Ilona Ostrowska: Kłamstwo było codziennością

Ilona Ostrowska /Piotr Filutowski /TVN

Przed wyjazdem na plan programu „Agent – Gwiazdy” szlifowała formę fizyczną. A powinna trenować, jak wyprowadzać innych w pole.

Reklama

Do tej pory stroniła pani od tego typu programów. Czym skusili panią producenci "Agenta"?

Ilona Ostrowska: - Nie musieli bardzo kusić. Jestem w takim momencie życia, że wyrosłam już z zastanawiania się nad tym, co wypada, a co nie wypada. Miałam po prostu na to ochotę i już. Obejrzałam poprzednie edycje i decyzja była na tak. Bez uczucia wstydu, a z przekonaniem, że to jest fajne i że po prostu chcę przeżyć taką przygodę. Jako ja, czyli Ilona Ostrowska, a nie jako aktorka.

Pamięta pani tego pierwszego "Agenta", sprzed wielu lat?

- Jak przez mgłę. Tam było bardziej hardcorowo. Na przykład były robale do jedzenia i inne zadania, których raczej bym nie wykonała. Ta nowa wersja polega bardziej na strategii, podejściu logistycznym do zadań, przygodzie, zabawie. Można mieć z tego radość, poznać świetnych ludzi i być w pięknych miejscach. To mnie skusiło. Aczkolwiek już na miejscu okazało się, że nie było tak lekko i kolorowo, jak mi się to wydawało.

Co najbardziej panią zaskoczyło na miejscu, w trakcie zdjęć?

- Kłamstwo. Zaskoczyło mnie to, jak potrafią kłamać muzycy, sportowcy, blogerki, dziennikarze. Oni cały czas kłamali! Ci ludzie byli super i oczywiście robili to z taktem i ze smakiem. Przerażał mnie jednak fakt, że nie mogę nikomu wierzyć, że mam z kimś sojusz, a za chwilę okazuje się, że to nie jest sojusz, bo ktoś wykorzystał moją łatwowierność.

A pani kłamała?

- Ja? No jasne! Byłam zmuszona, ale robiłam to na lekko. Kłamstwo było codziennością. Aktorzy postrzegani są jako osoby, którym wprowadzanie innych w błąd przychodzi łatwo, aktorstwo polega jednak na czymś innym. To była istna męka i spore wyzwanie dla mnie jako człowieka, a nie jako dla aktorki. A na planie "Agenta" byłam sobą, nie grałam żadnej roli. Ale właśnie to decyduje o tym, że program ma tyle kolorów, jest i drastyczny, i wspaniały jednocześnie.

Pani znana jest z tego, że starannie pracuje nad każdą rolą. Czy do programu jakoś specjalnie się pani przygotowywała?

- Jak najbardziej. Przede wszystkim mentalnie, czyli obejrzałam poprzednie dwa sezony. Przygotowałam się też rodzinnie, bo całą rodziną musieliśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy damy radę, bo jednak mój wyjazd angażował nie tylko mnie, ale sztab ludzi, czyli moich bliskich. Plus przygotowanie fizyczne. Ćwiczyłam z trenerem prywatnym. Szczęśliwie byłam już przygotowana siłowo po pracy nad innym projektem - serialem "Ślepnąc od świateł" robionym dla HBO. Tam dostałam porządny wycisk i ciało to zapamiętało, więc poniekąd byłam przygotowana, musiałam jedynie odświeżyć formę. Poza tym ja jeżdżę dużo rowerem, co daje mi niezłą kondycję. Tylko w taki sposób się przygotowywałam, w żaden inny. Już na miejscu doszłam do wniosku, że powinnam była pomyśleć nad jakąś strategią. Nie pomyślałam, więc musiałam tę naukę zdobywać już w trakcie gry. Ale jakoś dałam radę.

Czy kolejne odcinki "Agenta" ogląda pani z rodziną?

- Spotykamy się z innymi uczestnikami programu. Ktoś przyniesie sushi, ktoś inny wino. Mamy taki swój wieczór. Parskamy śmiechem, gdy ktoś kogoś typuje na agenta, albo gdy ktoś jest z jakiegoś powodu zacietrzewiony. Mamy do tego zdrowy dystans i dobrze się bawimy.

Czuć było na planie, że ostro ze sobą rywalizujecie?

- O tak! Wszyscy chcieli wygrać, więc wszyscy udawaliśmy agenta. Na tym zresztą polega filozofia tego programu. Powiedziałam, że kłamstwo mnie zaskoczyło, ale tak naprawdę szybko się odnalazłam w tej rzeczywistości. Wszyscy się podejrzewaliśmy, każdy dla każdego był zagrożeniem. Musieliśmy wyciągać od siebie różne informacje, skrupulatnie zapisywać je w swoich notesikach.

Co to były za informacje?

- Czy dana osoba ma psa, czy jest po ślubie, ile ma dzieci, w którym roku się urodziła, czy pali czerwone malboro... Taka wiedza przydawała nam się później na testach, które raz były lżejsze, a raz cięższe.

Reklama

Co było w testach?

- Wolałabym o tym nie mówić. Na pewno będą kolejne edycje, więc niech się męczą następni.

Czy często dochodziło do konfliktów na planie?

- Ciągle. Były naszym chlebem powszednim, codziennością. Chodziło przecież o wygraną, o to, żeby pula pieniędzy była jak największa. W końcu o to walczyliśmy! Ktoś jednak psuł nam szyki, spowalniał nas. Czasami celowo, czasami sami robiliśmy błędy. Wkurzaliśmy się na siebie nawzajem i to nie było fajne. Były też palone pieniądze...

Co!?

- Ktoś spalił pieniądze, ale więcej nie mogę powiedzieć. Ale proszę sobie wyobrazić, do czego ludzie się posuwają, jaki rodzaj adrenaliny działa, że takie rzeczy miały miejsce.

Które zadania były dla pani najtrudniejsze?

- Niektóre fizyczne bardzo dawały w kość, ale były i strategiczne, które sprawiały trudność. Każde zadanie było wyzwaniem, każde wiązało się ze stresem - czy podołam i zdobędę dla grupy jakieś pieniądze, czy na tyle dobrze udaję agenta, żeby zmylić innych i żeby na mnie skierowali podejrzenie, bo przecież na tym właśnie to polega, żeby wyprowadzać w pole i mylić trop rywali. Powiem szczerze, że dla mnie każdy dzień był walką. Wiele nocy nie przespałam, bo tłukły mi się po głowie myśli: a może to ona, a może on, a może ja się mylę... Przechodziłam straszne męki, do tego stopnia, że myślałam, że po powrocie na pewno będę musiała przejść jakąś terapię, która wyprostuje mi wszystko w głowie.

- Praktycznie każdy dzień był walką o przetrwanie, nawet na chwilę nie można było sobie odpuścić obserwowania innych uczestników, czasami nawet ważniejsze od wykonania zadania było wyśledzenie tego, kto najbardziej psuł. To też było bardziej interesujące niż wygranie konkurencji.

Czy pani od początku dobrze typowała agenta?

- Trochę mi się to pozmieniało w trakcie gry, ale niech pozostanie moją tajemnicę, kogo do końca typowałam.

A tak od babskiej strony - pani nie miała makijażu albo miała skromny. Nie było to dyskomfortem?

- Na studiach miałam koleżankę, która nawet śmieci nie wrzuciła bez makijażu. Ja jednak nigdy nie przywiązywałam do tego aż tak wielkiej wagi. W pierwszym odcinku miałam namiastkę makijażu i starałam się go poprawiać od czasu do czasu. Już w drugim o to nie dbałam, ponieważ górę wzięły emocje. W tym upale i w ciągłym pędzie nawet zapomniałam, żeby mieć przy sobie kosmetyczkę i czasami przypudrować sobie nos, bo w tych warunkach tylko to u mnie wchodziło w grę. Dziewczyny się malowały i znajdowały na to więcej czasu. Ze mną jednak jest tak, że prywatnie w ogóle średnio lubię się malować, a plan "Agenta" był bliższy mojej codzienności niż momentom, gdy prezentuję się w super kreacjach. Pojechałam jako Ilona Ostrowska, która na co dzień się prawie nie maluje. To niestety widać.

Widać, ale mimo to wygląda pani bardzo dobrze!

- Miło, że pani tak mówi, ale to zasługa świetnych operatorów, którzy robili co mogli. Ja swoje mankamenty widzę. Ale gdybym jeszcze narzuciła sobie rygor dobrego wyglądu, to chyba bym tam sfiksowała.

Dzieliła pani pokój z Julką Wróblewską. Wydaje się, że mimo różnicy wieku dobrze się dogadywałyście?

- Początkowo myślałam, że będę z Mają Włoszczowską, bo super nam się rozmawiało i poczułam z nią chemię. Na miejscu jednak wszystko potoczyło się inaczej i trafiłyśmy z Julką do jednego pokoju. To jest bardzo fajna i dojrzała dziewczyna. Wymieniałyśmy się wiedzą na temat potencjalnych agentów, ale najczęściej to ona jak pchła szachrajka chodziła po pokojach i się dopytywała, a ja na tym zyskiwałam. Coś się fajnego między nami wydarzyło i wiek nie stanowił przeszkody. Byłyśmy kumpelami.

Nie mogę nie zapytać na koniec - czy bardzo pani kręciła w tym wywiadzie?

- Oczywiście!

Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Ilona Ostrowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama