Grzegorz Kajdanowicz: Informacje z ludzką twarzą

Jeden z najbardziej znanych dziennikarzy w Polsce uważa, że nic tak nie psuje programu, jak kłótnia na antenie albo uparty polityk w studiu. "Politykom też chyba to się nudzi, bo pyskówki okazują się nieskuteczne" - mówi Grzegorz Kajdanowicz.

Grzegorz Kajdanowicz w studiu "Faktów" TVN

Nie wyobraża sobie innego zawodu niż ten, który wykonuje przez całe życie. Już na studiach zaczął pracę w "Teleexpressie", a w 1997 roku przeszedł do TVN, do redakcji powstających "Faktów". Twierdzi, że w telewizji informacyjnej ważne są newsy ze świata, ale bardziej liczą się sprawy, które mają wpływ na życie widzów tu i teraz.

Reklama

15 lipca mija równo 20 lat, od kiedy zaczął pan pracę w "Faktach".

- To niemal całe moje życie zawodowe. Wydaje mi się, że jestem już chyba jedyną osobą, która pracuje w tym programie od samego początku. To zobowiązuje i nobilituje.

Dwie dekady to dla mediów dużo czasu.

- Bardzo dużo. Jak zaczynałem pracę - a przed "Faktami" przez trzy lata byłem w "Teleexpressie" - to była inna epoka. Nie było powszechnie dostępnego internetu. Dostawaliśmy teleksem depesze PAP-u, a jeśli potrzebowaliśmy pogłębionych informacji, korzystaliśmy z archiwum wycinków prasowych. Kamery były na taśmy, nagrany materiał montowaliśmy w profesjonalnych magnetowidach. Teraz cyfrowe materiały montuje się błyskawicznie w komputerze. W ogóle nie można porównać tych dawnych czasów z dzisiejszymi, nastąpił...

... skok cywilizacyjny?

- I merytoryczny. "Fakty" zrewolucjonizowały polskie programy informacyjne. Prowadzący "Fakty" stał się gospodarzem, współautorem programu, nie prezenterem, który przychodził tuż przed programem, dostawał zapowiedzi materiałów na kartce i czytał je przed kamerą. Wraz z pojawieniem się "Faktów" prowadzący zaczął decydować o tym, co zostanie pokazane w programie, kto robi materiały, jaki jest ich dobór, długość, kolejność. To praca od rana do wieczora - wychodzi 10-12 godzin. (...)

Jak sobie pan radzi z gościem, który przed kamerą nie chce odpowiadać na pana pytania albo jest agresywny?

- Etap słownego przepychania się z gośćmi i dociskania ich na wizji mam już za sobą. Nie ma sensu robić programu, w którym dwie albo trzy osoby się kłócą. Politykom też chyba to się nudzi, bo pyskówki okazują się nieskuteczne. (...)

Politycy często odrzucają pana zaproszenia?

- Tak. Na palcach jednej ręki mogę policzyć członków obecnego rządu, którzy pojawiają się w studiu "Faktów po Faktach" - Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Jarosław Gowin. Nigdy nie było u nas ministrów Szyszki, Jurgiela, Macierewicza. Zbigniew Ziobro, jeszcze jako polityk opozycji, pojawiał się u nas co tydzień, teraz nie zgodził się przyjść chyba ani razu. Podobnie minister Waszczykowski. Politycy rządzącej partii wolą iść do "Wiadomości", TVP Info albo TV Republika - tam będzie łatwo i przyjemnie. U nas nie mogą na to liczyć. (...)

Mówił pan też kiedyś, że czasem tęskni za pracą reportera.

- Tak, przez jakiś czas nawet łączyłem pracę prezentera i reportera, ale nie dało się tego pogodzić. Jako reporter "Faktów" byłem może w 30, 40 krajach. Relacjonowałem negocjacje Polski z Unią Europejską i zjeździłem cały kontynent. Wyjeżdżałem z premierem i prezydentem na dziesiątki zagranicznych wizyt. Gdy George Bush przyjechał do Europy, byliśmy w Brukseli w chwili jego lądowania. Następnego dnia był w Niemczech, my też. Potem pojechaliśmy za nim do Bratysławy itd. Zarywaliśmy noce, był stres, trzeba było liczyć właściwie tylko na siebie.

Show-biznes to podobno świat dla młodych. Telewizja informacyjna nie?

- W programach informacyjnych w USA większość dziennikarzy to ludzie z wiedzą i doświadczeniem, znani widzom od lat. Larry King, legenda amerykańskiego dziennikarstwa,  dziś 84-latek, jeszcze niedawno miał swój program w CNN, a i teraz pojawia się w mediach. Kiedy na początku lat 90. powstawały wolne media w Polsce, po prostu nie było doświadczonych dziennikarzy niezwiązanych z dawnym systemem. Telewizję, radio i prasę tworzyli głównie młodzi. Młodzi są zawsze potrzebni, ale na autorytet i wiarygodność, jakie mają ich starsi koledzy, dziś muszą zapracować.

Jest pan gadżeciarzem?

- Nie, mam za to dwóch nastoletnich synów gadżeciarzy. Ich pokolenie może się obejść bez telewizji i programów informacyjnych. Nie umieją za to żyć bez internetu i komputera, a przede wszystkim bez smartfona. Ja korzystam czasem z Twittera - jest dla mnie źródłem informacji. Nie mam konta na Facebooku. Nie lubię i nie chcę się dzielić w sieci prywatnym życiem. To moja sprawa, gdzie jadę na urlop.

Właśnie - urlop. Spędza pan czas aktywnie?

- Gram w tenisa parę razy w tygodniu, po pracy, a ostatnio - za sprawą synów - również w squasha. Jeżdżę na nartach, kiedy się da, ale to trzeba zaplanować i mieć kilka dni wolnego. Od lat narciarstwo uprawiam w ferie - głównie we Włoszech.

A piłka nożna? Będzie pan kapitanem drużyny TVN w meczu z zespołem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy?

- W piłkę gram właściwie tylko przy okazji meczów charytatywnych, a było ich już kilkanaście. Zaproszenie do udziału w roli kapitana to wielkie wyróżnienie. Fundacji TVN się nie odmawia - z szacunku dla jej twórców, tych, którzy ją wspierają i wszystkich ludzi zaangażowanych w pomoc potrzebującym. 3 września stadion Legii będzie pełny, mecz z Wielką Orkiestrą Jurka Owsiaka to wydarzenie nie tylko sportowe. Wszystkich zapraszam!

Rozmawiała Anna Bugajska

Dowiedz się więcej na temat: TVN SA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje