Gwendoline Christie: Z mieczem i karabinem plazmowym

"Ludzie z castingu nie widzieli nikogo innego, kto mógłby zagrać te postaci" - opowiada Gwendoline Christie o swoich rolach w filmie "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" i serialu "Gra o tron". Prezentujemy wywiad z aktorką przeprowadzony przy okazji premiery filmu "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" na Blu-ray i DVD.

Zanim zagrałam rolę filmową, grałam przez pięć lat na deskach teatru - wyznaje Gwendoline Christie

Jak opisałabyś swoją rolę w filmie "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"?

Reklama

Gwendoline Christie: - Gram rolę kapitan Phasmy, która jest pierwszym żeńskim czarnym charakterem w "Gwiezdnych wojnach". Kiedy o tym mówię, dalej nie mogę w to uwierzyć. To niezwykle ekscytujące, być częścią tak uznanej marki. Jak mogłabym opisać kapitan Phasmę? Jest głównodowodzącą Szturmowców. Należy do ciemnej strony mocy, dodatkowo ma karabin plazmowy.

Jak bardzo pomaga świadomość pozostawienia po sobie filmowego dziedzictwa, dzięki udziałowi w tak wielkim projekcie jak "Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy"?

- Na wszystko czego się podejmujesz powinieneś patrzeć, jak na serię wyrazów na kartce papieru. Musisz zrozumieć, co znaczą te wyrazy i co chcesz w ten sposób przekazać. Gdybym skupiła się wyłącznie na dziedzictwie, prawdopodobnie nic by z tego nie wyszło.

Czy byłaś fanką "Gwiezdnych wojen"?

- Wychowałam się na "Gwiezdnych wojnach". Kiedy byłam młoda, pamiętam, jak oglądałam "Gwiezdne wojny" podczas Gwiazdki i było to coś wyjątkowego, a zarazem magicznego. Pokochałam to. Uwielbiałam efekty wizualne. Uwielbiałam dobry humor. Polubiłam sposób, w jaki film pokazuje walkę dobra ze złem i to w jaki sposób księżniczka Leia przedstawiona jest jako silna kobieta, która potrafi wygłosić swoje własne zdanie. Pamiętam, że byłam wtedy młoda, ale bardzo podobało mi się to, co zobaczyłam.

Jak to jest być częścią międzygalaktycznego fenomenu?

- To dla mnie bardzo ważne być częścią czegoś, co tak wiele dla mnie znaczy. Wiele osób darzy te filmy dziecięcą miłością. Po prostu musisz je obejrzeć.

Jak czułaś się na spotkaniu z fanami "Gwiezdnych wojen"?

- To było niesamowite! Podczas wchodzenia na scenę na Comic Con w San Diego miałam eskortę Szturmowców. Kiedy orkiestra Johna Williamsa grała muzykę, pokazywano fragmenty filmu. Wszyscy dostali w prezencie miecze świetlne, aby wymachiwać nimi w rytm muzyki, na koniec odpalono najlepszy spektakl fajerwerków, jaki kiedykolwiek widziałam. To było największe wydarzenie, na jakim byłam. Rozmawiałam później z J.J. Abramsem i powiedziałam, że to co poczułam, to nie była histeria, raczej euforia. Wiem, że to zdaje się brzmieć jak frazes, ale odpowiedział mi, że to była... nadzieja. I wydaje mi się, że tak właśnie było. To wszystko inspiruje ludzi. To nadzieja przenosi nas do miejsc, w których jesteśmy szczęśliwi.

Jakie były wyzwania w przypadku grania w tak charakterystycznym stroju - hełmie i pełnej zbroi Szturmowca?

- Granie takiej postaci jest fascynujące, ponieważ uświadamiasz sobie, że aktorstwo to nie jedynie gra twarzą - tutaj wszelka mimika odpada. Okazuje się, że ważny jest ubiór czy też sposób w jaki się poruszasz. Ciekawym doświadczeniem był dla mnie właśnie język ciała. Uczyłam się tego w szkole aktorskiej i te lekcje dużo mi w tym przypadku pomogły.

Jak długo trwało zakładanie stroju? Czy był wygodny?

- Okazało się, że zakładanie stroju było łatwe i nie trwało długo. Przyznam szczerze, że byłam tak przejętą rolą, że nie zwracałam uwagi na niedogodności związane z jego noszeniem.

Jak strój wpływa na grę aktorską?

- W serialu "Gra o tron" gram postać zwaną Brienne z Tarthu i ona jest przez cały czas w zbroi. To wpływa na to, jak stoi czy jak się porusza. Postać walczy w sposób, w którym pokazuje swoją siłę i muszę przyznać, że jest to większa siła niż mam osobiście. Ciekawie odgrywa się sceny, w których raz trzeba wykazać się sprawnością fizyczną, a następnie po prostu coś dobrze zagrać, odpowiednio mówiąc.

Wcieliłaś się w wiele fantastycznych postaci w telewizji i w kinie, wliczając w to "Gwiezdne wojny" i "Grę o tron". Czy jest coś w rolach w produkcjach science-fiction, że tak bardzo cię do nich ciągnie?

- Zanim zagrałam rolę filmową, grałam przez pięć lat na deskach teatru. Wtedy odgrywałam klasyczne role, więc nie byłam w żaden sposób przypisana do jakiegoś gatunku. Kiedy jednak pojawia się okazja, korzystasz z niej. Powodem dla którego związałam się z tymi projektami była chęć zrobienia czegoś innego. To są świetne opowieści, które bardzo ciekawie się rozwijają. Myślę, że decyzje, abym to ja dostała te role, spowodowane były faktem, że ludzie z castingu po prostu nie widzieli nikogo innego, kto mógłby zagrać te postaci.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje