Jerzy Stuhr: W operze czuję prawdziwy teatr

W operze znalazłem to, z czego wyrosłem - prawdziwy teatr, w którym mróz przechodzi po kościach - mówi Jerzy Stuhr, który w piątek, 2 grudnia, w Operze Krakowskiej spektaklem "Don Pasquale" Gaetana Donizettiego zadebiutuje jako reżyser operowy.

Jerzy Stuhr zrealizował pierwszą w swojej karierze operę

Znany aktor, reżyser filmowy i teatralny, zrealizował pierwszą w swojej karierze operę. Pojawi się też na scenie w epizodycznej roli Notariusza. Don Pasqualem będzie Grzegorz Szostak. Mariusz Kwiecień wystąpi jako Malatesta, Andrzej Lampert jako Ernesto, a Alexandra Flood jako Norina.

Reklama

Jak się pan czuje w roli operowego debiutanta?

Jerzy Stuhr: - Tak jak parę razy już w życiu się czułem. Jak wychodziłem na deski Starego Teatru w 1972 r. Jak znalazłem się na pierwszej próbie z włoskimi kolegami w miejscowości Livorno. Jak prezentowałem swój pierwszy film "Spis cudzołożnic" na festiwalu w Gdyni. Jak stanąłem przed międzynarodową widownią na festiwalu w Wenecji z moim filmem "Historie miłosne"... Aż wreszcie opera. To jest uczucie walki. Idę na walkę - albo wywalczę, albo nie wywalczę.

Czyli opera jest kolejnym wyzwaniem?

- Tak, ogromnym. Jak się dostaje taką zabawkę do ręki z 90-osobową orkiestrą, 60-osobowym chórem, 20-osobowym baletem i solistami typu Mariusz Kwiecień, no to nie jest bagatela. Plus cały sztab scenograficzno-techniczny. Skoordynować to wszystko, scalić w jedną jednorodną całość - to jest potężne wyzwanie, to trzeba sił strasznych. Teatr dramatyczny i opera mają jeszcze jedno - ile reżyser włoży energii, tyle mu oddadzą. Przy pracy nad tą operą musiałem wyrzucić z siebie ogromny ładunek energii. Podjąłem się tego będąc na pograniczu zawału, na pograniczu zapaści. Trema polegała na tym, czy ja będę w stanie to zrobić, czy mam tyle sił jeszcze.

Ale pan się doskonale czuje w tej chwili.

- Wie pani, widziałem ludzi, którzy się doskonale czuli i za chwilę leżeli, koniec, po nich było. Dużo widziałem już takich rzeczy w życiu.

Jak doszło do tego, że pan się podjął reżyserii tej opery?

- Namówił mnie do tego dyrektor Opery Krakowskiej Bogusław Nowak. Długo trwało, zanim się zdecydowałem na współpracę. Nie czułem się na siłach. Nie wiedziałem, jaki typ repertuaru mi odpowiada, jaki sposób pracy z zespołem. Nie miałem odwagi wejść w progi opery. Zastanawiałem się, czy znajdę tu swoje miejsce. Pomyślałem jednak, że mogę wypełnić jakąś lukę - wielcy reżyserzy operowi rzadko decydują się na repertuar komediowy, więc może ja mogę coś nowego podpowiedzieć zespołowi operowemu, może mogę zaproponować wydobycie poczucia humoru; humoru dość specyficznego, bo opery komediowe to głównie dowcip sytuacyjny. A ja mam doświadczenie, jeśli chodzi o repertuar komediowy. I mam doświadczenie teatralne. Wybraliśmy "Don Pasquala" Donizettiego, włoską komedię - bo chodzi o ducha, temperament, poczucie humoru tamtych ludzi, które się rozumie tylko wtedy, kiedy się tam żyło, grało w teatrach i filmach. Wiedziałem, że Donizettiego zrozumiem.

Pan wyrósł z teatru. Opera to taki powrót do korzeni?

- Opera to dla mnie kontynuacja tego, co mnie przez całe życie fascynowało. Wyrosłem z teatru totalnego, działającego na widza wszystkimi możliwymi efektami. Debiutowałem w "Dziadach" w reż. Konrada Swinarskiego, w spektaklu było ponad 80 aktorów. Gdzie dzisiaj można zobaczyć taki teatr? Gdzie szukać teatru, który się rozgrywa w całym teatrze - rozgrywa się całymi aparatami muzycznymi, scenograficznymi, aktorskimi? Trudno o taki.

- Antoni Czechow mówił, że dawniej aktor mówił nieswoim głosem, walił pięścią w stół, zapadał się pod ziemię, ale ile w tym było ekspresji? Dzisiaj na scenę wyjdzie - mówił Czechow - patałach w podartych portkach i plecie trzy po trzy, byle było jak w życiu. Ale nie tego nam potrzeba, ponieważ życia mamy dość, znamy je do znudzenia, a chciałoby się przeżyć coś takiego, żeby mróz przeszedł po kościach. I tu, w operze to znajduję - jak siedzę i słucham Mariusza Kwietnia, gdy patrzę na scenografię, słucham orkiestry - mróz przechodzi. To jest teatr, to jest mój teatr i dlatego tu jestem.

Czy pana "Don Pasquale" znacznie odbiega od oryginału? Będą na scenie elementy nowoczesne?

- Donizetti, Rzym, barok, gdzie tam nowoczesne? W jednym momencie tylko bohater okulary przeciwsłoneczne założy. Opera nieznacznie odbiega od oryginału, tylko trochę skrótów zrobiliśmy w tekście.

Jak się współpracowało z dyrygentem?

- W operze reżyser jest od sensu słowa, a dyrygent od sensu muzycznego. Reżyser sam nie może zrobić skrótów w operze, musi to robić z dyrygentem. I to był mój pierwszy sukces tutaj. Z drżącą ręką i librettem przyszedłem na spotkanie z maestro Tomkiem Tokarczykiem, by rozmawiać o skrótach w tekście opery. I zgodziliśmy się co do nich. Przydało się mi wcześniejsze doświadczenie teatralne - ja amator zgodziłem się z nim - zawodowcem.

Czy twórcy operowi bardzo się różnią od tych, którzy grają w filmach i teatrach tradycyjnych?

- Trudne są porównania. Twórcy operowi mają inną dyscyplinę, kondycję, inaczej traktują swój organizm, wiedzą, że muszą go oszczędzać, mając w sobie taki klejnot jak głos. Śpiewaczki mówią, że jeśli mają próbę o godzinie 10 rano, to wstają o 6, żeby się rozgadać, rozgimnastykować.

A aktor wstaje o...

- 9:15 ledwo się budzi.

Podobno przed realizacją opery postawił pan warunek, że musi być casting do roli Noriny.

- Intryga w libretto wydała się mi dość wątła. Obejrzałem też nagrania dotychczasowych inscenizacji "Don Pasquala" - Norinę grały artystki świetnie, fantastycznie śpiewające, tylko jeśli wziąć pod uwagę ich wiek, to Pasquale raczej by o nie nie walczył. I zorganizowano casting do roli Noriny. Chciałem, by bohaterkę zagrała młoda aktorka, by ona była młoda, a on stary. Casting spotkał się z niesamowitym zainteresowaniem dziewcząt z całego świata. Myślę, że wszystkie one chciały zaśpiewać w Krakowie z Mariuszem Kwietniem i wpisać sobie to do życiorysu. Casting wygrała Australijka Alexandra Flood. Staram się do każdego mojego filmu, spektaklu angażować młodych, oni przynoszą mi szczęście.

Planuje pan kolejne opery w przyszłości?

- Jestem w takim wieku, że czekam na propozycje i mam takie szczęście, że zawsze przychodzi jakaś, która znowu mnie stymuluje w inną stronę.

Rozmawiała Beata Kołodziej (PAP).

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Stuhr

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje