Karol Strasburger: Nie ulegam modom

Uznano, że scena z "Nocy i dni", w której brał udział, jest jedną z najbardziej romantycznych w historii polskiego filmu. Dziś Karol Strasburger kojarzony jest także z teleturniejem "Familiada". Przystojny, wysportowany, nadal otrzymuje od kobiet mnóstwo propozycji... matrymonialnych.

Dostaję liczne otwarte propozycje towarzysko-erotyczne - wyznaje Karol Strasburger

Panie Karolu, w dorobku ma pan wiele wspaniałych ról. Debiut w "Kolumbach", "Agent nr 1", "Noce i dnie". Jak wspomina pan pracę na tamtych planach?

Reklama

Karol Strasburger: - To były ważne doświadczenia, ale nie chciałbym żyć wspomnieniami, bo wciąż jestem czynny zawodowo. Nie przeczę jednak, te role mnie ukształtowały. "Kolumbowie" to początek pracy z Januszem Morgensternem, który zauważył mnie w szkole teatralnej. Była to niezwykła przygoda, zwłaszcza że w sensie zawodowym zaczynałem od zera. Nie miałem nawet amatorskiego doświadczenia, nie grywałem w kółkach teatralnych, wydawało mi się to takie niemęskie. Ale niektórzy profesorowie uważali, że to lepiej, bo łatwiej uczyć kogoś zupełnie od zera, niż oduczać złych nawyków.

Czym różniła się praca na planie wtedy od tego, co jest dziś?

- Reżyser był ważniejszy. Dziś mamy kino producenckie. Wtedy kierownik produkcji nie miał wpływu na działalność artystyczną, to reżyser o wszystkim decydował. Ci wybitni obdarzani byli szacunkiem, ale też dystansem. Gdy Morgenstern zaproponował mi, byśmy mówili sobie po imieniu, było to dla mnie wielkie przeżycie. W tej chwili - zwłaszcza w serialach - reżyserów mamy bez liku. Znakiem czasu jest fakt, że wyróżnia się ich, bo szybko pracują, ale nikt nie pyta, czy dobrze. Przy "Polskich drogach" w ogóle nie istniał temat czasu. Pracowało się dopóty, aż było dobrze. Filmy kręciło się latami, z pietyzmem. Nikt nie odpuszczał.

Miał pan świadomość, że bierze udział w czymś wyjątkowym?

- Tak. Pracując z Jerzym Antczakiem przy "Nocach i dniach", wiedzieliśmy, że robimy rzecz ważną, która może nawet otrzyma Oscara. Film od początku miał być wielkim, artystycznym wydarzeniem i przejść do historii. Miałem szczęście zagrać tu w scenie uznanej za najbardziej romantyczną w polskim kinie!

Był pan bożyszczem kobiet. Jak to się przekładało na życie codzienne?

- Dostawałem od pań masę listów: z prośbami o autograf, spotkanie, wyznaniami miłosnymi. Były miłe, ale traktowałem je z przymrużeniem oka. Dziś też dostaję wiele listów, choć są to rzadziej tradycyjne formy. W dobie szeroko rozwiniętego świata społeczności internetowej, w której i ja funkcjonuję - mam fanpage - o wiele łatwiej jest skontaktować się z idolem. Za pośrednictwem platformy on-line otrzymuję mnóstwo fajnych, ciepłych wiadomości, które zawierają zarówno gratulacje, pozdrowienia, życzenia, jak i liczne prośby o wsparcie finansowe czy też bezpośrednie, otwarte propozycje towarzysko-erotyczne.

Erotyczne?

- Tak, proszę mi wierzyć, że odkąd oficjalnie los ustawił mnie w statusie "wolny", tego typu ofert spotkań otrzymuję jeszcze więcej niż dotychczas. Czasy się zmieniły. Jednak zarówno wtedy, jak i dziś popularność nie ma większego wpływu na moje życie. Traktuję ją jako mało bolesny, najczęściej przyjemny "wypadek przy pracy".

Porozmawiajmy o teatrze. Jaką rolę odgrywał w pana życiu?

- Olbrzymią. Trafiłem do znakomitego Teatru Dramatycznego, gdy dyrektorem był Gustaw Holoubek. Jako młody aktor dostałem propozycję wyjazdu do Nowego Jorku z estradowymi występami. W Polsce nie było nawet coca-coli, więc myśl o tej "wielkiej Ameryce" bardzo mnie ekscytowała. Mieliśmy wówczas w Dramatycznym próby do "Króla Leara" w reż. Jerzego Jarockiego. Grałem jakiś ogon, ale Holoubek uświadomił mi, że dużo więcej zyskam, będąc w zespole. I faktycznie, okazało się, że sztuka odniosła sukces, jeździła po festiwalach, a ja wiele się nauczyłem od wybitnych ludzi, którzy przy niej pracowali. Do Ameryki jeździłem później wielokrotnie, nie zrobiła na mnie wrażenia.

A nie uderzyła panu woda sodowa do głowy, że pracował pan z gwiazdami?

- Nie pozwalaliśmy sobie na gwiazdorstwo. Myślę, że dziś wielu młodym aktorom brakuje kogoś, kto by im to wybił z głów. Teatr od razu pokazywał nam nasze miejsce w szeregu. Gdy tylko ktoś dostał świetną recenzję, koledzy sprowadzali go na ziemię. Dzięki temu nie wpadaliśmy w samozachwyt. Teraz gwiazdami nazywa się ludzi, których nikt nie zna. To krzywda zarówno dla sztuki, jak i dla nich, bo szybko zaczynają wierzyć, że faktycznie są wielcy.

Zanim trafił pan do szkoły aktorskiej, myślał pan o zostaniu marynarzem, prawda?

- Tak! W ogóle nie myślałem o aktorstwie. Uważałem, że prawdziwy mężczyzna musi pływać po morzach, być silny, wysportowany i zdobywać świat, a nie recytować na scenie Tuwima. Szkoła oficerska trwała 3 lata, w tym rok pływania i zwiedzania świata, którego w tamtych czasach tak łatwo się nie zwiedzało. Nie było paszportów na stałe, nie wspominając o kosztach takich podróży. A będąc studentem szkoły morskiej, można było popłynąć do Szwecji, Afryki, Ameryki Południowej. Potem miałem skończyć prawo morskie i zostać na lądzie, ale nie wypaliło. Wyobrażenie o pływaniu wyglądało inaczej niż rzeczywistość. Nie dość, że trzeba siedzieć w ciasnym pomieszczeniu z tymi samymi ludźmi, to jeszcze huśta. Okazało się, że mam chorobę morską! Musiałem uciekać.

Chciał pan zostać sportowcem?

- Tak, wiele lat trenowałem gimnastykę. Gdy koledzy chodzili na dyskoteki, pili gorzałkę i palili, ja szedłem na salę gimnastyczną. Preferowałem inny niż rozrywkowy styl życia, co nie oznacza, że izolowałem się od przyjaciół i unikałem odskoczni od obowiązków, nie korzystając z uroków młodości. Po prostu były priorytety! Dzieliłem czas tak, by więcej było miejsca na rzeczy ważniejsze od mickiewiczowskich "tańców, hulanek, swawoli". Imponowali mi sportowcy i sam chciałem być w dobrej kondycji - zdrowy, pełen energii. Nie wyobrażałem sobie siebie z papierosem w ustach czy butelką piwa lub szklanką whisky w ręku. Pamiętam słynny basen Legii, na którym mężczyźni prężyli muskuły, skakali z wieży, robili salta, a kobiety ich podziwiały. Marzyłem, by należeć do tej grupy. Uprawiałem gimnastykę wyczynowo przez 15 lat, lecz później ciężko było mi to pogodzić z nauką w szkole morskiej.

Jak dziś dba pan o formę?

- Gdy tylko czuję się trochę gorzej, jestem zmęczony, czy "siada mi" psychika, idę grać w tenisa. Albo wyciągam rower czy staram się zrobić spacer po Konstancinie. Czasem trenuję z ciężarkami, robię brzuszki, porządnie się pocę i idę na basen lub do sauny. Po dwóch godzinach wracam wypoczęty. Wysiłek fizyczny to najlepszy ratunek na chandrę.

W takim razie, ile czasu poświęca pan "Familiadzie"?

- Zajmuje mi ona kilka dni w miesiącu i w żaden sposób nie obciąża mnie czasowo. Lubię ten program, ani trochę mnie nie znużył. Jesteśmy na antenie od 17 września 1994 r., czyli 22 lata. Ku mojemu zadowoleniu, mamy dużo lepszą oglądalność, zainteresowanie programem i dobre recenzje wśród młodych ludzi. Chętnie do nas przychodzą, znaleźli w tym rodzaj zabawy i sposób na zaistnienie w mediach. Ja sam, jako prowadzący, też staram się nie ulegać modom polegającym na krzykliwości i pompowaniu sztucznej atmosfery. Uważam, że w dzisiejszych czasach powinniśmy mniej udawać i po prostu być sobą.

Rozmawiała Paulina Masłowska.

Dowiedz się więcej na temat: Karol Strasburger

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje