Kiedy widzieliście film, w którym bohater wypala całego papierosa?!

Pamiętacie wspaniałą rolę Billa Murraya w "Między słowami" Sofii Coppoli? W swym najnowszym filmie - "Somewhere. Między miejscami" (w polskich kinach od 1 kwietnia) - amerykańska reżyserka po raz kolejny przygląda się mężczyźnie w kryzysie wieku średniego. W postać kinowego gwiazdora Johnny'ego Marco wcielił się Stephen Dorff. - Aktor zawsze ma jakiś rekwizyt. Ja nie mam. Mam piwo, papierosa i co jakiś czas tabletkę - tak Dorff charakteryzuje swoją postać.

Czy jest pan zadowolony z tego filmu?

Reklama

Stephen Dorff: - Tak, jest niesamowity. Miałem już wspaniałą karierę i to szczęście, że pracowałem właśnie z tymi ludźmi, a nie z innymi. Ale czuję, że właśnie teraz w moim życiu zachodzi zmiana. Sposób, w jaki Sofia obsadziła mnie w tej roli - jest wyjątkowy. Czułem to od samego początku, nawet zanim jeszcze zaczęliśmy kręcić. Jestem niezwykle podekscytowany tym, jak wszystko się ułożyło i jak film został przyjęty w Wenecji. To było wyjątkowe. A z Sofią znamy się już od dłuższego czasu.

Jak się poznaliście?

- To było na początku lat 90. Mamy wspólną znajomą, Zoe Cassavetes, która była z nami tamtego wieczoru, na premierze w Wenecji, co było cudowne.

Kiedy Sofia po raz pierwszy zaproponowała panu rolę Johnny'ego Marco?

- Dwa lata temu przechodziłem trudne chwile, ponieważ straciłem matkę. Było to straszne przeżycie. Mama miała 59 lat i była niesamowitą kobietą. Umarła na raka mózgu. Kręciłem "Wrogów publicznych", kiedy to się działo. Byłem wdzięczny Michaelowi Mannowi, że zaproponował mi tę rolę, ale było mi źle podczas pracy nad tym filmem. Czułem, że stoję w miejscu, że nie mam dalszego celu...

- I nagle, ni stąd ni zowąd, rok później, a cztery miesiące po ukończeniu "Wrogów publicznych", zadzwonił mój agent i powiedział: "Sofia kręci nowy film. Fred Roos (producent) zadzwonił i powiedział, że myśli o tobie...". Zapytałem, co to za film. Odpowiedział, że to rzecz o facecie mieszkającym w hotelu Chateau Marmont ze swoją 11-letnią córką. Brzmiało świetnie! Udałem się do Paryża parę tygodni później, by spotkać się z Sofią. Zadała mi wiele pytań, poprosiła o nieścinanie włosów, więc wiedziałem, że praktycznie jestem w domu, choć ona nie powiedziała, że rola na pewno należy do mnie.

Niepokoił się pan?

- Nie mogłem się doczekać decyzji! To dla mnie zupełnie nowy rodzaj bohatera - dorosły, ojciec, który musi przejść wielką zmianę. W pewnym sensie ten film przypominał nieco film niemy, gdzie wiele scen obywa się bez słów. A gra mową ciała jest o wiele trudniejsza niż gra z bronią lub eksplozjami. Jest ogołocona z odwracających uwagę efektów specjalnych.

Kiedy więc Sofia powiedziała, że dostał pan rolę?

- Ostatecznie Sofia zadzwoniła do mnie na dzień przed moim powrotem do Los Angeles. Byłem wtedy w Paryżu od tygodnia. Wysłałem jej wiadomość, że wyjeżdżam, ale zaznaczyłem też, że jeśli mnie potrzebuje, to wrócę... I zadzwoniła do mnie następnego wieczoru, proponując rolę.

- Była to pierwsza rocznica śmierci mojej matki. Wydaje mi się, że cały występ miał coś wspólnego z mamą, ponieważ zawsze chciała, żebym zagrał bardziej dojrzałą postać. Miała już dość moich ról "czarnych charakterów" i chciała, żebym zagrał dorosłego faceta z charakterem i zapałem, który ma swoje wady, ale który ostatecznie jest dobrym człowiekiem. Opowiedziałem o tym Sofii; nie mogła uwierzyć. Dlatego ten film ma dla mnie tak wyjątkowe znaczenie. Czuję, jakbym go zrobił dla mamy.

Pełen minimalizm

Wspomniał pan, że Sofia chciała występu pozbawionego zbędnych efektów. Są ujęcia, w których kamera jest zwrócona na pana, ale pan nie robi nic szczególnego, co oddaje doskonale samotność bohatera. Na przykład wypala pan całego papierosa przed kamerą.

- Właśnie. Kiedy widzieliście film, w którym bohater wypala całego papierosa?!

Trudno jest grać samemu, bez innych aktorów, z którymi można nawiązać kontakt?

- Bardzo trudno! To duże wyzwanie. Niełatwo jest oddać emocje bez słów. Aktor lubi wygłaszać swoją rolę. Pod koniec filmu jest scena, w której Cleo odjeżdża, a w tle wisi helikopter, przez co jest bardzo głośno. Śmigła wirują, a ja chcę powiedzieć: "Bardzo przepraszam, bardzo cię kocham, jestem pieprzonym idiotą, jestem złym ojcem...". Instynktownie chciałem powiedzieć te rzeczy, ale Sofia powstrzymała mnie: "Chcę tych emocji, ale powiedz tylko jedno zdanie: 'Przepraszam, że mnie nie było...'". I miała rację.

To podejście typu "mniej znaczy więcej", które w wykonaniu Sofii wychodzi świetnie, choć inni reżyserzy czuliby może pokusę zwiększenia poziomu emocji poprzez słowa i bogate plany zdjęciowe.

- Trzeba mieć odwagę, żeby zrobić to, co ona w początkowych ujęciach filmu. W pierwszych dziesięciu minutach nie mówię prawie nic. Chyba powiedziałem "dzięki" kelnerowi w scenie z piwem w hotelu. Pełen minimalizm. Dialogi zaczynają się tak naprawdę dopiero, gdy pojawia się Elle. Ale nawet wtedy nie jest to film obciążony dialogami. Bardzo wiele zostaje przekazane za pomocą gestów czy spojrzeń.

Utożsamiał się pan z Johnnym Marco?

- Z niektórymi jego cechami mogę się utożsamić, poza tym obaj jesteśmy aktorami. Ale też różnimy się. Wychowywałem się w świetle jupiterów, w tym wyścigu po sławę, kręcąc filmy takie, jak "Zew wolności" i "Backbeat". A potem zniknąłem, zrobiłem parę filmów, które nie odniosły większych sukcesów.

- Miałem okazję pracować ze wspaniałymi ludźmi, np. podczas kręcenia filmu "Krew i wino" spotkałem Jacka Nicholsona, czy producenta Jeremy'ego Thomasa. Jednak filmy te nie stały się wielkimi przebojami. Aby film "wypalił", wszystkie jego aspekty muszą współgrać - musi być nakręcony we właściwym studiu, we właściwym czasie, być właściwym filmem z odpowiednimi gwiazdami i odpowiednim reżyserem. Czuję, że być może potrzebowałem tyle czasu, żeby dojrzeć, że musiało się wydarzyć coś tak bolesnego, jak utrata matki, żebym dorósł do momentu, w którym jestem gotowy na takie role. Nie sądzę, bym był gotów do tego trzy lata temu.

Czy opracował pan tło, przeszłość dla postaci Johnny'ego Marco?

- Tak. Właśnie to mam na myśli, kiedy mówię, że są między nami podobieństwa, ale też jesteśmy różni. Siedzę w tym biznesie całe życie, więc czuję się jak stary wyjadacz, choć mam zaledwie 37 lat. Wymyśliliśmy Johnny'emu taką przeszłość: wszedł w ten świat razem ze swoją rodziną, chcąc stać się uznanym aktorem, po czym zrobił parę filmów, rozstał się z żoną, i przeżył coś w rodzaju kryzysu wieku średniego - zabawiał się z laskami, stał się sławny, pogubił się, zbyt dużo imprezował. I stracił więź z rodziną. Nie zna tak naprawdę swojej córki, jest tatą-gwiazdorem. Jest dla niej miły, ale nieobecny. I kiedy musi spędzić prawdziwie bliskie chwile z tą niesamowitą dziewczynką, widzimy jego przeobrażenie, widzimy, jak staje się mężczyzną.

- Dla mnie jest to film o dorastającym ojcu, który pod koniec tej opowieści staje się mężczyzną. A osadzenie tego w Hollywood i tym podobne smaczki stanowiły tylko przyjemne tło - w postaci blichtru i zapożyczeń z kultury masowej, którą Sofia tak świetnie operuje.

Dowiedz się więcej na temat: Stephen Dorff

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama