Jarosław Gugała: Podążam środkiem drogi

- Często ulegamy pokusie, by łamać fundamentalne zasady uczciwej, odpowiedzialnej polityki i obiektywnego dziennikarstwa - mówi Jarosław Gugała. Prezentera polsatowskich "Wydarzeń" bardziej interesują fakty i zjawiska autentycznie ważne dla ludzi niż wrzawa wokół "politycznych celebrytów".

Jarosław Gugała na ramówce Polsatu (2015)

Z telewizją jest związany od 27 lat, ale media to nadal jego pasja. Prezenter wiele razy nominowany do Telekamery "Tele Tygodnia" uważa, że zbyt łatwo ulegamy pokusie łamania fundamentalnych zasad rzetelnego dziennikarstwa i uczciwej polityki.

Reklama

"Wydarzenia" od lat ogląda ponad 1,3 mln widzów. Skąd ich popularność?

- "Wydarzenia" ewoluują jak wszystkie programy informacyjne, ale pewne rzeczy pozostają w nich niezmienne. Staramy się docierać do jak największego grona odbiorców i koncentrujemy się raczej na sprawach społecznych niż na polityce. Polski rynek zdominowały upolitycznione "Wiadomości" i "Fakty", my staramy się być jak najbardziej neutralni, patrzeć na ręce i władzy, i opozycji, podążać środkiem drogi.

Dzisiaj w Polsce to łatwe?

- Nie. Osoby popierające obóz rządowy oglądają "Wiadomości" przedstawiające go w dobrym świetle, zwolennicy opozycji wybierają krytykujące go "Fakty". Ci, którym zależy na obiektywnych informacjach i prawdzie, są w mniejszości. Dlatego interesują nas bardziej sprawy społeczne, ważne dla ludzi, a nie te, które wynikają z ekscytacji bieżącym życiem politycznym.

Prof. Bartoszewski mawiał, że prawda nie leży pośrodku, tylko tam, gdzie leży...

- W pełni się z tym zgadzam. W dziennikarstwie istnieje zasada, że zwolennikom pewnej tezy i jej przeciwnikom daje się szansę zaistnienia w jednym reportażu albo artykule. Ale wyobraźmy sobie, że robimy materiał na temat szkodliwości palenia. W tym przypadku po prostu nie może wystąpić obok siebie dwóch ludzi, z których jeden będzie mówił, że palenie jest szkodliwe, a drugi - że wręcz przeciwnie. Doświadczenie ludzkości, statystyki, badania medyczne wskazują, że palenie szkodzi. Na końcu takiego materiału można wspomnieć, że mimo ewidentnych na to dowodów są ludzie, którzy mimo że palili papierosy, dożyli sędziwego wieku - jak Winston Churchill albo Fidel Castro. Jednak to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Tu prawda leży tam, gdzie leży.

A bywa, że leży gdzie indziej?

- Gdy omawiamy kwestie mniej zbadane. Weźmy katastrofę smoleńską. Są ludzie, którzy uważają, że hipoteza o zamachu i wybuchu jest w pełni uzasadniona, chociaż dotychczas w tej sprawie nic oprócz hipotez nie mamy. Żeby dojść do prawdy w tym przypadku, trzeba poczekać - musi upłynąć sporo czasu, muszą opaść emocje.

Jak więc widzi pan rolę dziennikarza relacjonującego na przykład konflikty wokół katastrofy?

- Powinien zdać sprawę z tego, co mówią na ten temat fachowcy uprawnieni do badania katastrof lotniczych. I tak jak w przypadku palenia, na końcu dodać, że mimo opinii ekspertów są jednak głosy, że hipotezy o zamachu są równie wiarygodne. Tak powinien wyglądać obiektywny materiał na ten temat, ale on przy dzisiejszym poziomie emocji jest nie do przyjęcia dla zwolenników teorii o zamachu.

Do podsycania emocji wydatnie przyczyniają się politycy. Co pan myśli o polskiej polityce?

- W wolnej Polsce trochę się na nią rzuciliśmy: pamiętam czasy słusznie minionego ustroju, kiedy o polityce mówiło się niewiele, a jeśli - to była to czysta propaganda. Od 1989 roku polityka wkracza we wszystkie dziedziny życia i dominuje w mediach. W dojrzałych demokracjach zwykle w jakiejś kwestii wypowiada się premier, odpowiada mu lider opozycji - i po sprawie. U nas mamy do czynienia z plejadą medialnych gwiazd politycznych, które w stacjach telewizyjnych i rozgłośniach radiowych wypowiadają się na każdy temat. Nie są specjalistami, ale w imieniu swojej partii urabiają opinię publiczną. To nie jest prawdziwa polityka, tylko strata czasu.

A ta prawdziwa?

- Jest tam, gdzie się borykamy z autentycznymi problemami, z dala od propagandy. Politycy z prawdziwego zdarzenia powinni działać pro publico bono i myśleć o konsekwencjach swoich czynów. Jeśli ktoś zaprasza nas na ucztę i nie mówi nam, że za przyjęcie zapłacimy my sami albo nasze dzieci, to jest to nieuczciwe. Trzeba o tym mówić, ale polskie media często zawodzą, wycofują się.

Dlaczego?

- Bo podzieliły się, odleciały w stronę jednej lub drugiej opcji politycznej i nie są w stanie obiektywnie zbadać rzeczywistości. Demokracji i wolnych mediów uczymy się dopiero od 27 lat. Jesteśmy więc jeszcze gołowąsami, na dobrą sprawę nie wiemy, jak ten ustrój i media funkcjonują na dłuższą metę. Dlatego często ulegamy pokusie, by łamać fundamentalne zasady uczciwej, odpowiedzialnej polityki i obiektywnego dziennikarstwa.

Zadaniem dziennikarza jest prostowanie kłamstw wygłaszanych przez gości w programie na żywo?

- Jeśli w każdym zdaniu polityka są kłamstwa i manipulacje, to dziennikarz może go atakować i wszystko prostować. Może też odpuścić i słuchać - ale wtedy w programie musi się też znaleźć analiza tego, co zostało powiedziane. Ktoś kompetentny musi to zbadać i skomentować - dlaczego to jest nieprawda, gdzie tkwi błąd rozumowania. Dzisiaj w mediach nie ma na to czasu i pieniędzy, łatwiej jest posadzić w studiu przeciwników, którzy się na siebie rzucą i będą obrażać. Program, w którym emitujemy nagrane wcześniej konstruktywne wypowiedzi, jest droższy, a dla widzów nudny - bójka na wizji jest ciekawsza. Na dodatek materiał z głębszą analizą powinien robić dziennikarz, który się zna na omawianej sprawie, a często ktoś od spraw społecznych na szybko musi skomentować wydarzenie polityczne, chociaż w tej kwestii jest ignorantem. Kiedy chcemy wyleczyć ząb, idziemy do specjalisty. Nie powierzymy przecież uzębienia komuś bez dyplomu w tej dziedzinie - a w dzisiejszym świecie mediów niekiedy to właśnie tak wygląda.

Dlatego kilka lat temu wrócił pan na studia?

- Jako dziennikarz spotykałem się ze sprawami ekonomicznymi i potrzebowałem instrumentów, żeby właściwie ocenić wydarzenia i zjawiska dotyczące tych zagadnień. Moje pierwsze studia to iberystyka, studiowałem też polonistykę - to było dla mnie niewystarczające w zawodzie, w którym zajmuję się polityką i ekonomią. Dlatego poszedłem na ekonomiczne studia doktoranckie w wieku czterdziestu paru lat. Żeby dziennikarz mógł komentować rzeczywistość, musi się cały czas uczyć.

Ludzie się spotykają, żeby pograć w piłkę, a pan z kolegami woli...

- ...grać na instrumentach. Muzyka i piosenka literacka to moje hobby, dlatego na studiach założyliśmy "Zespół reprezentacyjny". Bawimy się w to do dziś - nie zarabiamy na tym, ale daje nam to radość tworzenia i satysfakcję. Największą przyjemność sprawia mi działanie w zespole i sukces grupowy, nie mam tendencji do "solistowania" - ani w muzyce, ani w sporcie.

A jak został pan ambasadorem w Urugwaju?

- Dla zawodowych dyplomatów Urugwaj nie jest atrakcyjny, ponieważ jest daleko od Polski i panuje tam potworna drożyzna. Zawodowcy omijali tę placówkę i MSZ znalazło mnie. A dla mnie był to powrót do iberystyki, poza tym moje dzieci były w takim wieku, że ten wyjazd mógł im wiele dać. I rzeczywiście, za darmo dostały dwa języki obce: hiszpański i angielski.

Mógłby pan znów pracować jako dyplomata?

- To nie praca, tylko służba, i to bardzo ciężka. Miałem nawet kolejne tego typu propozycje, ale sytuacja rodzinna już mi nie pozwoliła na wyjazd. Po kilku latach mieszkania za granicą już wiem, że jestem człowiekiem z Północy - moje kolory to szarości i beże, ołowiane niebo nad Bałtykiem, a nie jakiś lazur, palmy i orgia zieleni. Gdy temperatura przekracza 25 ºC, czuję się fatalnie. W tropiki mogę wyjechać na urlop, ale mieszkać tam - już nie. Poza tym zostałem wychowany w języku polskim, więc myślę po polsku i odnoszę się do wszystkiego, co wiąże się z Polską. Jestem za stary na to, żeby szukać czegoś innego diabli wiedzą gdzie. Mieszkam tutaj i chcę, żeby to miejsce było wspaniałe, żebym był z niego dumny.

Rozmawiała Anna Bugajska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Jarosław Gugała

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje