Konrad Łęcki: Uczciwie o losach Żołnierzy Wyklętych

Moim zamiarem było stworzenie szerszej opowieści o losach Żołnierzy Wyklętych, tak aby widz mógł wyrobić sobie obraz tego, jaka była ich walka - mówi reżyser Konrad Łęcki, którego film "Wyklęty" poświęcony historii podziemia antykomunistycznego pojawi się na ekranach 10 marca.

To był niemal nieludzki wysiłek - mówi o realizacji "Wyklętego" Konrad Łęcki

Gdyby miał pan zachęcić do obejrzenia filmu kogoś, kto nie ma żadnej wiedzy na temat dziejów podziemia antykomunistycznego, to jak przedstawiłby pan tę historię, nie zdradzając jej fabuły?

Reklama

Konrad Łęcki: - Przede wszystkim jest to historia o człowieku i jego osamotnieniu oraz targających nami wszystkimi emocjach. Myślę, że te wątki zawsze są najważniejsze w historiach opowiadanych w kinie. Film bez emocji jest czymś zupełnie wyjałowionym, więc to je należy wysuwać na pierwszy plan. Jest to film o ludziach, choć oczywiście tło ich zachowań jest bardzo ważne. Opowieść dzieje się w konkretnym czasie i miejscu, ale najważniejsze jest to, co dzieje się w bohaterach.

Zdecydował się pan na formę narracji, w której nie pokazuje konkretnych, realnie istniejących bohaterów podziemia antykomunistycznego, ale postacie fikcyjne, których losy złożone są z doświadczeń prawdziwych Żołnierzy Niezłomnych. Dlaczego zdecydował się pan na taki zabieg?

- Od początku prac nad filmem nie planowałem tworzyć niczyjej biografii. Moim zamiarem było stworzenie szerszej opowieści o losach Żołnierzy Wyklętych, tak aby widz mógł wyrobić sobie obraz tego, jaka była ich walka. Biografie niosą za sobą ryzyko nieporozumień ze świadkami zdarzeń lub rodzinami Wyklętych. Chciałbym jednak podkreślić, że moi bohaterowie "składają" się z kilku życiorysów i przedstawione wydarzenia miały miejsce w rzeczywistości.

Czy podczas prac nad scenariuszem konsultował się pan z weteranami podziemia antykomunistycznego lub ich rodzinami?

- Nie. Opierałem się głównie na dokumentach i opracowaniach, których wiele ukazało się w ostatnich latach i których wiele odziedziczyłem po dziadku, walczącym w szeregach Armii Krajowej. Chciałem jednak świadomie uniknąć bezpośrednich kontaktów, aby mieć do tej historii nieco większy dystans.

Bardzo mocnym odniesieniem do losów Wyklętych jest to, że inspiracją były dla pana dzienniki i grypsy żołnierzy.

- Słowa naszego głównego bohatera pisane w pamiętniku są mojego autorstwa, ale tworząc je wzorowałem się na pamiętnikach Wyklętych. Znamy co najmniej kilka tego rodzaju źródeł. Pamiętniki pisali między innymi Zdzisław Broński "Uskok", Edward Taraszkiewicz "Żelazny" i Łukasz Ciepliński "Pług". Są to niezwykle cenne źródła, ponieważ mówią nam, o co walczyli i przybliżają ich stan psychiczny. Zapiski bohaterów w moim filmie są więc ich swoistym testamentem.

Film powstał w plenerach Gór Świętokrzyskich. Czy ta decyzja wynikała z faktu, że jest to pana rodzinny region?

- Tak, to był najważniejszy powód. Ważnym motywem tej decyzji było również silne naznaczenie tego regionu dziejami walki o niepodległość - od czasów powstania styczniowego, po okres II wojny światowej. To w Kielcach miała miejsce jedna z najgłośniejszych akcji podziemia antykomunistycznego, czyli rozbicie więzienia UB przez żołnierzy Ruchu Oporu Armii Krajowej, pod dowództwem Antoniego Hedy "Szarego" w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. zakończone uwolnieniem kilkuset tam przetrzymywanych. Tradycje Ziemi Świętokrzyskiej są więc bardzo bogate i mimo wszystko wciąż nieodkryte, choć przecież jest to niemal centrum Polski. Starałem się również pokazać piękno krajobrazów i historie, które w sobie noszą.

Realizacja filmu trwała niemal trzy lata. Kiedy jednak pojawiła się w panu myśl o nakręceniu takiej historii?

- Nad filmem zacząłem myśleć na około rok przed rozpoczęciem jego realizacji. Samo przygotowanie scenariusza nie zajęło tak wiele czasu, jak przygotowanie się do zdjęć. Pomysł kiełkował we mnie dość długo, co było efektem wielu lektur na ten temat oraz obejrzenia filmów z poprzedniej epoki, które w jednoznaczny sposób potępiały Niezłomnych.

Wydaje się, że kluczowym momentem dla pomyślnej realizacji "Wyklętego" było nawiązanie kontaktów z Fundacją Między Słowami i Marcinem Kwaśnym.

- Z Marcinem poznaliśmy się nieco wcześniej, bo już podczas realizacji mojego filmu dyplomowego "Pre Mortem", gdzie zagrał jednego z żołnierzy. Wówczas nie wiedzieliśmy, że zrealizujemy razem kolejny film, ale współpraca między nami zawiązała się dość spontanicznie, ponieważ Marcin Kwaśny interesował się tą tematyką. Ostatecznie stwierdziliśmy, że nakręcimy "Wyklętego". Muszę jednak przyznać, że nie wiem czy zdecydowalibyśmy się na realizację tego filmu, wiedząc wcześniej jak trudne, wręcz karkołomne zadanie stoi przed nami. Mówiąc bez żadnej przesady, był to niemal nieludzki wysiłek.

Jakie sceny były najtrudniejsze do realizacji?

- W filmie jest cała masa trudnych w realizacji scen. Mam nadzieję, że będzie to widać na ekranie. Zarówno przebywanie na mrozie przez kilka dni z rzędu czy kręcenie zdjęć w prawdziwych wnętrzach ubeckich katowni i więzień było ogromnym wyzwaniem. Aspekt fizyczny był więc bardzo trudny, ale muszę również podkreślić, że cały czas borykaliśmy się z problemami finansowymi, które wpływały na nasz nastrój.

- Jednocześnie chcieliśmy za wszelką cenę, aby ten film nie wyglądał skromnie. Powstało w ostatnim czasie wiele filmów, w których widać niedostatki budżetu, co zniechęcało do podejmowania kolejnych prób realizacji filmów historycznych. Pomimo tego, że realizowaliśmy film za stosunkowo niewielkie środki, to jednak staraliśmy się dzięki wsparciu wielu ludzi, aby wyglądał dobrze. Ktoś porównał nasz film z "Przełęczą ocalonych", co oczywiście jest pomyłką, bo nasza produkcja była realizowana za ułamek środków, którymi dysponował Mel Gibson.

W swoim filmie zdecydował się pan na umieszczenie scen, które zdecydowały, że obraz Wyklętych nie jest w nim czarno-biały?

- Chciałem podejść do tego tematu w sposób maksymalnie uczciwy. Należy pamiętać, że w podziemiu antykomunistycznym w szczytowym momencie walczyło kilkadziesiąt tysięcy osób. Zdarzały się więc różnorodne sytuacje, również błędy. Część z nich, tak jak w moim filmie, była efektem prowokacji bezpieki, podszywania się pod Wyklętych. Zdarzały się przypadki pacyfikacji wsi przez siły komunistów, za które odpowiedzialność spadała na Niezłomnych. Nie ryzykowałbym więc tak daleko idących i jednoznacznych ocen, jak te pojawiające się w ostatnim czasie.

Ma pan za sobą "Wyklętego" i krótkie filmy o zbrodni katyńskiej oraz stanie wojennym. Gdyby mógł pan zrealizować kolejny film o polskiej historii, to jakiej sferze naszych dziejów byłby poświęcony?

- Mam kilka pomysłów i gotowe scenariusze. Niestety nie zrobię już filmu, który planowałem bo zajmuje się nim zagraniczny reżyser. Mam na myśli historię misia Wojtka. To niesamowity, hollywoodzki temat na film. To niebywałe, że historia jest znana lepiej w Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Myślę jednak, że w polskiej historii jest jeszcze wiele ciekawych tematów. Musimy jednak pamiętać, że muszą być pokazywane w sposób atrakcyjny dla widza. Dzisiejsze młode pokolenia nie zaakceptują klasycznego, dawnego podejścia do filmu historycznego. Należy pamiętać, że internet zmienił wrażliwość i musimy się do tego dostosować, niezależnie czy ta zmiana nam się podoba, czy nie.

Rozmawiał Michał Szukała (PAP).

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Konrad Łęcki | Wyklęty

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje