Hanna Śleszyńska: Lubię dawać trochę radości

To jedna z najlepszych aktorek komediowych w kraju. Prywatnie uśmiech też nie schodzi jej z twarzy. Czerwone dywany, imprezy, ścianki? Hanna Śleszyńska nie ma na to czasu. Gra w kilku serialach, jeździ po kraju ze swoją sztuką i cieszy się życiem.

Hanna Śleszyńska to jedna z najpopularniejszych polskich aktorek komediowych

Szósty sezon "O mnie się nie martw" za nami. Ku radości fanów, ciąg dalszy nastąpi. Niestety, dopiero po wakacjach. Proszę choć odrobinę zdradzić przyszłość. Pani Irenka znajdzie wreszcie kogoś, czy nadal będzie niańczyć Krzysztofa?

Reklama

Hanna Śleszyńska: - Podejrzewam, że nawet scenarzyści jeszcze do końca nie wiedzą, co się wydarzy. Oczywiście, przykro mi, że Irenka do tej pory nie znalazła szczęścia. Pojawiła się stara miłość, ale po wielkich perturbacjach wszystko się jakoś rozpłynęło. Powiem szczerze, że jestem bardzo zadowolona z tych jej adoratorów (śmiech). Wiadomo, że kobiety są zmienne, trudno im wybrać tego jedynego. Dzięki temu sporo się u Irenki dzieje.

- Ale nie zapominajmy też, że ona nie jest najważniejszą postacią. Wciąż będzie pojawiać się i znikać. I zapewne nadal będzie matkować Krzyśkowi. Ich relacja jest niesamowita. Widzowie to czują, doceniają. Spora w tym zasługa Pawła Domagały. Pamięta pani, że na początku Małecki był czarnym charakterem? To dzięki Pawłowi, jego ogromnemu talentowi, Krzysiek jest uwielbiany, ma się ochotę jeść go łyżkami. Paweł to świetny kolega, niesłychanie zdolny aktor, w dodatku bardzo utalentowany muzycznie. Jakiś czas temu nagrał płytę, koncertuje. Jestem jego wielką fanką!

Co pani pomyślała, kiedy kilka lat temu przyszła propozycja zagrania w "O mnie się nie martw"?

- Miałam wtedy sporo pracy, bo przygotowywałam się do premiery spektaklu "Polityka" w Teatrze 6.Piętro. Ale przeczytałam scenariusz i byłam zachwycona. Pani Irenka była zupełnie inną postacią od tych, które do tej pory grałam. Okazało się, że to osoba, która na wszystkim się zna, doskonale włada językiem francuskim, jeździ na motocyklu, ma wiele ukrytych talentów. Z czasem okazało się, że granie z Pawłem Domagałą to czysta przyjemność, bo, jak wspomniałam, to niesamowity człowiek. Na myśl o tym, że niedługo wracam na plan, buzia sama mi się śmieje.

À propos śmiechu, jak udaje się pani zachować powagę na planie? Na ekranie widać, że ekipa serialu jest bardzo zgrana i chyba doskonale się bawicie w trakcie zdjęć.

- Jestem dość wytrzymała i poważnie traktuję swój zawód, więc kiedy trzeba, umiem szybko się opanować. Choć oczywiście potrafię się zagotować. Pamiętam sytuację, którą miałam, grając w sztuce z Piotrkiem Gąsowskim. W jednej ze scen moja postać zakłada sukienkę, a że kostium był uszyty z dziwnego, bardzo klejącego się do ciała materiału, miałam ogromne kłopoty, żeby to założyć. Pewnego razu Piotrek nie wytrzymał i zapytał, poza scenariuszem, oczywiście, "Kto ci to szył?". Musiałam się odwrócić, bo pękałam ze śmiechu. To był jedyny raz, bo w teatrze nie jestem "jajcarą". Pamiętam, że dawno temu Olga Lipińska powiedziała mi, iż komedia to śmiertelnie poważna sprawa. Coś w tym jest. Wymaga niesamowitego zgrania zespołu, doskonałego tekstu i ogromnej pracy. Nic samo się nie robi (śmiech).

To prawda, często słyszę z ust aktorów, że widzów jest o wiele trudniej rozbawić niż wzruszyć. W pani przypadku wydaje się to takie proste... Spotyka się pani na co dzień z sytuacjami, gdy widzowie cytują śmieszne teksty postaci, które pani gra?

- Zdarza się (śmiech). Kiedyś, podczas wizyty w banku, od pana, który mnie obsługiwał, usłyszałam: "To proste rzeczy są". Potem zdradził, że ma na imię Wojtuś i koledzy wciąż się z niego śmiali, cytując siostrę Basen. Czasem usłyszę też: "O, kurczątko!", "Siostra Basen przy aparacie". Kilka razy ktoś do mnie podszedł, mówiąc: "Jestem pani idolem" albo w inny sposób przekręcając wyrazy, z czego zresztą słynie siostra Basen. Te wszystkie przejęzyczenia są bardzo ludzkie. Chyba najbardziej lubię tę moją Gienię za normalność. Przecież wpadki zdarzają się każdemu.

Nie da się ukryć, że widzowie panią uwielbiają, a czy Hanna Śleszyńska lubi oglądać siebie na ekranie?

- Chciałabym, żeby wszystko wyszło perfekcyjnie. Jestem dość krytyczna, nie zachwycam się sobą. Kiedyś oglądałam siebie częściej. Chciałam zobaczyć, czy wszystko dobrze wyszło. Z czasem nabieram dystansu. Zresztą serial kręci się zupełnie inaczej niż kabaret. No i czasy są zupełnie inne. Gdy nagrywaliśmy z Olgą Lipińską, mogliśmy pozwolić sobie na wiele dubli. Teraz nie ma na to czasu.

A co ogląda pani w telewizji dla przyjemności?

- Uwielbiam filmy dokumentalne, kino offowe, europejskie, a szczególnie włoskie. Wiem, że niektórzy całe weekendy poświęcają na oglądanie serialu, ja do nich nie należę. Aż taką fanatyczką nie jestem. Ale rozumiem, że można się wkręcić.

Co pani daje największą przyjemność w zawodzie?

- Możliwość pracy z fajnymi ludźmi. Zawsze miałam szczęście, że trafiałam na niesamowitą ekipę. Gdyby nie praca, zapewne nigdy nie poznałabym tak wspaniałych ludzi, którzy w to, co robią, wkładają całe serce. Pamiętam, gdy pewnego dnia Artur Andrus zaprosił mnie, bym wystąpiła z nim u boku Marii Czubaszek i Magdy Umer. Powstał z tego koncert, który potem graliśmy cyklicznie w wielu miastach. Wszystkie trzy bawiłyśmy się przy tym jak małe dziewczynki. Niestety, odejście Marysi pokrzyżowało nam dalsze plany, a tyle jeszcze chciałyśmy wspólnie zrobić... Kontakt z ludźmi jest najważniejszy.

Jest pani wielką szczęściarą. Widać, że kocha pani to, co robi.

- To prawda. Nikt do niczego mnie nie zmusza. Bardzo się cieszę, że spełniam się w pracy, a przy okazji mogę dawać ludziom trochę radości. To dla mnie niezwykle cenne.

Rozmawiała Małgorzata Pyrko.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Hanna Śleszyńska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje