śmiech)

Podczas festiwalu w Wencji z Judi Dench o "Tajemnicy Filomeny" rozmawiał D. Joyce (Celebritext).
Tłumaczyła Anna Tatarska

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Judi Dench | lubi

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje