Krystyna Czubówna: Nie czuje się babcią

Krystyna Czubówna /Piotr Bławicki /East News

Nie jest typową babcią, gdyż nie piecze ciast i nie robi na drutach. Lubi za to rozmawiać z dziećmi o nauce.

Reklama

Jak narodził się pomysł cyklu "Dziecinnie proste", w którym pani wnuczki wyjaśniają pani różne zjawiska, pokazują eksperymenty?

Krystyna Czubówna: - Było to tak... Z okazji Dnia Babci zostałam zaproszona do programu "Dzień Dobry TVN". Traf chciał, że dzień wcześniej byłam ze starszą wnuczką na zajęciach Uniwersytetu Dzieci. Fundacja ta organizuje zajęcia dla dzieci takie jak dla prawdziwych studentów. Tego dnia Zosia miała ćwiczenia z biochemii. Potem opowiadała mi, co się działo w laboratorium, a konkretnie o tym, jak wygląda pokrojony w plasterki mózg szczura.

Dobrze słyszę? Mózg? Szczura?

- Tak. Okazuje się, że inaczej wyglądają połączenia nerwowe, kiedy szczur był uczony różnych odruchów, a inaczej, kiedy nie był. Byłam zafascynowana, że Zosia uczy się takich rzeczy, więc gdy przyszłam do TVN, opowiadałam o tym z przejęciem. Niedługo potem otrzymałam propozycję współpracy - prowadzenie stałego cyklu z dziećmi o dzieciach w "Dzień Dobry TVN". Pomysł na program, w którym to dzieci objaśniają mi świat, spodobał się bardzo zarówno mnie, jak i moim wnuczkom, Heli i Zosi. I tak to się zaczęło.

Jak wygląda wasze przygotowanie do nagrań?


- W wyborze tematów pomaga nam Centrum Nauki Kopernik. Moja córka drukuje dziewczynkom materiały od produkcji, a one same dzielą się między sobą kwestiami. Niektóre tematy są im bliskie, bo przerabiały je na swoich zajęciach, nad innymi muszą popracować.

A ile jest tego prawdziwego pani zdziwienia?

- Oj, naprawdę potrafią mnie zaskoczyć. Na przykład taka ciecz nienewtonowska - dowiedziałam się o jej istnieniu od moich wnuczek. Na moich lekcjach fizyki takiego tematu nie było.

Jak się pracuje z wnuczkami?

- To jest niezwykłe przeżycie! Cóż może być lepszego, niż zdobywać nowe doświadczenia z najbliższymi i to jeszcze przed kamerą! Moim marzeniem jest, żebyśmy choć raz mogły przejść przez cały scenariusz programu we trójkę. Zwykle jest jednak tak, że dziewczynki przygotowują się same i dopiero na planie łączymy siły. Także z ludźmi z ekipy produkcyjnej, dla której jestem pełna uznania. Są powtórzenia, różne ujęcia, czasem wpadki i pomyłki. Bywa, że dziewczynki się zestresują, a ja chcę tupnąć nogą, bo coś za długo trwa, ale ludzie z produkcji zawsze potrafią rozładować napięcie.

Czy wynika z tego, że nie jest pani cierpliwą babcią?

- Jestem cierpliwa z natury, ale babcią cierpliwą to nie jestem, bo w ogóle nie czuję się babcią. Jestem ciągle bardzo aktywna zawodowo i choć rodzina jest dla mnie najważniejsza, mój świat istnieje nie tylko wokół niej. Moje relacje z wnuczkami są wyjątkowe, być może nawet nietypowe. Uwielbiam spędzać z nimi czas, rozmawiać o wszystkim, chodzić do różnych ciekawych miejsc, poznawać świat. Nie gotuję dla moich wnuczek, bo to nie jest moja mocna strona, za to bardzo lubimy chodzić razem do restauracji i smakować kuchnie świata.

Spotkałam się z opinią, z którą się zgadzam, że głos Krystyny Czubówny jest naszym dobrem narodowym. Jak pani traktuje takie pochwały?

- Uprawiam swój zawód ponad 40 lat, to szmat czasu. A jednak każde słowa uznania i pochwały są dla mnie cenne i cieszą tak, jakbym je słyszała po raz pierwszy. Zdaję sobie sprawę, że nic nie jest wieczne i dane raz na zawsze. Ale te komplementy dowodzą, że jeszcze na tej scenie mogę trochę pobyć.

W internecie też jest pani jedną z nielicznych osób, którą hejterzy omijają.

- Prawdę mówiąc dla mnie świat wirtualny nie istnieje. Korzystam z poczty elektronicznej, bo jest praktyczna. Ostatnio też zwróciłam uwagę, że gdy poszukuję znaczenia słowa, a w moich słownikach nie znajduję potrzebnych informacji, "wujek Google" okazuje się niezastąpiony. Myślę, że moja niechęć do świata wirtualnego bierze się stąd, że szybko żyję i każdy dzień spędzam aktywnie, a internet to złodziej czasu, którego nie mam.

Gdy zawodowo czyta pani o takich stworzeniach jak kiepówka plamista, butlodziób szmaragdowy czy rurogłów, zawsze udaje się pani zachować powagę?

- Tak. To akurat był tekst o toksycznej faunie Wisły. Zabawny, ale z przesłaniem. I to jest piękne w tym zawodzie, że trafiamy do szerokiego odbiorcy z przekazem. Lektorowanie oddziałuje również na mnie. Filmy przyrodnicze ucywilizowały mnie, bo świat przyrody, czasami brutalny i okrutny, jest bardzo poukładany. Czytając zaś jako lektor książki, po które nie sięgnęłabym sama, mogę się rozsmakować w gatunku literackim, który dotąd był mi całkiem obcy.

Science fiction! Trafiłam?

- Właśnie tak! Pierwszy był "Niezwyciężony" Stanisława Lema. Po lekturze "Odysei kosmicznej" stwierdziłam, że to książka niezwykła, którą powinien przeczytać każdy. Dla mnie była to cudowna wizja życia po życiu.

Pracy dla dobrych lektorów jest chyba teraz bardzo dużo?

- Rzeczywiście, nie brakuje nam zajęcia. Świat stał się multimedialny, głos jest potrzebny w telewizji, kinie i teatrze. Cenię sobie różnorodność i współpracę z każdym z tych mediów. Bodaj w lutym wejdzie do kin film Marka Koterskiego, w którym występuje mój głos jako konkretna postać. Kilka lat temu miałam rolę głosową w przedstawieniu "Przedtem/Potem" w Starym Teatrze w Krakowie, a moja postać przewijała się przez całą sztukę. Było to spełnienie moich młodzieńczych marzeń, kiedy chciałam nawet iść do szkoły teatralnej. Moja droga potoczyła się inaczej, ale okazuje się, że na scenę można wejść różnymi drzwiami i przeżyć radość ze wspólnego tworzenia spektaklu. Często też współpracuję z organizacjami pozarządowymi. Oczywiście muszę wierzyć w słuszność danego przedsięwzięcia i się z nim utożsamiać. Jest to fantastyczne uczucie, móc propagować i wspierać mądre i dobre inicjatywy. Jest to wielkie spełnienie zawodowe.

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Krystyna Czubówna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje