Judd Apatow o serialu "Dziewczyny": Inne są zawiłości kobiecej komunikacji

"Bardzo często zachowujemy się jak członkowie kapeli rockowej. Po prostu oceniamy, czy coś się sprawdza czy nie" - mówi o serialu "Dziewczyny" producent wykonawczy serii Judd Apatow. Produkcja HBO, nagrodzona dwoma Złotymi Globami, BAFTĄ oraz statuetką Emmy, opowiada o wzlotach i upadkach czterech przyjaciółek z Nowego Jorku.

Judd Apatow i Lena Dunham na rozdaniu AFI Awards 2013

W roli głównej w serialu "Dziewczyny" występuje autorka scenariusza i reżyserka - Lena Dunham. U jej boku, na ekranie pojawiają się: Allison Williams, Jemima Kirke, Zosia Mamet, Alex Karpovsky i Adam Driver. Odcinki piątego sezonu można oglądać na antenie HBO.

Reklama

W piątym sezonie "Dziewczyn" Hannah odkłada na chwilę swe pisarskie ambicje, kontynuując pracę jako nauczycielka u boku swojego nowego chłopaka Frana. Marnie, zaręczona z Desim, zajmuje się organizacją przyjęcia weselnego, starając się zachować wizerunek radosnej panny młodej. Wkrótce zdaje sobie jednak sprawę,  że potrzebuje więcej przestrzeni - w przenośni i dosłownie. Jessa pracująca nad tym, żeby zostać terapeutką, zastanawia się, kim jest dla tych, których kocha. Shoshanna rozkwita w swojej nowej pracy w Japonii, flirtując ze swoim szefem w związku na odległość.

"Nie widzimy już czwórki przyjaciółek, które mają niewiele ponad dwadzieścia lat i wspólnie jedzą. Są rozrzucone po świecie i cierpią z tego powodu. Ten sezon będzie bardzo emocjonujący", powiedziała Lena Dunham o piątym sezonie. “Nie mogę sobie wyobrazić bardziej satysfakcjonującego twórczo doświadczenia niż 'Dziewczyny'. Wymyśliłam serial, gdy miałam 23 lata, teraz mam blisko 30. W naturalny sposób wypełniły niemal cała dekadę mojego życia. Czuję, że już czas, by zakończyć historię i już myślę o szóstym, finałowym sezonie. Zamkniemy świat 'Dziewczyn', ale, jak wiadomo, nic nie kończy się zbyt porządnie" - mówi Lena Dunham.

O serialu opowiada producent wykonawczy Judd Apatow - również aktor, scenarzysta i reżyser, mający na swym koncie takie filmy, jak "Wykolejona", "40 lat minęło" i "40-letni prawiczek".

Jak zaczęła się twoja współpraca z Leną Dunhan nad serialem "Dziewczyny"?

Judd Apatow: - Zobaczyłem jej film "Mebelki" i pomyślałem sobie, że to bardzo błyskotliwa młoda osoba, z którą chciałbym kiedyś współpracować. To było chyba jedno z najlepszych moich zawodowych doświadczeń, bo Lena wie, czego chce i ma niezwykłą wyobraźnię. A poza tym, jest równie zadowolona z naszej współpracy, jak ja. Nigdy nie było między nami żadnych tarć, może poza jednym incydentem, kiedy zaprosiłem ją na koncert The Who. W połowie występu zaczęła wysyłać sms-y, co doprowadziło mnie do szału.

Niedawno nakręciłeś własny film "40 lat minęło". Czym czterdziestolatkowie różnią się od dwudziestolatków?

- Wraz z wiekiem przychodzi świadomość, że cały czas jesteśmy tą samą osobą, która zmienia się fizycznie - i to na niekorzyść. Mam teraz 48 lat i czuję się tak samo, jak wtedy kiedy miałem dwadzieścia kilka lat. Jedyna różnica polega na tym, że teraz udaję, że jestem bardziej pozbierany, ale to dlatego, że mam dzieci. Gdybym ich nie miał, byłbym po prostu łysiejącym facetem, który zachowywałby jak dwudziestokilkulatek.

Dlaczego chciałeś współpracować z młodymi kobietami przy filmach i serialach, nad których realizacją czuwają kobiety-producentki?

- Nie jestem pewien, czy był to z mojej strony świadomy wybór, czy miałem po prostu to szczęście, by spotkać na swojej drodze takie osoby, jak Lena i Kristin Wiig, Annie Mumolo, Jenni Konner i Amy Schumer. Moja żona powtarza, że nie ma dobrych scenariuszy dla kobiet. Ma wrażenie, że nikomu nie zależy na tworzeniu złożonych, wielowymiarowych postaci kobiecych, więc zawsze miałem tego świadomość. Wiedziałem, że kobiety są w kinie i telewizji marginalizowane, pomimo, że widzowie czekają na dobre produkcje z kobietami w rolach głównych, napisane i wyreżyserowane przez kobiety.

Czy serial "Dziewczyny" był dla kobiet swojego rodzaju przełomem?

- Jako pierwsi podjęliśmy na ekranie pewne wątki dotyczące seksualności, a Lena zdobyła się na odwagę, by dokonać wiwisekcji wszystkich aspektów relacji, które bardzo rzadko są pokazywane i na małym i dużym ekranie. Postanowiliśmy pójść tym tropem, bo to bardzo rozległy temat, a poza tym nie musieliśmy stosować autocenzury. Moja 18-letnia córka chce pójść w ślady Leny Dunham. Wierzy, że może pisać scenariusze, reżyserować i grać w swoich produkcjach. Nie jestem pewien, czy 10 lat temu mogłaby wybierać spośród aż tylu kobiet, które stanowią dla młodszego pokolenia wzór do naśladowania. Myślę tu o przede wszystkim o Tinie Fey, Amy Poehler czy Jill Soloway.

Czy tworzone przez kobiety produkcje komediowe są inne niż komedie pisane przez mężczyzn?

- Chyba nie, moim zdaniem nie ma żadnej różnicy. Źródłem komizmu są dokładne te same elementy. Kujony są zawsze śmieszne, czego najlepszym przykładem jest serial "Luzaki i kujony". Bohaterki "Dziewczyn" bawią nas, ale to, co nas śmieszy to ich brak pewności siebie, zamiłowanie do roztrząsania własnej tożsamości i kłody rzucane im pod nogi przez życie. Płeć nie ma tu żadnego znaczenia. Lena zawsze powtarza, że chce robić prawdziwy serial, i że jego bohaterowie muszą być autentyczni, a więc to od niej, a nie ode mnie zależą najważniejsze wybory.

Lena decyduje o całokształcie serialu, a więc na czym polega twoja rola - czy jesteś producentem, który czuwa nad realizacją jej wizji?

- Bardzo często zachowujemy się jak członkowie kapeli rockowej. Po prostu oceniamy, czy coś się sprawdza czy nie. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego Lena i Jenni Konner świetnie się dogadują i zapatrują się w podobny sposób na wiele rzeczy. Lena ma bardzo jasno określoną wizję serialu. Moja rola często ogranicza się do zadawania trudnych pytań i łatania dziur, podrzucania pomysłów, które podsuwa mi moje życiowe doświadczenie lub interpretacja danej sytuacji. Większość ciężaru i obowiązków spoczywa na Lenie, a ja po prostu pomagam jej nieść ten balast. Pracujemy ze świetnymi ludźmi, ale to Lena wyznacza kierunek naszej pracy. Z jakiegoś powodu zawsze się dogadujemy, choć czasem muszę zastanowić się przez chwilę, by domyśleć się, jaki efekt chce uzyskać.

Kolejny, szósty sezon będzie ostatnią częścią "Dziewczyn". Skąd wiecie, że czas zakończyć serial?

- Pewnego dnia, Gary zapytał mnie, czy powinniśmy myśleć o kolejnym sezonie. Odpowiedziałem mu, że nie powinniśmy ciągnąć tego dalej. W życiu każdego serialu przychodzi taka chwila, kiedy należy posadzić samolot na pasie, aby nie spalić maszyny lub nie przedłużać wizyty i nie stać się natrętnym gościem. Zakończenie serialu jest dość naturalną decyzją, bo wszyscy jego bohaterowie za chwilę przestaną być dwudziestokilkulatkami. Bardzo mnie to smuci. Nie mam interesu w kończeniu serialu już teraz i nie był to też mój pomysł. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia, w którym co chwilę nie dzwoni do mnie Lena i nie dostaję mailem kolejnej wersji scenariusza. To bardzo smutne.
 
Serial "Dziewczyny" jest produktem bardzo specyficznego okresu w historii, który nastąpił tuż po recesji. Wielu jego bohaterów próbuje bez skutku zaistnieć w zawodach artystycznych. Tobie się to udało. Czy twój stosunek do procesu twórczego zmienił się, kiedy zacząłeś cieszyć się ugruntowaną pozycją zawodową? 

- Absolwenci liceów i uczelni mają zawsze problem ze znalezieniem pracy i okres nie ma tu żadnego znaczenia. W świecie po recesji każdy walczy o to, by zarobić na swój pierwszy czynsz. Na początku mojej kariery, przez rok czy dwa pracowałem za darmo dla HBO, a potem jako satyryk zarabiałem tygodniowo 200 dolarów za występy w klubach. Potem dostawałem kolo 300 dolarów tygodniowo, a mój czynsz wynosił 424 dolarów miesięcznie. Dobrze to rozumiem. To okres życia, w którym chcemy robić to, o czym zawsze marzyliśmy i nie spędzać długich godzin w pracy, której nienawidzimy, ale która zapewnia nam środki do życia. To prawda, że nasz serial zadebiutował na antenie tuż po recesji. Jego bohaterami są bardzo kreatywni ludzie, którzy nie chcą mieć zwykłej, odmóżdżającej pracy. Walczą o realizację swoich marzeń, bo nie chcą pracować w kawiarni. Mają nadzieję, że pewnego dnia dostaną wymarzoną posadę. Chyba wszyscy młodzi ludzie mają teraz fajne konta na Instagramie. Wszyscy są przekonani, że zrobią wielką karierę i będą zajmować się wyłącznie tym, co sprawia im w życiu przyjemność. W rzeczywistości, wielu z nich będzie musiało spuścić z tonu i bardzo ciężko pracować.

Czego dowiedziałeś się o kobietach na planie "Dziewczyn"?

- Chyba niewiele. Zawsze podejrzewałem, że życie to nieustanna walka. Wszyscy ludzie, bez względu na płeć, starają się pokonać przeszkody na swojej drodze do szczęścia - przeszkody, które nie pozwalają im się zakochać i stworzyć udanego związku. To mniej więcej o tym jest nasz serial, a ja mam swoją własną, męską wizję tych tematów. Zdałem sobie sprawę, że wszystkie te problemy są uniwersalne. Inne są natomiast zawiłości kobiecej komunikacji. Jestem ojcem 13-latki i 18-latki. Mam też żonę i można powiedzieć, że jestem w związku z tą samą kobietą z trzech różnych przedziałów wiekowych. Kobiety komunikują się w zupełnie inny sposób niż mężczyźni.

- W serialu dużo mówimy o przyjaźni między kobietami i o tym co sprawia, że jest ona tak skomplikowana. To zupełnie inny układ niż przyjaźń między dwoma, prostymi facetami. Nigdy nie prowadziłem z moimi kumplami tak zwanych głębokich dyskusji. Chodziliśmy razem do kina, wałęsaliśmy się po centrach handlowych, rozmawialiśmy o dziewczynach, które się nam podobały. Mam dwie córki i zauważyłem, że każda interakcja z ich znajomymi jest zupełnie inna. Obie z nich są w stanie rozmawiać godzinami o wszystkich niuansach jakiejś kłótni, o zachowaniu obu stron, o tym, czy ktoś postąpił źle, a to wszystko jest podlane super dramatycznym sosem. Ja i moje kumple piliśmy wino na wyciągu narciarskim. Życie prostego faceta jest o wiele łatwiejsze.

Czy twoim zdaniem takie seriale jak "Dziewczyny" i filmy jak "Wykolejona", które odkrywają na nowo kobiecą seksualność, mogłyby zostać nakręcone 10 lat temu? I czy dość realistyczne przedstawienie kobiecej seksualności nie przeraża Cię jako ojca nastoletnich córek?

- Jeśli chodzi o moje córki, to wszystko mnie przeraża. Nie ma takiej sfery życia, która nie wywoływałaby we mnie strachu. Ja potrafię się nawet zamartwiać, że moja córka nie poradzi sobie z pracą domową z biologii. Jestem pewien, że kobieca seksualność była tematem wielu produkcji sprzed 10 lat, choć może nie tak częstym jak teraz. Z drugiej strony, Lenie udało się dokonać rzeczy niezwykłej. Rozkodowała ludzką seksualność i przedstawiła ją w niezwykle realistyczny sposób, ale z dużym poczuciem humoru. Tego wcześniej nie było. Przetarła nowy szlak, wymyśliła nowy język, którym możemy się posługiwać, opisując intymne chwile ludzkiego życia. Tego rodzaju sceny były wcześniej zaciemniane i słyszeliśmy komentarze na ich temat dopiero podczas kolejnego ujęcia pokazującego śniadanie.  Uważam, że to spore osiągnięcie. Widzę, że inne seriale poszły już naszym śladem i nie ograniczają się wyłącznie do niedomówień.

Kiedy dorastałeś i zastanawiałeś się nad swoją zawodową przyszłością, których satyryków uważałeś za wzór do naśladowania?

- Chciałem robić standup. Nie chciałem być producentem, ale jakoś samo tak wyszło. Podziwiałem takich satyryków, jak Lenny Bruce, George Carlin i Jerry Seinfeld. Nie oglądałem nałogowo filmów i nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę kiedyś pisał do nich scenariusze lub je kręcił. Miałem więc sporo do nadrobienia, bo nie zwracałem na nie uwagi. Lubiłem kino, ale nie zachwycałem się kątem, pod jakim nakręcono konkretne ujęcia, nie zapamiętywałem takich szczegółów. Uwielbiałem filmy Barry'ego Levinsona, Jamesa Brooksa, Camerona Crowe i Mela Brooksa. To głównie ich oglądaliśmy w moim domu.

A kiedy nastąpił niespodziewany zwrot w twojej karierze?

- Robiłem standup i pisałem skecze dla innych satyryków, dzięki czemu byłem w stanie się utrzymać. A potem, kiedy wszystkie te osoby dostawały własny program telewizyjny, rolę w filmie i robiły się sławne, znów zwracały się do mnie o pomoc. Wtedy zdałem sobie sprawę, że stać mnie na coś więcej niż standup. Przez ostatnie półtora roku robiłem standup dla czystej przyjemności, nie miałem żadnego ciśnienia, bo nie było to moje główne źródło utrzymania. W listopadzie wystąpiłem w  Carnegie Hall i naprawdę bardzo cieszę się z mojego powrotu na scenę kabaretową.

Czy twoi bohaterowie mądrzeją z wiekiem?

- Mam nadzieję, że nie, bo to przestanie być zabawne. Zawsze piszę o ludziach, którzy są niepozbierani. Nie ma nic śmiesznego w osobach uporządkowanych  i zasadniczych. Nikt nie chce oglądać ich w filmach. Chcemy widzieć ich w normalnym życiu, ale nie w filmach.

Napisałeś książkę, która jest zapisem twoich rozmów z satyrykami. Czy zamierzasz w dalszym ciągu je prowadzić? Czy nadal masz wrażenie, że możesz się sporo nauczyć od innych kabareciarzy?

- Pewnie napiszę kolejną, ale tym razem będą to nie tylko rozmowy z satyrykami, ale też reżyserami, aktorami i muzykami, co otworzy przede mną nową furtkę. Niedawno rozmawiałem z Davidem Milchem, który pracował przy serialach "Deadwood" i "Nowojorscy gliniarze", a jeszcze wcześniej z Adamem McKay'em. Nauczyłem się czegoś od każdego z nich. Lubię umawiać się na wywiady, bo wtedy mogę zadawać moim rozmówcom pytania. Byłoby dziwne, gdybym umówił się z nimi na lunch, a potem bombardował ich pytaniami. To moja wymówka, by drążyć, zdobywać odpowiedzi, uczyć się nowych rzeczy i szukać inspiracji.

A co jest teraz twoim źródłem inspiracji?

Nie wiem, bo jestem teraz w okresie przejściowym. To dziwne uczucie, jakby coś we mnie umarło. Cieszę się, że mogę pracować nad ostatnim sezonem "Dziewczyn". To obecnie mój najważniejszy projekt - zaczynamy prace pełną parą już w tym tygodniu. A poza tym, nic nie zrobiło na mnie ostatnio wrażenia. Nie jestem typem faceta, który ma w swoim notesie 20 pomysłów na nowy film. Mój notes jest pusty, ale mam nadzieję, że niedługo wpadnie mi do głowy jakiś pomysł.

Dowiedz się więcej na temat: Judd Apatow | Dziewczyny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje