Hilary Swank: Piękno i prostota człowieczeństwa

Zdobywczyni dwóch Oscarów Hilary Swank zagrała główną rolę w westernie "Eskorta". "Nie potrafię znaleźć słów, które mogłyby w pełni oddać cały szacunek i podziw, jakie żywię do Tommy’ego Lee Jonesa - wspaniałego reżysera, aktora, scenarzysty i po prostu człowieka" - mówi aktorka o twórcy pokazywanego w zeszłym roku na festiwalu w Cannes filmu.

Podjęła się misji, której bali się wszyscy mężczyźni - Hilary Swank w scenie z filmu "Eskorta"

Czy mogłabyś przybliżyć nam temat filmu? 

Reklama

Hilary Swank: - "Eskorta" to film o dzielnych ludziach z małego miasteczka na środkowym wschodzie, którzy prowadzą bardzo skromne i proste życie, wspierając się nawzajem w codziennych trudach. Trzy chore psychicznie kobiety muszą zostać przetransportowane z Nebraski do Iowa, co w tamtych czasach było przedsięwzięciem trudnym i czasochłonnym. Dlatego potrzebują pomocy kogoś, kto mógłby zaopiekować się nimi podczas podróży. Tymi osobami są moja bohaterka oraz postać, którą zagrał Tommy Lee Jones.

Co zainteresowało cię w scenariuszu tego filmu? 

- Scenariusz ujął mnie tym, że przedstawiona w nim historia pokazuje w emocjonujący sposób, który naprawdę chwyta za serce, piękno i prostotę człowieczeństwa. Bardzo mnie to poruszyło. Każda scena potęguję głębię tego filmu, choć jest on opowiedziany za pomocą prostych słów i muzyki.

Jaka jest Mary Bee, bohaterka, którą zagrałaś? 

- Moim zdaniem Mary Bee jest odważna i niezłomna, wykazuje się hartem ducha i twardym kręgosłupem moralnym. Nie boi się mówić tego, co myśli, a jej mottem mogłoby być powiedzenie: "Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe". Bardzo podoba mi się w niej to, że zawsze stara się postępować dobrze i dokonywać właściwych wyborów.

Jak Mary Bee radzi sobie z trójką szalonych kobiet, które są pod jej opieką?

- Ma dla nich wiele współczucia. Mary Bee miała wspaniałą, kochającą matkę, którą straciła jeszcze jako dziecko. Wspomnienia o matce wiele dla niej znaczą, a kobiety, które eskortuje w jakiś sposób przypominają jej matkę i ożywiają wspomnienia o niej. Ta sytuacja jest dla niej trochę jak terapia: pomagając tym kobietom, pomaga również sobie. Na ich relacje duży wpływ ma również podróż, która muszą odbyć - przemierzają pustkowia odizolowane od ludzi. Muszą więc na sobie polegać. Mary Bee potrafi też zrozumieć, jak wiele te kobiety przeszły i ile niegodziwości doświadczyły ze strony mężczyzn.

Główni bohaterowie "Eskorty" tworzą bardzo nietypową parę: dzielna amerykańska pionierka i oszust.

- To wspaniała para. Mary Bee ma wiele wspaniałych cech charakteru, o których już wspomniałam: jest serdeczna i szlachetna. Brigss uważa te zalety za godne podziwu, ale w żadnym razie ich nie podziela. Ma za to wspaniałe poczucie humoru, potrafi sprawić, że Mary Bee się śmieje. Szacunek, który z czasem się między nimi zrodzi, jest pięknym elementem tej historii. 

Jak pracuje się z Tommym Lee Jonesem?

- Nie potrafię znaleźć słów, które mogłyby w pełni oddać cały szacunek i podziw, jakie żywię do Tommy'ego Lee Jonesa jako wspaniałego reżysera, aktora, scenarzysty i po prostu człowieka. Ma wyjątkowe podejście do członków swojej ekipy i aktorów na planie. Potrafi bez trudu wydobyć z nich to, co najlepsze dla filmu. Zawsze udzielał mi dokładnie takich rad i wskazówek, jakich w danym momencie potrzebowałam, żeby dobrze poprowadzić moją postać. Nie przestaje mnie zadziwiać. Po długich latach kariery aktorskiej zajął się również reżyserią i okazało się, że jest w tym genialny, ma nie tylko wizję i wyczucie, ale także umiejętność pisania scenariuszy.

- Często, czytając scenariusze, mam uczucie, że czegoś w nich brakuje; że muszę spotkać się z reżyserem i scenarzystą i przyznać, że nie czuję tego tekstu. Ten scenariusz nie wymagał żadnych poprawek. Wiedząc, jak wykończona jestem zawsze pod koniec zdjęć, nie mogę pojąć, jak Tommy może jednocześnie być scenarzystą, reżyserem, producentem i aktorem w tym filmie. Bardzo go za to podziwiam.

Jak przygotowywałaś się do tej roli?

- Najbardziej w aktorstwie kocham to, że za każdym razem daje mi możliwość zrobienia czegoś, czego nie robiłam nigdy wcześniej. Tym razem musiałam nauczyć się jeździć konno i kierować powozem zaprzężonym w muły. Moje przygotowania do roli wymagały spędzania mnóstwa czasu z końmi i zdobywania ich zaufania. Niezapomniane doświadczenie. 

Czy ta rola była dla ciebie również wyzwaniem fizycznym?

- Po całym dniu pracy w śniegu, deszczu, słońcu i wietrze dociera do ciebie, że wiosną pogoda zmienia się diametralnie co godzinę. Pod koniec dnia zdjęciowego wracałam do domu, brałam kąpiel, zjadałam coś ciepłego i padałam na łóżko jak nieżywa. Myślałam wtedy o bohaterach naszego filmu, którzy dzień pod dniu przemierzali prerię w jeszcze większym znoju, ale bez równie komfortowych warunków do odpoczynku. To otwiera w głowie furtkę do zrozumienia prawdziwej kondycji ludzi w tamtych czasach. Tak, to był dla mnie duży wysiłek fizyczny, ale cieszyłam się nim.

Którą scenę uważasz za najciekawszą?

- Jest ich bardzo wiele, ciężko mi wskazać tylko jedną. Bardzo lubię scenę, w której budzę Briggsa i pytam go o jego plany, o to, co zamierza robić, gdy już dotrzemy do Iowy. To bardzo emocjonalna scena. Zagranie jej z Tommym Lee, możliwość obserwowania tego, jak genialnie wyciągnął z niej wszystkie niuanse, jest wspomnieniem, które zostanie ze mną na zawsze.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Hilary Swank | Eskorta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje