Grzegorz Miecugow: Polityka dzięki nam przyspieszyła

Grzegorz Miecugow /Krzysztof Dubiel /TVN

Niemal przez całe zawodowe życie jest związany z polityką. Jakiś czas temu się zbuntował i zrezygnował z wywiadów z politykami. Dlaczego?

Reklama

Spotykamy się w gmachu TVN. Od wejścia na antenę "Szkła kontaktowego" dzieli nas wiele godzin. Grzegorz Miecugow jest już w pracy. Przygotowuje nowy program. Znalazł jednak czas na rozmowę o początkach pierwszego w Polsce kanału informacyjnego i o tym, jak ten kanał zmienił polską politykę.

Świętujemy 15-lecie TVN 24. Pamiętasz ten pierwszy dzień?

Reklama

Grzegorz Miecugow: - To była środa. Towarzyszyły nam spore emocje, bo start był odkładany. Ja byłem wydawcą, a program prowadziła Anita Werner.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale wtedy mało kto widział sens takiego kanału!

- To prawda. Początkowo TVN 24 oglądało niewiele osób, bo cały czas toczyła się walka o to, by wzięły nas kablówki, które nie wierzyły, że taki kanał kogoś zainteresuje. Prawdziwy chrzest mieliśmy miesiąc później - 11 września, czyli w dzień zamachu na World Trade Center, gdy pokazywał nas TVN. Od tego dnia nikt już nie miał wątpliwości, po co jesteśmy. Właśnie choćby dla takich wydarzeń. Potem przecież mieliśmy wojnę w Iraku, terrorystów w Teatrze Bolszoj w Moskwie, Biesłan...

Masz świadomość, jak bardzo zmieniliście polską politykę?

- Tak. Ta nasza polityka była dość wolna. Punktami odniesień były "Wiadomości", potem "Fakty". Ktoś coś powiedział dla "Wiadomości". Następnego dnia rano pojawiała się notatka na ten temat w gazecie, ale odpowiedź opozycji znajdowała się dopiero w kolejnych "Wiadomościach". My spowodowaliśmy, że jeśli ktoś coś powiedział o godz. 11 na konferencji prasowej, to dostaje ripostę o 11.45, następna partia wypowiada się o 12.30, a ten, który wywołał tę burzę, wraca o 13.

I uważasz, że to dobrze?

- Tego nie twierdzę. Ale faktem jest, że przyspieszyliśmy. To słynne pytanie z "Rejsu" - czy jestem twórcą, czy tworzywem - dotyczyło również TVN 24. Z jednej strony byliśmy areną, na której wymieniano poglądy, dokonywał się spór polityczny, a z drugiej - prowokowaliśmy ten spór i żyliśmy z niego. Powstało coś w rodzaju symbiozy. Inna sprawa, że lepiej wspominam początki niż lata późniejsze. Kiedyś rozmawiałem z panią Danutą Hübner i powiedziałem, że nam szkodzi konkurencja. Ona się żachnęła, że konkurencja zawsze jest twórcza. Ja jednak sądzę, że nie zawsze.

- W mediach działa prawo Kopernika, czyli gorszy pieniądz wypiera lepszy. Dopóki byliśmy jedyną stacją informacyjną, dyktowaliśmy warunki i mogliśmy np. powiedzieć, że takiej głupiej konferencji nie będziemy pokazywali. Teraz nie możemy sobie na to pozwolić. Była przecież sytuacja, że przerwaliśmy najstarszy nasz program, czyli "Lożę prasową", by transmitować konferencję detektywa Rutkowskiego w sprawie małej Madzi z Sosnowca [w 2012 r. prowadzono poszukiwania półrocznej dziewczynki rzekomo porwanej, w rzeczywistości zabitej - przyp. red.], na której nie powiedziano niczego nowego.

Od lat Grzegorz Miecugow kojarzy się głównie ze "Szkłem kontaktowym". Stworzyliście tym programem nową jakość w telewizji.


- "Szkło..." ewidentnie przejdzie do historii jako pewien format. Wciąż tkwię w tym programie, więc nie mam do niego dystansu. Wydaje mi się jednak, że udaje się nam nie przekraczać tej cienkiej linii, za którą jest nadmierne schlebianie gustom widzów. Nie jesteśmy więc całkowicie usługowi i rozrywkowi. Często spotykam się z tym, że zwłaszcza w okresie przesileń politycznych, gdy emocje rosną i atmosfera gęstnieje, niektórzy widzowie mają dość kłótni i włączają telewizję dopiero o godz. 22 i ze "Szkła..." dowiadują się, co się w kraju wydarzyło. To dla mnie wielki komplement.

Widzowie dzwonią do was. Są agresywni?

- U nas agresja pojawiła się w 2006 r. Od 2004 r. rosło w społeczeństwie poczucie, że powinny przyjść zmiany. To były rządy lewicy - odszedł Miller, pojawił się Belka, który był takim premierem na zastępstwie. Było wielkie oczekiwanie, że przyjdą nowi. Miał rządzić PO-PiS, miał być premier z Krakowa. Nie wyszło. Wtedy pojawiła się frustracja. Wtedy też był ten słynny telefon Edwarda ze Szczecina, którego nagranie do dziś hula po internecie. Był nawet taki moment, że wyprzedziło Chucka Norrisa. A wracając do pytania, to agresja się zdarza. Niestety, bo ja bardzo nie lubię takiego ulewania żółci.

Nie lubisz? To jak się czujesz w obecnych czasach?

- To, co się dzieje w sieci, wydaje mi się nierealne. Sądzę, że stoją za tym wynajęci hejterzy, bo w życiu codziennym rzadko spotykam się z takimi brzydkimi sytuacjami. Zmartwiony natomiast jestem tym, że zaczynamy żyć jakby w dwóch światach, i że coraz mniej jeden świat ma wspólnego z drugim. Jest takie przekonanie, że jeśli komuś nie podobają się rządy PiS, to siłą rzeczy musi mu się podobać wszystko, co robi PO. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której jest wiele osób, nie mających reprezentacji w parlamencie. I to czasami w "Szkle..." wychodzi.

"Inny punkt widzenia" to program, w którym rozmawiasz z różnymi ludźmi, ale nie ma wśród nich polityków.

- W 2010 r. zbuntowałem się i powiedziałem, że koniec rozmów z politykami. Było kilka przyczyn. W TVN 24 każdego dnia pojawiało się tylu gości, że coraz trudniej było znaleźć rozmówcę. Ta ławka była zwyczajnie za krótka. Ale przede wszystkim była we mnie coraz mniejsza ciekawość do rozmowy z politykiem, ponieważ nie ma rozmowy, jeśli ja wiem, jaka będzie odpowiedź. To po co pytać? Tak naprawdę ostatnim człowiekiem polityki, z którym lubiłem rozmawiać, bo nigdy nie wiedziałem do końca, co powie, był senator Piesiewicz, ale z różnych względów odszedł. On był nieprzewidywalny, bo niczego nie musiał, mówił, co myślał. Romaszewski też był takim człowiekiem. Tych ludzi było coraz mniej.

Ja kiedyś uważałam, że dziennikarze powinni informować o wszystkim. Ostatnio mam jednak wątpliwości.

- To jest dylemat. Gdy tworzyliśmy kodeks etyczny, to mówiliśmy sobie, że np. nie powinniśmy mówić o fałszywych alarmach bombowych. Bo to jest nakręcanie naśladowców.

I żadne media o tym nie mówiły.

- Panowała w tej kwestii solidarność. Miałem całkiem niedawno refleksję, że gdybyśmy nie relacjonowali zamachu w Nicei, w Monachium czy gdziekolwiek, to tych zamachów by nie było. Jesteśmy immanentną częścią terroryzmu, bo terroryści planując swoje ruchy, mają jak w banku, że my to nagłośnimy. Czy więc możemy tego nie nagłaśniać? Nie możemy. To jest dylemat.

Z drugiej strony, media coraz częściej wkraczają w prywatne życie ludzi.

- I czasami doprowadzają do poważnych perturbacji w życiu rodzinnym czy zawodowym. Mogą kogoś zniszczyć. Zobacz, co zrobiono z jednym z naszych kolegów, publikując jakieś niestworzone historie na temat jego życia prywatnego. Przecież tego nie zrobiono politykowi, tylko dziennikarzowi.

Strach się bać?

- Na szczęście siła rażenia mediów jest coraz mniejsza, bo żyjemy w świecie rozsypanym. Nie ma już powrotu do czasów, gdy wszyscy dyskutowali na temat filmu, który widzieli w telewizji, gdyż dziś każdy ogląda inny program. Ludzie są na Facebooku czy Twitterze, ale mają tam różnych znajomych. A niektórzy nie są na żadnym portalu. To, że ktoś o kimś coś napisze, rozlewa się na coraz mniejszą przestrzeń. Jesteśmy samotni w tej przestrzeni, ubywa punktów odniesienia.

- Gdy w latach 90. prowadziłem "Wiadomości", miałem poczucie, że docieram do prawie każdego polskiego domu. Gdy wcześniej prowadziłem "Zapraszamy do Trójki", wiedziałem, że większość 20-, 30-latków słucha tego radia. Dzisiaj dziennikarz dociera do ułamka społeczeństwa. Z jednej strony jest to dobre, ale z drugiej mówi o tym, że bardzo trudno o wspólnotę w sytuacji, gdy nie ma wspólnego mianownika.

Iwona Leończuk


Dowiedz się więcej na temat: Grzegorz Miecugow

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje