Jan Englert: Nie jestem sfrustrowany

- Z każdym dniem odkrywam siebie na nowo, zupełnie jak młody człowiek, który dojrzewa - mówi Jan Englert. - Starzenie się powoduje, że dostrzega się więcej - dodaje wybitny aktor, który nie liczy lat ani pieniędzy w portfelu. Po prostu… robi swoje.

Jan Englert z Nagrodą im. Zygmunta Hübnera (2015)

Mówiąc o aktorstwie, nie używa górnolotnych słów, takich jak misja czy poświęcenie. - Niczego nie poświęciłbym dla aktorstwa, bo w moim rozumieniu wiązałoby się to z jakąś męką. Siłą i jednocześnie słabością mojego zawodu jest to, że człowiek czasem przekracza albo odkrywa samego siebie. Ale to nie jest poświęcenie. To jest frajda - wyjaśnia Jan Englert.

Z jubileuszem 250-lecia Teatru Narodowego wiąże się więcej pracy czy przyjemności?

Reklama

Jan Englert: - Program jubileuszowego sezonu jest determinowany przez trzy filary - "Kordiana", "Pana Tadeusza" i "Dziady". Nie wiem, o jaką przyjemność pani chodzi, ale pracy na pewno jest więcej niż miodu. Żyjemy w czasach, w których mało kogo tak naprawdę interesuje kultura, a wysoka kultura, to już na pewno. Jeśli chodzi o seriale, życie towarzyskie czy ploteczki, to tym jeszcze trochę żyjemy, choć już też coraz mniej. Tyczy sie to także, a może przede wszystkim, mediów.

Martwi to pana?

- Nie jestem sfrustrowany złymi wynikami statystycznymi. Cyfry fałszują rzeczywistość. Martwi mnie, że straciliśmy hierarchię wartości i jesteśmy skupieni na sobie i tylko na sobie. Egoizm jest w tej chwili na pierwszym miejscu, bo nawet ci, którzy krzyczą w imię grup społecznych czy patriotyzmu, też są skupieni na sobie. Przestało nas interesować nawet to, co się dzieje u sąsiada, chyba że dzieje się do kitu.

Jak pan myśli, z czego wynika to negatywne zjawisko społeczne?

- Pauperyzacja kultury, w ogóle naszego życia, zaczęła się od powszechności dostępu do niej, m.in. dzięki internetowi. Po co się uczyć czegoś dokładnie, jak można puknąć w klawisz i dowiedzieć się w sekundę, o co chodzi. Wszystko jest powierzchowne, cała nasza wiedza, a przez to i postrzeganie świata. Ogromnie łatwo nami manipulować - nie tylko w sferze polityki, ale też życia towarzyskiego, socjologii czy ekonomii. Niedawno czytałem, że pod względem podatności na oddziaływanie reklamy handlowej, jesteśmy na pierwszym miejscu w Europie.

Mówi się również, że żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Pana osoba przeczy temu sloganowi, bo dla wielu jest pan mistrzem. 

- Pani chce ze mnie zrobić mistrza... Otóż nie czuję się mistrzem. I nie mówię tego po to, żeby efektownie wypaść w laurce. Jedyne, co mam, to bagaż umiejętności i doświadczeń moich mistrzów. I to, że mogę ten bagaż bezinteresownie przekazywać dalej. A czy ktoś chce z tego korzystać, czy nie, to już jest inna sprawa.

Ma pan jeszcze jakieś marzenia?

- Chętnie bym sobie pograł, bo mało gram.

Dla przyjemności?

- Może i dla pieniędzy. Może i dla tego czegoś, co się nazywa twórczością. Reżysersko nie narzekam, ale aktorsko troszeczkę mi brakuje. Aktor to mój zawód wyuczony, a cała reszta jest jego pochodną. Jeśli więc chodzi o wykonywanie pracy, do której przygotowywałem się przez całe życie, mam świadomość, że bardzo tracę na tym polu przez to, że wybrałem drogę urzędniczą. Nie zmienia to faktu, że stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Narodowego zaspokaja moją próżność, której alibi daje ambicja.

Pana życie rodzinne nie ucierpiało na uprawianiu aktorskiego zawodu?

- Ucierpiało niewątpliwie. Nie było innej możliwości, zwłaszcza w okresie mojego wejścia do gry, czy też zachłyśnięcia się własnym sukcesem. Nie znam aktora, który będąc w obłoku autozachwytu albo cudzego zachwytu, nie miał takiego momentu, w którym by temu nie uległ. Większość zaprzecza. Otóż nieprawda. Wszyscy temu ulegaliśmy, ulegamy i ulegać będziemy. Ważne, żeby się z tego wydostać, a to jest bardzo trudne.

Co panu pomogło w wydostaniu się z "obłoku autozachwytu"?

- Wiele rzeczy. W momencie, w którym miałem najbardziej przewrócone w głowie i robiłem najgorsze rzeczy w swoim życiu, wybuchła "Solidarność" i zmieniła priorytety. Trzeba było zajmować się czymś innym, nie sobą i to było bardzo dobre lekarstwo na to, żeby wydostać się z obłoku z nazwą "ja"... Dziś żyjemy w czasach, kiedy te obłoczki, najczęściej fałszywe, rozmnożyły się. Z tą różnicą, że kiedyś byliśmy my i oni, a teraz jesteśmy ja i oni.

Jakie jest dzisiaj pana ego w porównaniu do tamtych czasów?

- Prawdopodobnie pięć razy większe, z tą różnicą, że inaczej ukierunkowane. Będąc dyrektorem teatru, czyli prowadząc instytucję opartą na pracy zespołowej, na którą składa się 60 spółek z ograniczoną odpowiedzialnością o sprzecznych interesach, czytaj: aktorów, siłą rzeczy nie mogę zajmować się sobą. Poza tym uczę w Akademii Teatralnej młodych ludzi, co pozwala mi czerpać z ich wrażliwości i uczyć się od nich. Tak, ja dalej uczę się w szkole, poświęcając innym swój czas, energię, temperament. Być może gdybym był tylko aktorem i uległ własnej słabości oraz zarozumialstwu, byłbym nadętym balonem, udającym skromnego. Ale w przypadku mojego stanowiska i stylu życia, jest zbyt wiele możliwości nadziania się na igłę, która przekłuwa balonik.

Patrząc na czwórkę dzieci, jest pan dumny z tego, że udało się panu przekazać im swój kodeks wartości?

- Pytanie, czym są te najważniejsze wartości. Jesteśmy najbardziej ortodoksyjni w pouczaniu innych, że czegoś nie wolno w sferach życia, w których sami wpakowaliśmy się w jakieś nieszczęścia albo byliśmy niegodziwi. Dzieciom zabraniamy głównie popełniania naszych głupot czy grzechów z przeszłości, więc jakie to wartości? Podstawowe wartości są proste. Jednak o moich 40-letnich dzieciach nie będę mówił, a tym bardziej ich pouczał, bo to jest zawracanie głowy.

Porozmawiajmy zatem o wnukach. Ma pan 5 wnuczek...

- I ani jednego wnuka. Niestety, niezbyt często się nimi zajmuję, bo sam zrobiłem sobie wnuczkę.

Mimo różnicy pokoleń, chyba dobrze dogaduje się pan ze swoją najmłodszą, 16-letnią pociechą?

- Różnie. Dorastająca panienka miewa kłopoty z porozumiewaniem się z kimkolwiek, nie tylko ze mną. Teraz jest ten gorszy okres w jej życiu, ale normalnie dogadujemy się świetnie, a przecież ja jestem dla niej ojcodziadem, czyli dwa w jednym. Co więcej, w odróżnieniu od wielu moich studentów, Helena umie myśleć abstrakcyjnie. Prowadząc wykłady, często muszę tłumaczyć, że to, co powiedziałem przed chwilą, było żartem.

Ma pan opinię prawego, honorowego i uczciwego człowieka... Ciężki to bagaż?

- Mam taką opinię? Ciekawe, ale korzystając z moich doświadczeń, mogę powiedzieć z odpowiedzialnością, że niezwykłą frajdą jest nie musieć kłamać. To daje komfort, ale, niestety, też zmniejsza tolerancję dla tych, którzy łżą i oszukują, również samych siebie.

Czy to oznacza, że już nigdy nie przyłapiemy pana na kłamstwie?

- Za dużo pani ode mnie wymaga! Jeśli pani mnie wypytuje o mnie samego, to choćby pani pękła, choćbym się w pani zakochał, nigdy do końca się nie odkryję. Ze wszystkimi ekstremalnymi uczuciami umiem radzić sobie sam, bez pomocy psychologa. To jest zarozumiałość, ale to jest prawda.

Jest w panu sporo sprzeczności.

- Nikt z nas nie jest jednorodny. Nawet bohaterowie książek albo święci, chociaż jestem przeciwnikiem dłubania w życiorysach tych, na których uczymy się historii. Każdy z nas składa się ze sprzeczności. Gorzej, jak głosi autorytatywne sądy sprzeczne z tym, co robi. Jeśli chce mi to pani zarzucić, to będę protestował!

Nie próbuję panu niczego zarzucać, ale ciekawi mnie, jak to jest u pana np. z hazardem...

- Nie lubię hazardu, lubię grę. To jest zasadnicza różnica. Ja jestem gambler, czyli gracz.

A wyścigi konne albo poker na pieniądze?

- Na wyścigach byłem dwa razy w ciągu ostatnich kilku lat, a jeśli chodzi o pokera, to od 20 lat bawimy się w tym samym towarzystwie. Prawie tym samym, bo od czasu do czasu ktoś umrze. Lubię grę, oczywiście przy zachowaniu zasad fair play. Dlatego nigdy nie byłem w stanie zająć się polityką, w której zasady fair są głupotą. Nawet w pokerze, gdzie blef jest elementem gry, nie uznaję szulerów. Tym bardziej nie chcę mieć z nimi do czynienia w grze nazywanej życiem.

Przegrana bardzo boli?

- W ogóle nie boli mnie, jak przegrywam i nigdy się nie odgrywam. To działa w dwie strony - nie przeżywam ciężko porażki, ale też nie potrafię się cieszyć z żadnego sukcesu. Ta umiejętność, mam nadzieję, pomaga mi w moim zawodzie na tyle, że posuwam się ciągle do przodu i w miarę możliwości nie po kocich łbach. Nie wpadam do rowu i nie wymagam od nikogo, żeby podwiózł mnie jaguarem. Jadę sam.

Na co najchętniej wydaje pan pieniądze?

- Przeważnie na wycieczki zagraniczne - minimum dwa razy w roku. Uważam, że to też jest jakaś inwestycja. Na wakacje pod namiotem jestem za stary, w związku z tym lubię wypoczywać wygodnie, a to kosztuje. Innych potrzeb w zasadzie nie mam.

A prywatnie, czego pan sobie życzy?

- Jeśli chce mi pani składać życzenia, to zdrowia, z całą resztą sobie poradzę. Jedyną rzeczą, której się boję, jest utrata autokontroli, bo nigdy nikomu ani niczemu nie oddałem się w ręce. Całe życie byłem niezależnym człowiekiem.

Rozmawiała Dorota Czerwińska

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Jan Englert urodził się 11 maja 1943 roku w Warszawie. W wieku 14 lat zadebiutował rolą łącznika w filmie "Kanał" Andrzeja Wajdy. W roku 1964 skończył warszawską PWST. Zaraz po dyplomie zaangażowany został do Teatru Polskiego. W 1968 roku wystąpił w spektaklu "Notes", który został doceniony na międzynarodowych festiwalach. Od tej pory jego kariera nabrała rozpędu. Popularność zyskał za sprawą seriali ("Dom", "Lalka", "Rodzina Połanieckich", "Polskie drogi") i filmów ("Wielka wsypa", "Szczur", "Katyń").

Dowiedz się więcej na temat: Jan Englert

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje