Filip Gurłacz nie tylko o "Powidokach": Aktor musi ryzykować

- Góry trzeba zdobywać z asekuracją - mówi Filip Gurłacz, aktor "Powidoków", ostatniego filmu zmarłego niedawno Andrzeja Wajdy i odtwórca roli młodego Krzysztofa Kieślowskiego w sztuce "Egzaminy" Juliana Potrzebnego, która była jednym z wydarzeń specjalnych 14. MFF Tofifest w Toruniu.

Filip Gurłacz, fot. Adrian Chmielewski

Zagrałeś właśnie w "Powidokach", ostatnim, jak się okazało, filmie Andrzeja Wajdy, a na festiwalu Tofifest wystąpiłeś w pierwszej sztuce o Krzysztofie Kieślowskim - "Egzaminach" w reżyserii Juliana Potrzebnego. Nie jest ci ciasno między tymi dwiema ikonami kina?

Reklama

Filip Gurłacz: - Czułem duży respekt w pracy z panem Andrzejem i duży respekt podczas budowania roli Kieślowskiego. Ale nie czułem się przygnieciony. Na takie wyzwania zawsze pomaga ta sama zasada: skupić się na robocie.

Użyłeś ładnego słowa: "respekt". Używają go ludzie bez kompleksów.

- Chciałbym ich nie mieć (śmiech).

O sposobach pracy Andrzeja Wajdy z aktorami krążą legendy. O jego szacunku i miłości do aktorów. Jakie są twoje doświadczenia?

- Podczas pracy nad "Powidokami" wszyscy już zdawaliśmy sobie sprawę, że jest źle. I dlatego też trudno nam, aktorom, było zbliżyć się do pana Andrzeja. Imponowało mi jego całkowite zaangażowanie, to, że doskonale wiedział, czego chce. I trochę wbrew narzuconym nam zasadom, żeby nie podchodzić do pana Andrzeja, udało mi się jednak skraść jedną krótką rozmowę z nim. Powiedział mi taką rzecz: że dziś młodzi aktorzy często wraz z rozwojem kariery i sukcesem, stają się coraz bardziej próżni. A zamiast tego lepiej inwestować w pokorę. I to sobie zapamiętam.

Stoisz na progu dużej kariery, rozpoznawalności, popularności. Czy to prawda, że jesteś w tym wszystkim bardzo konserwatywny?

- Można tak powiedzieć. Cenię mocny kręgosłup. Jestem poza tym po Akademii Teatralnej w Białymstoku, gdzie nie pielęgnowało się pewności siebie, a wręcz przeciwnie. "Zdajesz sobie sprawę, co wybrałeś? Dobrze się zastanów! To jest ciężki kawałek chleba. Nie myśl o tym, że daleko zajdziesz. A jeśli naprawdę chcesz zajść daleko, to pamiętaj: od 6 rano do 22 pracujesz!.

- A ja bym chciał zajść daleko, ale nie chciałbym żyć, żeby pracować. Chciałbym żyć.

O tym właśnie w sztuce "Egzaminy" stary Kieślowski mówi do młodego Kieślowskiego!

- I dlatego po przeczytaniu scenariusza bardzo chciałem w tej sztuce zagrać. W "Egzaminach" jestem jedną ze stron. Stary, doświadczony Kieślowski, którego gra Jakub Lasota, podchodzi do wszystkiego logicznie, widzi już, co jest ważne w życiu, a co nie. Młody Kieślowski, zafascynowany przyszłą karierą, chce uwielbienia publiczności, chce, żeby dziewczynka spod Paryża po obejrzeniu jego "Podwójnego życia Weroniki" odkryła, czym jest dusza. Żeby Quentin Tarantino powiedział, że "Czerwony" jest najlepszym filmem roku. Chce tego za wszelką cenę.

Może to niezbędne, żeby dotrzeć na szczyt? Chcieć za wszelką cenę?

- Oczywiście, że chciałbym zdobyć Oscara i nagrodę w Cannes. I chciałabym grać w najlepszych filmach, na których ludzie płaczą i pękają ze śmiechu. Ale nie chciałbym musieć robić tego za wszelką cenę. Jest taka scena, kiedy stary Kieślowski mówi do młodego: "Nic nie musisz. Możesz".

- W to chcę wierzyć. Że góry trzeba zdobywać z asekuracją. O tym myślałem, grając "Egzaminy" po raz drugi tu, na Tofifest. I o tej historii, w której Kieślowski podczas paryskiej gorączki pracy idzie z córką i żona do kawiarni, ale po pół godzinie musi wyjść. Może wtedy właśnie zrozumiał, że traci życie. I zaczął wycofywać się z kina.

Głęboko wszedłeś w jego skórę...

- To zabawne, bo pracę nad tym spektaklem zacząłem od zdjęcia Kieślowskiego. Spojrzałem w lustro i myślę: "Nie ma szans. Nie ma szans!". Nie te rysy, kolor skóry, włosy. Nic nie gra. Więc od razu wiedziałem, że nie mogę próbować upodobnić się do Kieślowskiego, bo to będzie jakiś żart. Klapa. Wyszedłem od treści i nie zastanawiałem się nad formą. O co chodzi w tym dialogu, co ja mam do załatwienia. Moje gesty wynikały z emocji. Przyszły same. Tę niedojrzałość chciałem połączyć z nonszalancją, ale też z brawurą, która wynika z niewiedzy, naiwności. Młody Kieślowski jest w paru miejscach zwyczajnie bezczelny - ale to grzech każdej młodości.

A jak ty wyobrażałeś sobie swoją karierę, zdając na studia?

- Nie wyobrażałem. Nawet nie wiem do końca, dlaczego na nie zdawałem (śmiech). Od małego się pchałem gdzieś. W centrum uwagi. Może dlatego.

Czyli - cytując starego Kieślowskiego - pan się po prostu uparł!

- Tak! Ja się po prostu uparłem. Po liceum poszedłem na inżynierię do Olsztyna. Wybór kompletnie nietrafiony, co okazało się natychmiast. Matematyka, hydrologia - to nie było to, co chciałem rozwijać. I zdecydowałem się, że będę zdawać do szkoły aktorskiej - jak mój ojciec, który też jest aktorem. Miałem wadę wymowy: nie mówiłem "r" w ogóle. Więc wybrałem sobie teksty bez "r". Zrobiłem mały słowniczek: zamiast "dzień dobry" mówiłem "witam", zamiast "przepraszam" mówiłem "państwo wybaczą, nie chciałem". Mój tata podsunął mi ten pomysł, bo miał ten sam problem. Potem, kiedy się dostałem, polubiłem "Czarną krowę w kropki bordo" i dziś już mogę powiedzieć wszystko (śmiech). Ale kiedy opuściłem mury szkoły okazało się, że realia są słabe. Etatów nie ma, zagrać w filmie - niełatwo. Reklama - nie po to studiowałem, żeby ludziom wciskać kredyty. I w tym lęku pamiętam moment, kiedy pierwszy raz dostałem jakieś pozytywne opinie. To uczucie: jestem potrzebny tym ludziom. Zrozumiałem, że to ma sens. Może kiedyś usłyszę coś innego. "Stary, ty się do tego nie nadajesz". Naprawdę bardzo poważnie się zastanowię, co wtedy. Żeby nie brnąć po swoje za wszelką cenę, jak młody Kieślowski.

A czego nauczyły cię te dwa doświadczenia: tak blisko Wajdy i Kieślowskiego?

- Że aktor musi ryzykować. Zwłaszcza na scenie. Bo ma więcej do zyskania, niż do stracenia. Bierność to wróg aktorstwa. Trzeba przekraczać swoją strefę komfortu. Jeśli nie wyjdzie, możesz zrobić krok w tył, uspokoić środki. Ale podejmij próbę. Druga ważna rzecz, którą zauważyłem to siła, jaka leży w subtelności. To jest coś bardzo mocnego, bardzo mocny środek. Tak, jak pauza sceniczna. Ale ona jest mocna tylko wtedy, jeśli się na nią zapracuje. Więc ja chcę zapracować.

Rozmawiała Magdalena Felis

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Filip Gurłacz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje